Obchody 90-lecia Instytutu Nenckiego
100 najczęściej cytowanych prac
Z dziejów Instytutu
Historia
Galeria fotografii
Wspomnienia
Kalendarz Jubileuszowy 90-lecia Nenckiego
Strona główna Instytutu Nenckiego

Wspomnienia

Jolanty Barańskiej

Janiny Dobrzańskiej i Jana Wojciecha Dobrzańskiego

Teresy Górskiej

Julity Czarkowskiej-Bauch

Belli Harutiunian-Kozak

Leszka Kuźnickiego - autobiografia

Wandy Szczepańskiej

Gerty Vrbovej

Jolanty Zagrodzkiej i Andrzeja Wróbla o Bogusławie Żernickim

Obituary - Professor Bogusław Żernicki




WSPOMNIENIA związane z INSTYTUTEM NENCKIEGO, lata 1958 - 1968


prof. Jolanta Baranska - fotografia Jolanta Barańska


W Instytucie Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN pracuję nieprzerwanie od września 1960r. Jednak moje związki z Instytutem są o dwa lata wcześniejsze, bowiem już w 1958r rozpoczęłam w Instytucie, pod kierunkiem prof. Włodzimierza Niemierki, specjalizację. Aby opisać te początki muszę cofnąć się do roku 1953, w którym jako szesnastoletnia dziewczyna (Jolanta Stępkowska) zdałam maturę i zostałam przyjęta na Wydział Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Warszawskiego. W tym czasie specjalizację wybierało się na czwartym roku studiów. W moim przypadku, ponieważ na drugim roku studiów zaproponowano mi pracę w postaci stałych prac zleconych w Instytucie/Muzeum Zoologii, kierowanym przez prof. Tadeusza Jaczewskiego, uważałam, że po prostu nie wypada abym nie wybrała zoologii, choć wiedziałam, że chcę studiować biochemię. Upewniłam się jednak, że po skończeniu jednej specjalizacji będę mogła zacząć drugą. Tak też się stało. W czerwcu 1958r obroniłam pracę magisterską "Osowate (Vespidae) okolic Warszawy" i rozpoczęłam starania, aby już na jesieni rozpocząć specjalizację z biochemii. Katedrę Biochemii na Wydziale Biologii UW prowadziła wtedy prof. Irena Chmielewska. Moja koleżanka, Monika Fonberg (późniejsza Broczek), kończyła właśnie u niej studia. Monika zachęcała mnie do rozpoczęcia specjalizacji nie u prof. Chmielewskiej, a w katedrze kierowanej przez prof. Niemierkę.

Prof. Niemierko, wraz z niewielką grupą profesorów, reaktywował po wojnie Instytut Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego w Łodzi. Kiedy w połowie lat pięćdziesiątych Instytut przeniósł się z powrotem do Warszawy, prof. Niemierko, prócz funkcji Kierownika Zakładu Biochemii w Instytucie, pełnił jednocześnie funkcję Kierownika Katedry Fizjologii Zwierząt na Wydziale Biologii UW. Studenci, specjalizujący się pod jego kierunkiem mogli wykonywać pracę magisterską w Instytucie. Tak było w przypadku mojej innej koleżanki, Gabrysi Sarzały (późniejszej Drabikowskiej). One obydwie, Monika Fonberg i Gabrysia Sarzała, przytaczając wiele "za", a głównie mówiąc o serdecznej atmosferze, zachęciły mnie abym zwróciła się do prof. Niemierki z prośbą o przyjęcie na studia magisterskie. Prof. Niemierko wyraził zgodę i w ten sposób jesienią 1958r. stałam się studentką czwartego roku Biologii UW, specjalizacja – biochemia, (mimo, że profesor prowadził Katedrę Fizjologii Zwierząt, zarówno jego studenci, jak i prof. Chmielewskiej byli formalnie studentami tej specjalizacji).

pani prof. Jolanta Baranska

To ja w latach sześćcdziesiątych

Studia czwartego roku obejmowały Pracownię Specjalizacyjną, tzw. Pracownię Półdzienną, oraz oczywiście różne dodatkowe przedmioty, które należało zaliczyć. Piąty rok - to była praca doświadczalna, którą wieńczyło magisterium. Studia prowadzone przez prof. Niemierkę odbywały się w tym czasie wyłącznie w gmachu Instytutu Nenckiego. Pracownia studentów czwartego roku znajdowała się na drugim piętrze Instytutu, w bocznym prawym skrzydle gmachu, tam gdzie później, a i obecnie, mieści się Pracownia Izotopowa. Pracownię Półdzienną prowadziła pani mgr Janina (zwana powszechnie Nuną) Saska, a asystentami byli mgr Tadeusz Kowalski (pracujący później jako dziennikarz, używający pseudonimu Maciej Iłowiecki), oraz mgr Krystyna Bogucka (moja późniejsza koleżanka z Instytutu).

Jak już powiedziałam, p. Nuna Saska prowadziła Pracownię, profesor natomiast prowadził Seminaria Studenckie. Odbywały się one w Sali Konferencyjnej, na drugim piętrze Instytutu. Seminaria te, to była dla mnie nowa jakość! Profesor wymagał od każdego studenta omówienia określonej pracy doświadczalnej, której odbitkę, drukowaną po angielsku i opublikowaną w międzynarodowym czasopiśmie, nam dostarczał. Oznaczało to przede wszystkim przyswojenie sobie angielskiej terminologii naukowej, zrozumienie celu, metod i wyników danej pracy i opowiedzenie o tym przystępnie na seminarium. Taki sposób postępowania nie wydaje się obecnie niezwykły. Jednak w tamtym czasie to była rewolucja! Należy pamiętać, że do roku 1956 uznawano oficjalnie jedynie naukę radziecką. Prof. Niemierko uważał jednak, że student kończący u niego studia musi umieć "poruszać się" w anglojęzycznej terminologii, i że umiejętność ta jest dla jego rozwoju niezwykle ważna. Miał też głęboką pewność, że to właśnie w tym języku będą pojawiać się najważniejsze prace drugiej połowy XX wieku. Seminaria te, dlatego także były tak niezwykłe, bo panowała na nich swoboda. Studenci mogli i byli zachęcani, aby zadawać wiele pytań. Także osoba referująca pracę (nie było nigdy żadnych uprzednich konsultacji z profesorem) mogła powiedzieć, że nie rozumie jakiegoś wyniku, prosi o wytłumaczenie metody i nie zgadza się z konkluzjami. Myślę, że znalezienie się w tej grupie ludzi było dla mnie wielkim szczęściem.

Innym szczęściem były studia w Pracowni Półdziennej pod kierunkiem p. Nuny Saskiej. Później, gdy obroniłam magisterium i rozpoczęłam pracę w Instytucie, w pewnym sensie przyjaźniłam się z p. Nuną, jeśli przyjaźnią można nazwać jej serdeczny do mnie stosunek. Należy dodać, że już w roku 1961, Katedra Fizjologii Zwierząt została przeniesiona do gmachu Instytutu Geologii przy ulicy Banacha, a w 1963 rozwiązana i ostatnie egzaminy magisterskie studentów prowadzonych przez prof. Niemierkę, odbywały się w roku 1964 już bez jego udziału, a w obecności prof. Chmielewskiej. Zarówno profesor, p. Nuna Saska, jak i Krystyna Bogucka przestali wtedy być pracownikami Uniwersytetu. Krysia Bogucka rozpoczęła studia doktoranckie w Instytucie, w pracowni prof. Lecha Wojtczaka, a pani Nuna pracę w pracowni prof. Zofii Zielińskiej. Obydwie te pracownie wchodziły w skład kierowanego przez prof. Niemierkę Zakładu Biochemii. Nie jest łatwo opisać, na czym polegała niezwykłość pani mgr Nuny Saskiej. Bardzo skromna, nieznosząca tytułów, była urodzonym pedagogiem. Osoba szlachetna, mądra i prostolinijna. Ucząca nie dyscypliny, a samodyscypliny, wiary w siebie, zgody na ryzyko i odwagi cywilnej. Bardzo wiele jej zawdzięczam. Gdy po habilitacji dziękowałam publicznie osobom, które mnie kształtowały i do tego tytułu doprowadziły, dziękowałam jej także. Pisanie o Instytucie Nenckiego bez wspomnienia o p. Nunie, byłoby uchybieniem jej pamięci.

Po zaliczeniu IV roku studiów, rozpoczęłam rok V, decydując się na wykonanie pracy magisterskiej w Instytucie. Ze wszystkich koleżanek, tylko Basia Grzelakowska (późniejsza Sztabert), Ania Perlińska, Łucja Kitlas (zmarła tragicznie w roku 1976), Lucynka Szwarc i ja podjęłyśmy pracę w Nenckim. Reszta kolegów przeszła do innych Instytutów, jak np. Instytutu Biochemii i Biofizyki, Instytutu Badań Jądrowych, czy Instytutu Higieny. Prof. Niemierko, oraz władze Uniwersyteckie nie miały nic przeciw temu. Basia i Ania rozpoczęły pracę w pracowni prof. Zofii Zielińskiej, Lucyna u prof. Stelli Niemierko, Łucja u prof. Ireny Kąkol, a ja u prof. Aleksandry (Lusi) Przełęckiej.

Pracownia pani Lusi mieściła się w prawym skrzydle, na II piętrze Instytutu. Tuż obok pracowała dr Anna Wroniszewska, a asystentką prof. Przełęckiej była Gabrysia Sarzała. Ponadto, p. Lusia współpracowała ściśle z dr Janem Karolczykiem i dr Haliną Dominas, uważaną za wybitnie zdolną. Te osoby, plus ja, magistrantka, stanowiły grupę biorącą udział w wewnątrzpracownianych seminariach i dyskusjach naukowych, b. stymulujących. U p. Lusi zajmowałam się i taki był dokładnie tytuł mojej pracy magisterskiej: "Lokalizacja cytochemiczna fosfolipidów i fosfatazy alkalicznej w oocytach Galeria mellonella". Pracę tę wykonywałam metodami cyto- i histo-chemicznymi, na owe czasy nowoczesnymi. Ponieważ moja pierwsza praca magisterska dotyczyła systematyki owadów, tematyka tej pracy wykonywanej także na owadach (molu woskowym) była mi bliska. Otrzymywanie skrawków z oocytów, barwienie ich metodami cytochemicznym, oglądanie preparatów pod mikroskopem, robienie zdjęć – miło wspominam tę pracę. Ponadto, ponieważ w poprzednim roku zaliczyłam wszystkie przedmioty i zajmowałam się tylko praca magisterską, zaczęłam jako pracownik fizyczny, godzinowo-płatny, pracować w Instytucie Onkologii, znajdującym się tuż obok Instytutu Nenckiego. Rozpoczynałam tam pracę o godz. 8.00, o 13.30 szłam na obiad do stołówki szpitalnej, a o 14.00 zjawiałam się w pracowni p. Lusi. Moja druga specjalizacja, nie dawała mi możliwości otrzymywania stypendium z Uniwersytetu, toteż każda praca zarobkowa była dla mnie czymś bardzo ważnym.

Przyjecie w Pracowni Pani Lusi, rok 1960

Przyjęcie w Pracowni Pani Lusi, rok 1960 – siedzą od prawej: Jaś Karolczyk, Gabrysia Sarzała, Pani Profesor Lusia Przełęcka (magisterium u niej w 1960 r.), Czech, który przyjechał w goście, ja, Halina Dominas, Hania Wroniszewska. Stoi: Sławek Kurowski.

Cała pracownia rozumiała to doskonale. Nigdy od nikogo nie słyszałam, że postępuję niewłaściwie pracując popołudniami i wychodząc z Instytutu wieczorem. Należy dodać, że wiele osób pracowało tak długo. Halina Dominas i Gabrysia Sarzała, b. często wychodziły ze mną z Instytutu około godz. 20.00. Czasem, gdy wieczorem szłam na randkę, myłam sobie w pracowni nad zlewem włosy i to także nie wydawało się nikomu nie na miejscu (mieszkałam pod Warszawą). Opisuję to chcąc zwrócić uwagę na specjalną atmosferę, jaka panowała w tej pracowni. Była to zresztą atmosfera panująca w całym Instytucie – atmosfera zaufania, którego nie można nadużyć.

W czerwcu 1960 roku obroniłam pracę magisterską. Obrona, uroczysta, odbyła się także w Instytucie, w gabinecie prof. Włodzimierza Niemierki. Dostałam dyplom magistra biologii, specjalność biochemia. Lipiec 1960 przepracowałam w kawiarni na Towarze jako bufetowa, w sierpniu wyjechałam na wakacje. Kiedy po powrocie, we wrześniu, przyszłam do Instytutu dowiedziałam się, że mogę zostać przyjęta do pracy jako asystentka do Pracowni Biochemii Lipidów, kierowanej przez prof. Paulinę Włodawer. Pracownia ta wchodziła także w skład pracowni należących do Zakładu Biochemii, kierowanego przez prof. Niemierkę. Oczywiście przyjęłam tą propozycję, czułam się nią zaszczycona i bardzo szczęśliwa. Rozpoczynał się nowy etap w moim życiu.

pani Pepa Wlodawer

Moja druga Pani Profesor – pani Pepa Włodawer (doktorat 1967)

Pod kierunkiem prof. Włodawer (pani Pepy, jak ją nazywano) przepracowałam siedem lat. W 1963r urodziłam syna – Pawła (mój drugi syn – Michał urodził się w 1969r) i przeszłam pod kierunkiem prof. Włodawer, jako promotora, na studia doktoranckie. Ukończyłam je obroną pracy doktorskiej w czerwcu 1967r. W tym samym roku wyjechałam na roczne stypendium podoktoranckie na Uniwersytet Harvarda w Stanach, skąd wróciłam do Polski w grudniu 1968r. Pani Pepa, z rodziną, zdecydowała się w 1968r opuścić Polskę i na początku 1969r wyjechała na stałe do Szwecji. Jej pracownia została rozwiązana, a ja przeniosłam się wtedy do pracowni prof. Lecha Wojtczaka. Jednak są to już dalsze dzieje, których nie będę opisywać, pragnę natomiast opisać pracę w pracowni p. Pepy.

Kiedy w 1960r rozpoczynałam pracę w Instytucie, byłam w tej pracowni, za wyjątkiem pani profesor, jedyną osobą. Dopiero później, w połowie lat sześćdziesiątych, w charakterze doktorantek zostały przyjęte Elżbieta Łągwińska i Zofia Szczęsna. Praca Elżbiety nad doktoratem była zaawansowana; toteż, kiedy prof. Włodawer wyjechała z Polski, Elżbieta szybko skończyła i obroniła pracę pod kierunkiem prof. Wojtczaka. Zosia Szczęsna natomiast wyjechała z Polski w podobnym okresie czasu jak prof. Włodawer. Ze znajomych, bliższych mi osób pracujących w Instytucie, w wyniku wypadków marcowych wyjechała jeszcze Irena Zawadzka-Kłodos, doktorantka prof. Stelli Niemierko. Wyjazd ich wszystkich powodowany był różnymi względami osobistymi, czy rodzinnymi, nigdy atmosferą nagonki panującej w Instytucie. Wręcz przeciwnie. W Instytucie nie miały miejsca jakiekolwiek represje, wszystkie te osoby żegnane były z wielkim żalem, odprowadzane masowo na dworzec.

doktorat Hani Wojtczak

Doktorat Hani Wojtczak, rok 1961, sala Konferencyjna na II piętrze. Koło Hani stoi prof. Dembowski w głębi prof. Stella Niemierkowa


doktorat Hani Wojtczak

Hani składa życzenia prof. Wojtczak, ojciec Leszka, za nim stoi Jurek Chmurzyński i prawdopodobnie Jurek Gruda.


doktorat Hani Wojtczak

Z życzeniami dla Hani Wojtczakowej z okazji obrony doktoratu – Ewa Lenartowicz, widać też Marysię Brutkowską

Pani profesor Włodawer zajmowała się badaniami nad metabolizmem lipidów, używając jako obiektu badawczego, podobnie jak prof. Przełęcka, gąsienic mola woskowego, Galeria mellonella. Praca ta wymagała hodowli tych owadów, a gdy pracowałyśmy na oocytach, ich preparatyki. Jednak, w odróżnieniu od pracowni prof. Przełęckiej gdzie stosowano metody cytochemiczne, prof. Włodawer stosowała metody stricte biochemiczne. Aby z oocytów otrzymać wystarczającą do badań ilość wyekstrahowanych lipidów, należało preparować wiele, wiele gąsienic i ta preparatyka zajmowała nam całe dnie. Była to nudna i żmudna praca, którą robiłyśmy we dwie, toteż w jej trakcie nieuniknione były rozmowy. Rozmowy te, na różne tematy, bardzo nas zbliżyły. Pani Pepa opowiadała mi o swoim życiu, o bracie i o mężu, panu Arturze, za którego wyszła przed wojną. Przed wojną także skończyła studia na Uniwersytecie Warszawskim, na wydziale Biologii, specjalizując się w Katedrze Fizjologii Zwierząt. Jej koleżankami, podobnie jak ona urodzonymi w 1914, czy 1915 roku, były wspomniane już p. Nuna Saska i Zofia Zielińska, a także p. dr Maria Dydyńska. Wszystkie skończyły Fizjologię Zwierząt, i wszystkie po wojnie zgłosiły swój akces do Instytutu Nenckiego. Pani Nuna Saska mówiła mi – wszystkie byłyśmy koleżankami, ale Pepa była wśród nas najzdolniejsza – i istotnie, pewnie tak było, bo jako młoda dziewczyna podziwiałam jej wielki dar czynienia rzeczy złożonych, prostymi.

Wszystkie trzy koleżanki, p. Nuna Saska, Zofia Zielińska i Maria Dydyńska były przedwojennymi harcerkami i miały za sobą piękną kartę okupacyjną. Pani Maria Dydyńska przeszła w czasie wojny przez ciężki obóz koncentracyjny, gdzie, jak opowiadała mi p. Pepa była dla współwięźniarek aniołem dobroci. Pani Maria Dydyńska pracowała w grupie zajmującej się problematyką biochemii mięśni, do której należeli także Irena Kąkol, Witold Drabikowski, Julian Gruda i Hanka Strzelecka-Gołaszewska. W trakcie zebrań naukowych prof. Lech Wojtczak miał zwyczaj słuchać wykładów z zamkniętymi oczami, które później otwierał i zadawał pytania trafiające w samo sedno problemu, Był to więc jego sposób na pełną koncentrację. Natomiast p. Maria Dydyńska autentycznie czasami zasypiała. Nikogo to nie gorszyło. – Marysia tyle przeszła – mówiła mi p. Pepa – cóż z tego, że zasnęła, przyzwoicie pracuje, nic się nie stało – i dalej zwracając się do mnie – czy pani wie, pani Jolu, że Marysia z całego świata dostaje listy od kobiet z obozu, które piszą, że przeżyły tylko dzięki niej? - Była to dla mnie lekcja (nie chcę wpadać w patos, ale muszę to napisać), nie tylko tolerancji, ale po prostu człowieczeństwa. Nie zwracania uwagi na rzeczy, tak naprawdę, nieistotne. Chcę jeszcze dodać, że wszystkie trzy panie, Nuna, Zofia i Maria były głęboko wierzące, a ich religijność cechowało absolutne otwarcie na inne religie i wyznania.

prof. Niemierko

1977. Jubileusz Profesora Włodzimierza Niemierki – 80–lecie. Pani prof. Zosia Zielińska z Profesorem Niemierko. W głębi po lewej prof. Wanda Buduchowska i prof. Stanisław Dryl, za prof. Niemierko stoi prof. Witek Drabikowski, tyłem stoi Maciek Nałęcz, wygląda zza niego Józef Zborowski, w prawym rogu prof. Konstancja Raczyńska–Bojanowska.

Pani profesor Włodawer, szczęśliwie, kiedy rozpoczęła się wojna wyjechała, uciekła, z mężem i z bratem z Warszawy do Związku Radzieckiego. Tam spędzili wojnę na stepach Kazachstanu. Brat wyszedł ze Związku Radzieckiego z Armią Andersa, przeszedł z nią szlak bojowy i po wojnie osiedlił się na stałe w Izraelu. Pani Pepa z mężem wrócili do Polski. Urodził im się syn, Olek (Aleksander), wielka miłość jej życia. O tym wszystkim rozmawiałyśmy w czasie preparatyki gąsienic.

Pani profesor Włodawer, zajmując się metabolizmem lipidów, zainteresowała się problematyką syntezy i degradacji kwasów tłuszczowych. Wydawało się nam interesujące, aby sprawdzić, co w tym aspekcie dzieje się w organizmie żab, które jako zwierzęta zmiennocieplne muszą zimą przystosowywać się do niskich temperatur. Zagadnienie to stało się tematem mojej pracy doktorskiej, w której badałam wpływ temperatury na skład kwasów tłuszczowych w tkankach żaby i porównywałam między sobą żaby trzymane w pracowni w słojach, w termostatach o różnej temperaturze. Tytuł mojej rozprawy doktorskiej był "Wpływ temperatury na skład kwasów tłuszczowych w niektórych tkankach żaby". Pani prof. Włodawer była oczywiście promotorem tej pracy, a jednym z recenzentów był prof. Tadeusz Korzybski z Instytutu Biochemii i Biofizyki, współpracownik Jakuba Karola Parnasa we Lwowie, człowiek, o którym pisałam, pisząc w 2007r o życiu i twórczości Parnasa. W doświadczeniach wykonywanych w trakcie pracy doktorskiej, do oznaczania składu kwasów tłuszczowych używałam metody chromatografii gazowej. Aparatura ta została właśnie zainstalowana w Instytucie. Metoda ta była wtedy bardzo nowoczesna, tego typu aparatów było w Polsce niewiele. Pomiar po nałożeniu próby wymagał stałej kontroli, toteż zdarzało się, że kilkakrotnie spędzałam noce przy oznaczeniach. Obrona mojej pracy doktorskiej miała miejsce w Instytucie, w czerwcu, 1967 roku.

Pisząc o pani Pepie nie sposób pominąć jej serdecznych działań promocyjnych wobec mnie, pracującej pod jej kierunkiem doktorantki. W 1963r odbywał się Zjazd Polskiego Towarzystwa Biochemicznego w Łodzi. Na tym Zjeździe prezentowałam, w wystąpieniu ustnym, swoje wyniki. W 1965, razem z p. Pepą i jej mężem, pojechałam na Konferencję do Budapesztu. Odwiedzałyśmy różne ośrodki naukowe. Pani Pepa przedstawiała mnie różnym ludziom. Wymagała, abym czynnie posługiwała się angielskim. Był to mój pierwszy w życiu wyjazd za granicę! To także p. Pepa wysłała mnie po doktoracie na stypendium do Stanów.

Wspominając panią Pepę myślę, że była wyjątkowo życzliwą osobą i to wobec wszystkich otaczających ją ludzi, ufną i otwartą. Co najważniejsze, była sprawiedliwa. Myślałam zawsze, że jeśli tak się zdarzy, że będę miała swoją pracownię i będę kierować młodymi ludźmi, to muszę starać się oddać im to wszystko, co od niej, mojego pierwszego szefa, dostałam. Czy mi się to udało mogą ocenić tylko moi doktoranci, ci młodzi ludzie, którzy pracowali ze mną w Instytucie wiele lat później, w utworzonej przeze mnie Pracowni Przekaźników Sygnałów.

Kończąc te wspomnienia pragnę zaznaczyć, że doskonale zdaję sobie sprawę, że spotkało mnie wielkie szczęście. W tak trudnych czasach znalazłam się w tak świetnym miejscu i poznałam tylu wspaniałych ludzi.

Warszawa, styczeń 2008


do góry strony



Wspomnienia

 Janina Dobrzańska i Jan Wojciech DobrzańskiJanina Dobrzańska i Jan Wojciech Dobrzański


Janina i Jan Dobrzańscy:

Profesor Jan Dembowski zanim wciągnięto go w politykę, to znaczy za „czasów łódzkich”, był pogodnym człowiekiem o ogromnym poczuciu humoru. Gdy choroba przykuwała go do łóżka zapraszał swoich uczniów do domu – i były to wspaniałe niezapomniane wieczory. Profesor wymyślał różne gry i zawody, wygłaszał swoje utwory satyryczne. Pamiętamy jego „naukową” interpretację listu miłosnego Tatiany do Oniegina, który zaczynał się tak: „Eugeniuszu Onieginie, w moich żyłach lawa płynie...”

Niezwykle sugestywne były jego reakcje na nieetyczne postępki.

Do naszego pokoju wpadła laborantka cała we łzach, skarżąc się na zniewagę uczynioną jej przez jednego z naszych kolegów. Miał on jakąś uroczystość rodzinną i kazał jej przywieść do niego zakładowy aparat fotograficzny. Gdy zadzwoniła do jego drzwi, otworzył je, odebrał aparat i bez słowa zatrzasnął drzwi przed jej nosem.

Usiłowaliśmy owego kolegę przekonać, ze zachował się skandalicznie i powinien laborantkę przeprosić – ale nie przełamaliśmy jego uporu. Poszliśmy więc z nim do Profesora. Profesor wysłuchał naszą relację i spytał kolegę, czy to prawda. „Prawda – odpowiedział – ale...” Profesor wstał na całą swoją wysokość i orzekł: „Panie kolego, Pan nie ma szacunku do człowieka”. Kolega nie dokończył swojego „ale” i milcząc wyszedł z gabinetu. Ażeby było śmieszniej: kolega ów nie napisał rozprawy doktorskiej i musiał zrezygnować z pracy w Instytucie. A owa laborantka wkrótce zaocznie obroniła magisterium i dorobiła się tytułu profesorskiego.

Janina Dobrzańska i Jan Dobrzański z Janem Dembowskim na wycieczce w ZSRR

Janina Dobrzańska (w drugim rzędzie, druga od lewej) i Jan Wojciech Dobrzański
(w trzecim rzędzie, trzeci od lewej) z Janem Dembowskim (w pierwszym rzędzie, trzeci od lewej)
na wycieczce Zakładu Biologii w ZSRR, lipiec, rok 1956

Janina Dobrzańska:

Trudno w to uwierzyć, ale Profesor był człowiekiem naiwnym. Humanista starej daty, uważał wojny za największą tragedię ludzkości i wierzył w sowieckie deklaracje pokojowe. Ja pochodzę z rodziny komunistycznej, znałam wielu uczciwych polskich komunistów i równie naiwnie uważałam, że uda się im działać unikając strasznych sowieckich wypaczeń. Gdy jednak po radosnych dniach 1956 roku Gomułka pochwalił rzeź na Węgrzech – wystąpiłam z PZPR i poszłam zawiadomić o tym profesora. On pokiwał smutnie głową i powiedział: „No tak, a ja przez takich jak Pani wdałem się w tą ohydną politykę”.

Profesor Liliana Lubińska miała opinię bardzo srogiej i niedostępnej osoby. Ja miałam okazję poznać Ją od innej strony.. Obroniłam swą pracę magisterska i dałam ją do druku w „Acta Biologiae Experimentalis”. Pani Profesor, która była wówczas redaktorem tego pisma, wezwała mnie i oświadczyła, że to się do druku nie nadaje. Gdy załamana chciałam wyjść, kazała mi usiąść obok siebie i przez trzy godziny poprawiała mój tekst, robiąc z tego dwa artykuły, które przyjęła do druku. Dała mi konkretną lekcję, jak należy pisać rozprawy naukowe.

Jan Dobrzański:

Byłem wtedy zastępcą młodszego asystenta. Co tydzień chodziliśmy na zebrania naukowe u Profesora Jana Dembowskiego. Profesor bardzo nie lubił spóźniania. Gdy nie było kogoś na czas, profesor w milczeniu czekał i gdy spóźnialski wchodził zaczynał bez żadnej uwagi zebranie. Pewnego razu wraz z żoną Janiną, która miała na zebraniu coś referować, natrafiliśmy po drodze na wróbla ze złamanym skrzydłem, którego musieliśmy zanieść do domu. Spóźnieni wpadliśmy do pokoju tłumacząc, że musieliśmy zaopiekować się wróblem. Na to Profesor poważnie: „No, jeżeli wróbel... ...jesteście usprawiedliwieni”.

Za czasów komunistycznych był wielki kult nauki przez duże „N”. Nasi profesorowie uczyli nas jednak krytycyzmu. Na jednym z zebrań zasypywałem prelegenta pytaniami. W pewnej chwili odezwał się Profesor spokojnym głosem: „Panie kolego, czyżby kolega chciał wiedzieć jak to jest naprawdę?”. Profesor Jerzy Konorski też uczył nas dystansu do pewników naukowych. Pewnego razu całym zespołem Zakładu Neurofizjologii szliśmy po schodach na górę, a ponieważ szedł i profesor Konorski nie obyło się to bez jakiejś dyskusji. W pewnej chwili jeden z kolegów powiedział: „Panie profesorze, przecież Pan wczoraj mówił całkiem coś innego”. Na to Profesor: „ Panie kolego – wczoraj? Ja idę po schodach i na pierwszym piętrze myślę jedno, a jak wejdę na drugie piętro myślę już drugie, a pan mi przypomina, co mówiłem wczoraj?”.

Profesor Jerzy Konorski ekstrawertyk, człowiek szalenie emocjonalny dał się nam poznać jako wybuchowy, ale dobry, niepamiętający urazów człowiek. Co jest paradoksalne - przekonaliśmy się o tym podczas prawdziwej awantury, i to właśnie z nami. A było to tak:

Profesor po przejściach wojennych pierwszy raz pojechał do Ameryki. Kraj bez powojennych ruin oczarował go. Niestety zachwyt jego był bezkrytyczny. Na naszym zebraniu naukowym opisywał jakiś instytut naukowy i powiedział, że trzymają tam młode rezusy od urodzenia przywiązane do krzeseł. Stwierdził, że małpy wbrew oczekiwaniom są wesołe i dobrze się czują. Moja żona Janina nie wytrzymała, wstała i powiedziała, że może być czasem potrzeba zadać zwierzęciu cierpienie, ale trzeba zdawać sobie z tego sprawę. Wiadomo, że w alei Szucha w Gestapo był pokój zwany kinem, gdzie TYLKO kazali siedzieć na krzesłach i się nie ruszać. Nawet filmy pokazywano, ale gdy ktoś się poruszył gestapowcy go bili. Profesora to porównanie wprawiło w szalony gniew. Przerwał zebranie i pierwszy wyszedł krzycząc na korytarzu, że trzeba nas wyrzucić z Instytutu. Po trzech dniach dopiero na tyle się uspokoił, że wezwał nas i powiedział, że na zebraniu starszych pracowników można o takich sprawach dyskutować, ale nie wolno demoralizować młodzieży i zażądał, aby Janka odwołała na zebraniu swoją wypowiedz. Janka odpowiedziała, że właśnie o to jej chodziło, aby młody naukowiec zawsze pamiętał, że mają do czynienia z żywym czującym stworzeniem a nie tylko z obiektem badań. Powiedziała też, że jeżeli profesora coś uraziło, to jest gotowa przeprosić go nawet na zebraniu Instytutowym, ale odwołać tego nie może, bo jesteśmy przekonani o swojej racji. Wreszcie profesor po trzech godzinach rozmowy powiedział: „Chciałem was strasznie ukarać zabraniając wam przez kilka tygodni obecności na zebraniach naukowych, ale tego nie zrobię”. Wychodząc podziękowaliśmy, że nas nie ukarze. Nigdy potem nie doznaliśmy od niego żadnej przykrości, przeciwnie po dwóch tygodniach zostałem awansowany. Po kilkunastu latach kolega, który wówczas był młodym naukowcem, powiedział nam, że nasze wystąpienie zrobiło na nim wielkie wrażenie i wyciągnął z niego wnioski dla siebie.

W Instytucie człowiek w tych ciężkich czasach czuł się bezpiecznie. Ja osobiście doznałem objawów tej koleżeńskiej solidarności. Nasz kolega przyjechał z Afryki gdzie zajmował się oświatą miejscowej ludzkości. Na zebraniu opowiadał o swojej misji. Profesor, który nie był pracownikiem naszego Instytutu, ale był członkiem naszej Rady Naukowej zabrał głos i powiedział, ze nie potrzeba uczyć czarnuchów, bo i tak będą głupi. Nie wytrzymałem i powiedziałem: „Jako biolodzy wiemy, że istnieje tylko jeden gatunek człowieka. Pana ojciec - nauczyciel, którego znałem osobiście, nigdy by nie zaakceptował takiej wypowiedzi”. Na to ów profesor: „Kto nie jest szowinistą ten jest gnidą! Ja pana obleję na przewodzie doktorskim!” Koledzy mnie pocieszali, że nic mi nie może zrobić. Na początku mojego przewodu doktorskiego ów Profesor powiedział, że on udowodni słabość mojej wiedzy i wobec tego proponuje, aby mianować mnie doktorem bez przewodu doktorskiego.

 Janina Dobrzańska i Jan Wojciech Dobrzański w terenie koło wsi Krześlin 1991

Janina i Jan Wojciech Dobrzańscy w terenie koło wsi Krześlin, rok 1991

 Janina Dobrzańska i Jan Wojciech Dobrzański Z Julitą Korczyńską

Od lewej Julita Korczyńska, Janina Dobrzańska i Jan Wojciech Dobrzanski
w terenie koło wsi Krześlin, rok 1991

Była to propozycja perfidna, ponieważ system doktoratu bez przewodu doktorskiego był stworzony dla awansowania ludzi politycznie „pozytywnych” a nie mających odpowiednich kwalifikacji. Rada naukowa odrzuciła jego propozycję i został otwarty przewód doktorski. Ów profesor zarzucał mnie gradem pytań, na które odpowiadałem, dodatkowo zmobilizowany spodziewaną wielką agresją. Profesor w pewnym momencie spytał, dlaczego nie zastosowałem fenomenu palca, żeby sprawdzić czy mrówki kierują się węchem. Odrzekłem na to, że zastosowałem nie tylko fenomen palca, ale i fenomen łopaty i badanym mrówkom to nie zakłóciło ruchu. Wywołało to wybuch śmiechu na sali. Profesor jednak pokazał klasę, na jaką nie każdego stać, stwierdzając, że omylił się, ponieważ kolega Dobrzański jest dobrym zoologiem i że będzie głosować za nadaniem mu stopnia doktora.




Zakład Neurofizjologii IBD pół wieku temu. Wspomnienie

Teresa Górska

Poniższe wspomnienie dedykuję przede wszystkim najmłodszym pracownikom Zakładu Neurofizjologii, uczestnikom studium doktoranckiego i młodym asystentom, dla których nazwisko Jerzego Konorskiego, twórcy Zakładu, może być tylko pustym dźwiękiem lub wywoływać mało skojarzeń, a okres w historii Polski, który opisuję, jest znany jedynie z opowiadań ich dziadków. Korzystam więc z rocznicy 90-lecia powstania Instytutu Biologii Doświadczalnej, by opisać jak wyglądał Zakład Neurofizjologii przed 50 laty, by zdali sobie sprawę, jak ogromny skok w tematyce i metodach badawczych nastąpił w ciągu tego pół wieku, jak ogromnie rozrósł się Zakład, a równocześnie, jak bardzo się zatomizował i stracił tę niezapomnianą atmosferę, którą potrafił kreować wokół siebie prof. Konorski i która towarzyszyła memu pokoleniu w pracy naukowej w tamtych latach.

Prof. Teresa Gorska

Teresa Górska i Jerzy Konorski. W tle Stanisław Dryl.

Jak wiadomo, Instytut Biologii Doświadczalnej im. Marcelego Nenckiego przeżywał w swojej historii trzy etapy: 1. okres od swego powstania w 1918 r. do 1939 r., tj. początku II wojny światowej; 2. okres odbudowy Instytutu, który ze względu na zniszczenie Warszawy został zlokalizowany w Łodzi i 3. okres, który trwa do chwili obecnej, tj. od momentu, gdy Instytut Nenckiego w 1956 r. przeniósł się z Łodzi do specjalnie wybudowanego na ten cel budynku przy ul. Pasteura 3 w Warszawie. Moje wspomnienie dotyczyć będzie tego ostatniego okresu, a dokładniej okresu późnych lat 50. i wczesnych lat 60., gdyż lata te przypadły na okres świeżo po moim zatrudnieniu (od 1957 r.) w Zakładzie Neurofizjologii, kierowanym przez profesora Jerzego Konorskiego i najlepiej utrwaliły się w mojej pamięci. Od razu powiem, że okres ten był okresem rozkwitu Zakładu, Mekką do której przyjeżdżali liczni naukowcy z zachodu i wschodu oraz miejscem, w którym o nauce mówiło się przez duże N i w którym panowała niezapomniana atmosfera naukowa. Atmosfera ta była w ogromnej mierze wynikiem wybitnej umysłowości i osobowości prof. Konorskiego, gdyż umiał on w sposób rzadko spotykany przekazywać swoim asystentom poczucie uczestniczenia w wielkiej i ważnej sprawie.

Prof. Jerzy Konorski

Profesor Jerzy Konorski

Do takiej atmosfery Zakładu przyczyniało się także i to, że liczni  pracownicy Instytutu zatrudnieni jeszcze w Łodzi, w tym prof. Jerzy Konorski i jego żona prof. Liliana Lubińska, prof. Włodzimierz Niemierko i prof. Stella Niemierko – oboje biochemicy, oraz m.in. wielu asystentów Zakładu Neurofizjologii, np. W. Kozak, W. Ławicka, I. Łukaszewska, B. Żernicki, E. Fonberg, R. Tarnecki i in., a także laboranci, np. nieoceniony p. Rosiak, który zajmowal się opieką pooperacyjną zwierząt, spędzając bezsenne noce przy psach i kotach, p. Marysia Raurowicz, jego córka, która była instrumentariuszką na sali operacyjnej i uczyła nas, razem z prof. Lucjanem Stępniem, neurochirurgiem, robienia operacji, p. Z. Wawryszewska, laborantka prof. Lubińskiej i inni, mieszkali w pokojach na terenie Instytutu, zarówno na III jak i częściowo na II piętrze głównego gmachu Instytutu oraz w części mieszkalnej budynku Zwierzętarni. Wynikało to z faktu, że w tym okresie nie było mowy o zdobyciu mieszkania w Warszawie i dopiero w latach 60. pracownicy, przeniesieni z Łodzi, dostawali mieszkania przydziałowe i powoli zwalniali pokoje w głównym gmachu Instytutu. W rezultacie Instytut był zarówno miejscem pracy jak i miejscem zamieszkania, granice więc między czasem pracy a czasem prywatnym były płynne. Sprzyjało to przechylaniu szali czasu w kierunku pracy naukowej, tym bardziej, że świat nas otaczający w końcu lat 50. i na początku lat 60. był siermiężny, szary i bez pokus, przesiąknięty ideologią marksistowsko-leninowską, biedny, nasze pensje były głodowe, itp. Głównym strojem odróżniającym czas pracy od czasu prywatnego był więc biały fartuch stale noszony w laboratorium, zamieniany najwyżej na fartuch granatowy wkładany na czas prowadzenia doświadczeń. Nic więc dziwnego, że w tak ubogiej i niezachęcającej rzeczywistości praca naukowa pozbawiona elementów ideologizacji wydawała się czymś niezwykle pociągającym, sprawą, której warto się było poświęcić, która umożliwiała samorealizację i dawała pole do kreatywności, otwierała wrota do innego nieznanego nam wtedy świata (o wyjeździe zagranicę dopiero pod koniec lat 50. można było zacząć marzyć) i w której wyniki zależały w większym stopniu, niż w innego typu pracy, od włożonego wysiłku.

Prof. Konorski i współpracownicy

Profesor Konorski i współpracownicy. Rząd pierwszy, od lewej - Stefan Brutkowski, H.E. Rosvold (gość Zakładu z National Institutes of Mental Health, Bethesda, USA), Jerzy Konorski, Zofia Afelt, drugi rząd - Hanna Chorążyna, Elżbieta Jankowska, Elżbieta Fonberg, Bogusław Żernicki, trzeci rząd - Stefan Sołtysik, Irena Łukaszewska, z tyłu - Kazimierz Zieliński, Teresa Górska, Jadwiga Dąbrowska

Jak wyglądały więc badania naukowe prowadzone w Zakładzie Neurofizjologii w tym okresie?

Badania te były zdominowane przez problematykę analizy właściwości ruchowych odruchów warunkowych, których istnienie i podstawowe zasady opisał już w latach 1930. Jerzy Konorski wraz ze swoim kolegą Stefanem Millerem. Jak to opisał w swej autobiografii (4) J. Konorski urodził się w 1903 r. jako syn adwokata mieszkającego w Łodzi. Po uzyskaniu matury w 1921 r zaczął studiować na Uniwersytecie Warszawskim matematykę, ale po roku przeniósł się na psychologię, a później znów po roku na medycynę, którą ukończył w roku 1929 ze specjalizacją w psychiatrii. Studia na tych dwóch ostatnich wydziałach podjął poszukując odpowiedzi na nurtujące go od młodości pytanie, jak funkcjonuje mózg i jakimi metodami można go badać. W monografii swej pisze, że wiedza, jaką zdobył na Uniwersytecie, nie przybliżyła go jednak do odpowiedzi na te pytania. Jednak będąc na medycynie w 1927 r. przypadkiem trafił na świeżo wydaną książkę I.P. Pawłowa, wielkiego rosyjskiego fizjologa, badacza tzw. wyższych czynności nerwowych z Leningradu, opisującą badania nad warunkowaniem odruchów ślinowych. Książka ta wydała mu się olśnieniem, gdyż jego zdaniem pokazywała metodę badania zjawisk zachodzących w mózgu. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że warunkowanie odruchów ślinowych, w których miarą wytworzenia się nowych połączeń asocjacyjnych w mózgu jest reakcja wydzielania śliny na bodziec początkowo obojętny, np. dźwięk metronomu, nie bierze pod uwagę całej gamy innych zachowań organizmu, jak np. różnych form zachowań ruchowych lub inaczej zachowania dowolnego. Ogarnięty tą myślą, w prymitywnych warunkach laboratoryjnych, wypożyczonych mu przez  prof. J. Segala, kierującego wydziałem psychologii na Wolnej Wszechnicy Polskiej w Warszawie, wypróbował wraz ze swoim kolegą S. Millerem wyuczenia psa (kupionego zresztą za własne pieniądze), wykonywania ruchu zginania i unoszenia tylnej kończyny na początkowo obojętny bodziec dźwiękowy. Ruch kończyny był wywoływany przez drażnienie nogi zwierzęcia słabym prądem i po jego wykonaniu pies dostawał kawałek kiełbasy. Ku uciesze Konorskiego i Millera pies, po kilku dniach treningu, nauczył się wykonywania ruchu unoszenia tylnej kończyny na bodziec dźwiękowy, bez stosowania prądu, po czym zaraz zwracał się w kierunku miski w oczekiwaniu na kiełbasę. Nauczono też tego samego psa drugiego ruchu, tj. unoszenia przedniej łapy na bodziec świetlny, przez wzmacnianie pokarmem ruchu, wywoływanego początkowo przez bierne zginanie kończyny. Konorski i Miller nazwali takie wyuczone ruchy odruchami warunkowymi II typu, w odróżnieniu od odruchów wydzielania śliny badanych przez I.P. Pawłowa, które nazwali klasycznymi, lub odruchami I typu. Istotną różnicą między oboma typami tych odruchów był stosunek reakcji warunkowej do bezwarunkowej: w odruchach warunkowych I typu reakcja warunkowa (np. wydzielanie śliny na jakiś bodziec warunkowy, np. dźwięk) była jakościowo identyczna z reakcją bezwarunkową (wydzielanie śliny na pokarm znajdujący się w pysku), podczas gdy w odruchach warunkowych II typu reakcja warunkowa (np. wykonanie wyuczonego ruchu na jakiś bodziec początkowo obojętny) była jakościowo odmienna od reakcji bezwarunkowej (wydzielanie śliny na pokarm znajdujący się w pysku). Konorski i Miller zdawali sobie sprawę z ważności swoich wyników dla badania funkcjonowania mózgu i pierwsze doniesienia o możliwości wytwarzania odruchów warunkowych II typu opublikowali już w 1928 r. (6). Napisali także do Pawłowa o swoich osiągnięciach i Pawłow przysłał im zaproszenie, dzięki któremu Konorski przebywał przez 2 lata (1931-1933), a Miller przez kilka miesięcy, w laboratorium Pawłowa w Leningradzie, gdzie kontynuowali swoje doświadczenia nad odruchami warunkowymi II typu. Po powrocie do Polski w 1933 r. Konorski opublikował wraz z Millerem monografię (5), w której przedstawili wyniki dotychczasowych badań i opisali dokładnie procedury używane do wytwarzania tych odruchów. Monografię tę zakończyli słowami ”Przez wprowadzenie do fizjologii kory mózgowej odruchu warunkowego typu II-go, włączamy w zakres badań fizjologicznych obszerną dziedzinę zachowania ruchowego (postępowania) organizmów, dostępną dotychczas jedynie psychologii”.

Konorski u Pawlowa

J. Konorski u Pawłowa, I.P Pawłow - w pierwszym rzędzie piąty od lewej. J. Konorski - w trzecim rzędzie pierwszy od prawej (w okularach). Leningrad, 1932.
Nazwiska pozostałych współpracowników Pawłowa patrz Acta Neurobiologiae Experimentalis, 34:645-653.

Po powrocie z Leningradu Konorski został zatrudniony przez prof. Białaszewicza, ówczesnego kierownika Zakładu Fizjologii w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. Nenckiego, gdzie kontynuował swoje doświadczenia nad warunkami i efektywnością różnych metod wytwarzania odruchów warunkowych II typu. Wyróżnił cztery procedury doświadczalne wytwarzania tych odruchów:

1. wzmacnianie bodźcem bezwarunkowym dodatnim, np. pokarmem, zespołu składającego się z bodźca obojętnego np. dźwięku metronomu ( tj. bodźca warunkowego) i ruchu biernego (np. podnoszenia łapy), prowadzi do czynnego wystąpienia uczonego ruchu na bodziec warunkowy; metoda ta nazywa się ćwiczeniem za pomocą nagrody (ang. reward training);

2. wzmacnianie bodźca obojętnego bodźcem bezwarunkowym dodatnim, a nie wzmacnianie zespołu bodziec dodatni + ruch bierny, prowadzi do powstrzymania się od ruchu na bodziec warunkowy, a nawet do aktywnego przeciwstawiana się ruchowi; metoda ta nazywa się ćwiczeniem za pomocą pozbawienia nagrody (ang. omission training);

3. wzmacnianie bodźca obojętnego bodźcem bezwarunkowym ujemnym np. prądem elektrycznym, a nie wzmacnianie ujemnie zespołu bodziec warunkowy + ruch bierny, prowadzi do wytworzenia się odruchu warunkowego II typu w postaci ruchu wykonywanego celem uniknięcia wzmocnienia ujemnego (kary); metoda ta przyjęła nazwę ćwiczenia reakcji unikania (ang. avoidance training );

4. wzmacnianie ujemnie, np. szokiem elektrycznym, zespołu składającego się z bodźca warunkowego + ruch bierny, a nie wzmacnianie ujemnie samego bodźca warunkowego prowadzi do zahamowania ruchu uczonego, a nawet pojawienia się ruchu przeciwstawnego np. ekstensji, w celu uniknięcia kary np. w postaci szoku elektrycznego zastosowanego na te kończynę; metoda ta przyjęła nazwę ćwiczenia za pomocą kar (ang. punishment training) (5, 9). Łatwo zauważyć, że te cztery procedury doświadczalne wyczerpują metody uczenia określonych ruchowych form zachowania się zwierząt. Oczywiście w badaniach najczęściej stosuje się sposoby wyuczenia ruchu czynnego poprzez wzmacnianie dodatnio w treningu bodźca obojętnego plus ruch bierny, oraz wytwarzanie odruchu unikania, w którym brak ruchu na określony bodziec jest wzmacniany ujemnie. Te dwie formy odruchów II typu zostały także opisane przez amerykańskiego psychologa B.F. Skinnera, który nadał im nazwę odruchów (reakcji) instrumentalnych, ponieważ wzmocnienie dodatnie (nagroda) lub brak wzmocnienia ujemnego (kary) zależą od wykonania odpowiedniej reakcji ruchowej. Skinner opublikował swoje wyniki nieco później (w 1935r.) niż Konorski, ale ponieważ zrobił to w języku angielskim, nazewnictwo wprowadzone przez Skinnera jest bardziej rozpowszechnione w literaturze niż odruchy II typu, wprowadzone przez Konorskiego i Millera. W dalszej części tego wspomnienia obie te nazwy będą traktowane zamiennie.

W świetle powyższych danych nietrudno zrozumieć, że badania prowadzone w Zakładzie Neurofizjologii w późnych latach 50. i początku lat 60. skoncentrowane były wokół problematyki ruchowych odruchów warunkowych. Zakład miał jednolitą strukturę z profesorem Konorskim jako kierownikiem Zakładu i szeregiem asystentów (w sumie ok. 20 osób), z których większość zaczęła pracować w Instytucie jeszcze w Łodzi i mieszkała na terenie Instytutu. Każdemu z asystentów prof. Konorski przydzielał "article_text"osobne zadanie badawcze, mające na celu sprawdzenie lub rozbudowanie niektórych hipotez dotyczących mechanizmu odruchów warunkowych II typu, przy czym zostawiał on swoim współpracownikom duże pole do samodzielności w ustawieniu doświadczeń. Jako zwierzęta doświadczalne, zgodnie z tradycją badań Pawłowa, dominowały psy, kupowane od ludzi z ulicy, prawdopodobnie od hyclów (dla porządku spisywane były dane z dowodu osobistego sprzedawcy); doświadczeń na kotach było początkowo niewiele, podobnie jak szczurów, których używano w zasadzie tylko do doświadczeń labiryntowych. Każdy eksperymentator posiadał kilka (co najmniej 5) psów doświadczalnych, na których robił codziennie doświadczenia, co zajmowało mu w zasadzie całe przedpołudnie. Badania na psach prowadzono w dźwiękoszczelnych kamerach doświadczalnych budowanych na wzór kamer w laboratorium Pawłowa. Zajmowały one cały korytarz boczny na parterze. Każda kamera doświadczalna składała się z 2 części: jednego mniejszego pomieszczenia dźwiękoszczelnego, w którym znajdował się pies oraz drugiego większego nazywanego przedkamerą, w której znajdował się eksperymentator. Kamera dźwiękoszczelna wyposażona była w duży stojak, na którym stał pies, ustawiony przed psem obrotowy karmnik uruchamiany przez eksperymentatora z otworem umożliwiającym dostęp do miski z pokarmem (pokarm gotowany był w kuchni w Zwierzętarni w postaci kaszy z mięsem) oraz szereg urządzeń do prezentacji bodźców przeważnie dźwiękowych (metronom, głośniki i generatory dźwięków). W drugim większym pomieszczeniu siedział eksperymentator, który przez okno weneckie obserwował zachowanie psa, włączał bodźce i rejestrował zachowanie się zwierzęcia. Każdemu eksperymentatorowi przydzielona była osobna laborantka, której zadaniem było przyprowadzanie psów z boksów w Zwierzętarni (każdy pies miał swój boks) przez podziemny tunel do kamery doświadczalnej, ustawianie go na stojaku w specjalnych lejcach, uniemożliwiających zejście ze stołu, pomoc w zakładaniu opaski na nogę rejestrującej ruchy zwierzęcia lub w przypadku badania odruchów ślinowych, przylepianie specjalnym klejem zwanym ”zamazką„ (którego nazwa i receptura pochodziła jeszcze z laboratorium Pawłowa) tzw. balonika, do którego ściekała ślina z wypreparowanej uprzednio przetoki ślinianki przyusznej. W przypadku odruchów ślinowych wielkość odpowiedzi na bodziec warunkowy, poprzedzający bodziec bezwarunkowy, jak i odpowiedzi na bodziec bezwarunkowy (wydzielanie śliny w trakcie jedzenia) była rejestrowana za pomocą systemu odpowiednio skalowanych rurek. W przypadku ruchowych odruchów warunkowych wzmacnianych pokarmem najczęściej posługiwano się ruchem położenia na karmnik przedniej prawej kończyny (trenowanej przy pomocy ruchów biernych wykonywanych przez laboranta znajdującego się w kamerze) rzadziej unoszenia tylnej prawej kończyny. Oba te ruchy służyły także jako wskaźnik wytworzenia odruchu warunkowego w odruchach obronnych wzmacnianych stosowaniem prądu w kończynę. Dla rejestracji ruchów na dystalną część kończyny zakładano opaskę, do której przyczepiona była gumka połączona z bębenkiem Marey’a. Ruchy pisaka zamocowanego na błonie bębenka rejestrowano w przedkamerze na okopconym walcu kimografu przesuwającego się z określoną prędkością. Równe okopcenie walców kimografów było wielką sztuką i zajmowała się tym specjalnie jedna laborantka (p. Celinka Borkowska, późniejsza laborantka prof. Tarneckiego). Specjalny duży narożny pokój na parterze był przeznaczony na składowanie świeżych i odkładanie zapisanych walców, dla ich utrwalenia. W późniejszym okresie zapis na okopconych walcach zastąpiono zapisem atramentowym na papierze, co było dziełem istniejącego w Instytucie dużego warsztatu mechanicznego (a także stolarskiego, elektrycznego, a później i elektronicznego), gdyż o zakupie przyrządów w tym okresie nie było mowy.

Pomimo tak prymitywnych warunków doświadczalnych badania prowadzone w Zakładzie miały często charakter nowatorski na danym etapie rozwoju nauki i doprowadziły do rozwiązania określonych zagadnień dotyczących wyższych czynności nerwowych bądź znaczenia funkcjonalnego określonych struktur mózgowych. Z braku miejsca omówię tu skrótowo niektóre z nich, natomiast dokładniejsze omówienie tych zagadnień znajduje się w referacie wygłoszonym przez prof. Konorskiego na pięćdziesięciolecie działalności Instytutu Biologii Doświadczalnej im M. Nenckiego 1918-1968 (3). Do najważniejszych z tych osiągnięć należały:

1. Opracowanie nowego teoretycznego modelu pokarmowego odruchu warunkowego II typu, wg którego istniejące połączenia (asocjacje) między „ośrodkiem” bodźca warunkowego a „ośrodkiem” reakcji ruchowej mają charakter zarówno bezpośredni, jak i pośredni, przebiegający poprzez „ośrodek pokarmowy” (badania W. Wyrwickiej i wsp. na kozach, u których drażniono boczne podwzgórze). Połączenia bezpośrednie, tj. asocjacje między ośrodkiem bodźca eksteroceptywnego a ośrodkiem ruchu, określają jaki ruch powinien się pojawić, natomiast połączenia pośrednie, poprzez ośrodek pokarmowy, wyzwalają ruch zdeterminowany przez pierwsze asocjacje. W dalszych badaniach wysunięto (S. Soltysik) hipotezę, że ośrodkiem pośredniczącym w odruchu warunkowym II typu jest ośrodek głodu, należący do kategorii odruchów napędowych, który zawiaduje czynnościami związanymi ze zdobywaniem pokarmu, natomiast drugi ośrodek nazwany ośrodkiem konsumacyjnym, który zawiaduje aktem spożywania pokarmu, powoduje zahamowanie ośrodka głodowego. Stwierdzono także, że połączenia asocjacyjne między ośrodkiem bodźca a ośrodkiem ruchu mogą być różnej siły. Np. odruch II typu, w postaci zgięcia kończyny, wywołany działaniem rytmicznego bodźca dotykowego (tzw.„dotykałki”) umieszczonego na dystalnych częściach kończyny uczestniczącej w odruchu, mógł występować u względnie nasyconych zwierząt , a więc głównie poprzez pobudzenie drogi bezpośredniej. Właściwości te zanikły po przecięciu włókien nerwowych łączących okolicę czuciową i ruchową kory mózgowej i po tej operacji bodziec dotykowy zrównał się swą siłą z innymi stosowanymi bodźcami eksteroceptywnymi, jak np. słuchowymi lub wzrokowymi (C. Dobrzecka, J. Konorski).

koza

Koza z implantowanymi elektrodami, obok Czesława Dobrzecka.

prof. Konorski

Prof. Konorski przypatruje się doświadczeniom na kozach - koza zachowała się zgodnie z przewidywaniami.

2. W szeregu prac poświęconym roli bodźców kinestetycznych w odruchach warunkowych II typu, wykonanych u szczurów, kotów i psów stwierdzono (E. Jankowska , T. Górska, W. Kozak), że aferentacja z kończyny wykonującej ruch nie jest konieczna ani dla wywołania wyuczonej reakcji ruchowej, ani nawet dla wytworzenia ruchowego odruchu warunkowego, z wyjątkiem odruchów wytwarzanych przy użyciu ruchów biernych. Inne odruchy wytwarzane metodą wzmacniania pokarmowego ruchowych odruchów bezwarunkowych (jak np. odruchu drapania lub czyszczenia) można było wytworzyć równie łatwo u deafferentowanych zwierząt, jak u zwierząt nie operowanych, jakkolwiek ruch instrumentalny był mniej precyzyjny. Ponadto stwierdzono (R.Tarnecki), że wzmacnianie pokarmowe ruchu unoszenia kończyny, wywołanego drażnieniem prądem elektrycznym okolicy czuciowej kory mózgowej, łatwo przekształca się w odruch instrumentalny, podczas gdy drażnienie okolicy ruchowej kory mózgowej nie prowadzi do wytworzenia się odruchu instrumentalnego. Doświadczenia te wykazały, że pierwotna koncepcja Konorskiego i Millera zakładająca, iż bodziec kinestetyczny generowany przez wykonanie ruchu jest niezbędny do wytworzenia się ruchowego odruchu warunkowego jest niesłuszna i wymaga korekty modelu tych odruchów.

3. Badania nad rolą szlaku korowo-rdzeniowego w odruchach instrumentalnych wykazały, że ogólnie przyjmowana wówczas teza o niezbędności dróg piramidowych w ruchowych odruchach warunkowych, stanowiących model dowolnego zachowania, wymaga także modyfikacji (T. Górska, E. Jankowska, badania na psach i kotach). Zależnie od rodzaju badanego odruchu warunkowego drogi piramidowe bądź nie grają istotnej roli w wykonywaniu ruchu (jak np. w prostych, globalnych ruchach kończyn typu zginania), bądź wywierają na te ruchy wpływ torujący (jak np. w warunkowym odruchu drapania), bądź też są niezbędne do wykonania ruchu (jak np. w ruchach chwytania pokarmu).

Przykłady ruchowych odruchow warunkowych-koty
Przykłady ruchowych odruchow warunkowych-psy Przykłady ruchowych odruchow warunkowych-psy

Przykłady ruchowych odruchów warunkowych u kotów i psów: w górnym rzędzie od lewej - odruch drapania; odruch czyszczenia; odruch pocierania pyszczka, wszystkie wzmacniane pokarmem. W dolnym rzędzie od lewej - odruch kładzenia łapy na karmik, wzmacniany pokarmem; odruch unikania w postaci pocierania pyska przednią łapą; odruch unoszenia tylnej łapy, wzmaniany pokarmem bądź formie odruchu unikania.

4. Szczególnie ważne i spektakularne wyniki otrzymano w badaniach nad funkcją tzw. okolicy przedczołowej (badania kompleksowe J. Konorski, W. Ławicka, S.Brutkowski, I. Stępień i inni). Usunięcie tej okolicy wywoływało dwa typy zaburzeń: a) silne rozhamowanie hamulcowych odruchów warunkowych pokarmowych zarówno II typu, jak i I typu, tj. odruchów ślinowych oraz b) silne zaburzenie reakcji odroczonych, uwidaczniające się szczególnie wyraźnie wówczas, kiedy w okresie odroczenia stosuje się bodźce dystrakcyjne (W. Ławicka i J. Konorski, badania na psach i kotach). Te ostatnie badania prowadzono przy użyciu metody potrójnego wyboru: zwierzęta miały w okresie odroczenia pamiętać, w którym z trzech rozstawionych w pewnej odległości karmników (lewego, środkowego i prawego) zastosowano bodziec dźwiękowy sygnalizujący miejsce wzmocnienia pokarmowego. Test ten przeszedł do literatury światowej pod nazwą aparatu Nenckiego (ang. Nencki apparatus). Wybiórcze uszkodzenia okolicy przedczolowej wykazały, że usunięcie części przyśrodkowej tej okolicy wywołują zespól rozhamowania, natomiast usunięcie jej części bocznej powodują zaburzenie reakcji odroczonych. Te i dalsze wyniki doświadczalne nad funkcją okolic przedczołowych wykonane przez współpracowników J. Konorskiego weszły na trwale do literatury światowej i stały się podstawą do zorganizowania w Jabłonnie k/Warszawy w 1971 r. międzynarodowego symposium poświęconego funkcji okolic czołowych, w którym uczestniczyli wszyscy wybitni specjaliści zajmujący się tym zagadnieniem – m.in. W.J.H. Nauta, H.E. Rosvold, P.S. Goldman, H.-L. Teuber z USA; z Kanady B. Milner, ze Szwajcarii K. Akert i wielu innych (7).

5. Kolejnym dużym zagadnieniem badawczym był udział podwzgórza i układu limbicznego w odruchach warunkowych (badania na psach i kotach: E. Fonberg, S. Brutkowski, A. Romaniuk). Stwierdzono, że zarówno w podwzgórzu jak i w jądrze migdałowatym istnieją okolice, które kontrolują napęd głodowy u zwierząt. Drażnienie słabym prądem elektrycznym określonych pól wywołuje wzmożenie pobierania pokarmu (hyperfagia), a ich usuwanie powoduje czasowe zmniejszenie łaknienia. Odwrotnie istnieją także punkty, których drażnienie powoduje zahamowanie aktu pokarmowego i nawet awersje do pokarmu (afagia), a ich usunięcie wzrost łaknienia. Inne okolice w obrębie podwzgórza i ciała migdałowatego zawiadują funkcjami obronnymi organizmu, przy czym dają się wydzielić zarówno okolice, których drażnienie wywołuje reakcje strachu i ucieczki, jak i okolice, których drażnienie wywołuje reakcje agresji. Analiza zmian w ruchowych odruchach warunkowych, zarówno pokarmowych jak i obronnych, wykazała, że usunięcie okolic mających związek z pobieraniem pokarmu lub zachowaniem obronnym organizmu upośledza także odpowiednie odruchy warunkowe, przy czym zmiany w reakcjach instrumentalnych trwają na ogół dłużej aniżeli upośledzenie odpowiednich reakcji bezwarunkowych.

Omówione wyżej wyniki w żadnym przypadku nie wyczerpują problematyki badawczej Zakładu Neurofizjologii w omawianym okresie. Zainteresowane osoby odsyłam do przeglądowego artykułu Konorskiego (3). Uzyskane wyniki publikowano prawie wyłącznie po angielsku, ale głównie w Acta Biologiae Experimentalis (przekształconym w roku 1970 w Acta Neurobiologiae Experimentalis), czasopiśmie wydawanym przez Instytut Nenckiego od 1928 r. i wznowionym po wojnie, począwszy od roku 1947, a regularnie dopiero w latach pięćdziesiątych. Dla przykładu, łączna liczba prac opublikowanych przez pracowników Zakładu Neurofizjologii w latach 1959-1968 wynosiła ok. 120, z czego około 70% drukowane było w Acta Biologiae Experimentalis, około 20% w Biuletynie PAN bądź w doniesieniach ze zjazdów w krajach Europy wschodniej (z wyjątkiem zjazdów w ZSSR), a tylko ok. 6% było opublikowanych w czasopismach wydawanych w krajach Europy zachodniej bądź USA. Ta ogromna przewaga publikacji w Acta Biologiae Experimentalis była spowodowana izolacją naukową i brakiem dostępu do szerokiej literatury światowej i wymiany informacji wynikającej z istnienia „żelaznej kurtyny”. Należy jednak podkreślić, że dzięki wymianie Acta Biologiae Experimentalis z innymi bibliotekami naukowymi na świecie, Instytut nasz był względnie nieźle zaopatrzony w czasopisma, co zawdzięczamy ogromnej pracy ówczesnych pracowników Biblioteki: H. Adlerowi, R. Głowackiej, J. Sikorskiej i J. Drajsajtelowi. Warto też dodać, że o ile prof. Konorski zachęcał nas i nieraz pomagał w pisaniu publikacji, nie przykładał on żadnej wagi do pisania prac doktorskich, tłumacząc nam, że ważne są wyniki, a nie stopnie naukowe. Jednak u większości z nas zdrowy instynkt zwyciężył, m.in. dlatego że Polska Akademia Nauk zezwalała na długotrwale wyjazdy zagraniczne tylko osobom ze stopniem doktora. Nie istniały też w tym okresie żadne harmonogramy badań ani też rozliczenia roczne, tak że pracowało się spokojnie, bez zewnętrznych przymusów i we względnym komforcie psychicznym.

Nasz dzień codzienny był dość typowy dla pracownika naukowego. Nie było, o ile pamiętam, dyscypliny pracy, pomimo zewnętrznych nacisków odgórnych jej wprowadzenia, tak że rozpoczynało się pracę w laboratorium między godz. 9.00 a 10.00. Doświadczenia kończyły się zazwyczaj koło godz. 13.00 bądź 14.00. Po zakończeniu doświadczeń szło się do stołówki, (stołówka zajmowała obecny bufet oraz sale A i B), która była także centrum życia towarzyskiego. Stołówka (kierowana z poświęceniem przez p. J. Kwiecińską) była hojnie dotowana przez Instytut i obiad w niej podawany był podstawowym pożywieniem w ciągu całego dnia, tak że prawie wszyscy pracownicy Instytutu odżywiali się w stołówce. Menu obiadowe nie było zbyt urozmaicone i składało się zawsze z trzech dań: zawiesistej, pożywnej zupy, drugiego dania z mięsem za wyjątkiem poniedziałku, który władze ówczesne ze względów ekonomicznych ogłosiły dniem bez mięsa, oraz piątku, z nieśmiertelnym kompotem jako deserem. Wyboru dań nie było. Czas po obiedzie był przeznaczony na opracowywanie wyników, czytanie literatury itp. Prace kończyło się koło godz. 19.00. Wynikało to nie tylko z naszego zamiłowania do nauki, ale także z pewnej presji wywieranej przez zwyczaje prof. Konorskiego. Sam bardzo dużo pracując, wymagał tego bezwzględnie także i od pracowników naukowych. Było normą, że ok. godziny 17.00 prof. Konorski, po odpoczynku, wzywał do siebie indywidualnie pracowników naukowych pytając się ich, jakie mają nowe wyniki. Przychodził też w czasie doświadczeń do kamer zobaczyć jak idą doświadczenia i entuzjazmował się, jeśli wyniki doświadczeń potwierdzały jego robocze hipotezy wyraźnie okazując radość. Posiadał też rozbudowaną umiejętność wzmacniania dodatnio swoich asystentów, cieszył się z każdego nawet najmniejszego wyniku i potrafił go tak przedstawić w szerokim aspekcie wiedzy, że robił z tego prawie powieść sensacyjną; wychodziło się więc od niego z przeświadczeniem, że uczestniczy się w wielkim procesie poznawczym, znacznie więcej wartym niż inne przyjemności, w które zresztą życie ówczesne nie obfitowało. Równocześnie, przy całym zamiłowaniu do nauki, Konorski rozumiał zwykle potrzeby życiowe, troszczył się o nas, pożyczał pieniądze itp. Przeznaczał też na potrzeby Zakładu pieniądze, które przysługiwały mu jako członkowi PAN. Był więc nie tylko mistrzem, ale i przyjacielem, choć zawsze zachowywano w stosunku do niego należny dystans.

Zgodnie z tradycją z laboratorium Pawlowa, w którym w każdą środę odbywały się zebrania naukowe, także i w naszym Zakładzie w każdą środę od godz. 16.00 do 19.00. odbywały się tego typu zebrania. Na zebrania te przychodziła także grupa neurochirurgów, współpracowników prof. Lucjana Stępnia z Centrum Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej PAN w Warszawie, gdyż Konorski żywo interesował się neuropsychologią kliniczną, w tym szczególnie afazją. Przychodzili też różni zaproszeni goście, zajmujący się np. psychologią czy informatyką, którymi to dziedzinami Konorski także bardzo się interesował. Na zebraniach przedstawialiśmy wyniki badań, które Konorski zawsze komentował wygłaszając obszerny koreferat. Był on także często jedynym referentem na zebraniach, na których przedstawiał nam swoje koncepcje dotyczące pracy mózgu.

Środowe zebranie zakładu

Środowe zebranie zakładu. Stefan Sołtysik dyskutuje z prof. Konorskim.

Środowe zebranie zakładu

Środowe zebrania zakładu.

Od lewej - prof. Liliana Lubińska, Hanna Chorążyna, Genowefa Szwejkowska, Czesława Dobrzecka. Po prawej - referuje Guy Santibanez (z Chile).

Do 1956 r. Polska była krajem zamkniętym, praktycznie bez możliwości wyjazdu zagranicę, zarówno prywatnego jak i służbowego. Zmieniło to się w 1957 r. z chwilą objęcia przez W. Gomułkę funkcji I Sekretarza PZPR (Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej). Od tego czasu otworzyły się dla obywateli polskich pewne możliwości wyjazdu zagranicę. Prof. Konorski nawiązał wtedy kontakty z Zakładem Fizjologii Czechosłowackiej Akademii Nauk w Pradze kierowanym przez E. Gutmanna oraz Instytutem Wyższych Czynności Nerwowych i Neurofizjologii Radzieckiej Akademii Nauk kierowanym przez E. Asratiana, które zaowocowały wspólnym zjazdami naukowymi. Była to dla nas pierwsza możliwość prezentowania na większym forum naszych wyników i przełamania izolacji naukowej. Pierwsze trzy zjazdy odbyły się kolejno: w 1959 r. w Polsce, w 1961 r. w Czechosłowacji i w 1964 r. w ZSRR (w Armenii). W okresie późniejszym Zjazdy te odbywały się także co 3-4 lata w kolejnych krajach i stały się źródłem licznych przyjaźni i współpracy naukowej.

Konorski i Asratian

prof. J. Konorski i prof. E.A. Asratian (z prawej), z tyłu Piotr Korda. Ze zbiorów R. Tarneckiego.

Konferencja Trzech Instytutów

Zdjecie uczestników IV Konferencji Trzech Instytutów; w centrum na schodach profesorowie J. Konorski i E.A. Asratian.

Pod koniec roku 1957, w ramach „odwilży” politycznej, Konorski wyjechał na 3 miesiące do USA celem zwiedzenia ośrodków naukowych zajmujących się badaniem czynności mózgu. Wizyta ta była wielkim sukcesem Konorskiego, gdyż jego fizjologiczne podejście do analizy zachowania się organizmu znane było z jego książki pt. ”Conditioned reflexes and neuron organization”, wydanej w 1948 r. w Londynie (1), w której zreinterpretowal wyniki osiągnięte przez Pawłowa w duchu fizjologii sherringtonowskiej, opartej na neuronalnej strukturze układu nerwowego. W odróżnieniu od C.S. Sherringtona, Pawłow traktował mózg, a w szczególności korę mózgową, jako obszar amorficzny, bez uwzględniania właściwości poszczególnych komórek nerwowych, w którym promieniowały, rozlewały się, wzajemnie antagonistyczne procesy pobudzenia i hamowania, tworząc określone mozaiki punktów pobudzeniowych i hamulcowych, decydujących o aktualnym stanie czynności kory. W tym świetle znamienna jest dedykacja swej książki przez Konorskiego „I.P. Pawłowowi i C.S. Sherringtonowi w nadziei, że przyczyni się do przerzucenia mostu pomiędzy osiągnięciami każdego z nich”. Warto zaznaczyć, że wydanie tej książki było źródłem także kłopotów i przykrości dla Konorskiego. W niektórych kręgach naukowych, hołdujących ortodoksyjnie marksizmowi, a w fizjologii bezkrytycznie nauce Pawłowa, zarzucano mu uprawianie „burżuazyjnej nauki”, co było wtedy przymiotnikiem dyskwalifikującym. Na szczęście po śmierci Stalina w 1953 r., wraz z nastaniem w 1955 r. „odwilży” w ZSSR, w skutek odcięcia się Chruszczowa od Stalina, tendencje te ustały, tak że w 1955 r. Konorski został wybrany na członka Polskiej Akademii Nauk, czego uprzedniomu odmawiano.

Pobyt Konorskiego w Ameryce w połączeniu ze zmianami politycznymi w Polsce sprawił, że od roku 1958 Zakład Neurofizjologii i Instytut Nenckiego stał się miejscem odwiedzanym przez wielu gości zagranicznych, zarówno ze wschodu jak i zachodu. Dla pierwszych Polska była przyczółkiem zachodu, dla drugich miejscem styku wschodu i zachodu. Prof. Konorski był autorytetem, jeśli chodzi o znajomość badań szkoły Pawłowa, a nasz Zakład ośrodkiem badań nad fizjologicznymi mechanizmami zachowania się organizmu. J. Konorski miał także renomę wybitnego naukowca. Posiadał niesłychany talent systematyzowania faktów i tworzenia z nich spójnych teorii, a także rewizji swoich teorii pod wpływem nowych faktów. Miał przy tym łatwość słowa i żywy sposób zachowania, co czyniło go niezapomnianym dyskutantem na wszystkich kongresach i zjazdach.

Konorski i Mishkin

Jerzy Konorski dyskutuje z Mortimerem Mishkinem (z National Institute of Health, Bethesda, USA), tyłem Wanda Wyrwicka, sala konferencyjna IBD. Ze zbiorów R. Tarneckiego.

Konorski i Mishkin

Jerzy Konorski z Mortimerem Mishkinem w kamerze doświadczalnej.

Konorski i goście

Jerzy Konorski i goście: od lewej - C. Pfafmann, N.E. Miller, J. Konorski i H. Schlosberg. sala konferencyjna w IBD, 1960.

W sumie w okresie od 1959 do 1972 r. włącznie odwiedziło Zakład Neurofizjologii ok. 315 naukowców z zagranicy (średnio ok. 21 osób rocznie) w tym 36% z USA i Kanady, 22% z krajów Europy zachodniej, 16% z ZSRR, 23% z tzw. krajów Demokracji Ludowej i 3 % z innych krajów. Wśród gości zagranicznych należy wymienić prawdziwe ówczesne autorytety naukowe, jak M.Brazier, H. Grundfest, H.W. Magoun, N.E. Miller, J.E. Rose, H.E. Rosvold,  M. Mishkin, E. Stellar z USA; H. Jasper, B. Milner, W. Penfield z Kanady; sir E.D. Adrian i H.W. Thorpe z Anglii; D. Albe-Fessard i P. Buser z Francji; R. Granit i A. Lundberg ze Szwecji; G. Moruzzi z Włoch; K. Akert i M. Wiesendanger ze Szwajcarii; M. Ito z Japonii; P. Bishop z Australii; E.A. Asratian i A.R. Łuria z ZSRR, i wielu innych. Około 10% gości spędzała w Zakładzie dłuższe okresy, od  3 tygodni do 3 miesięcy, a 5 osób (wszystkie z USA bądź krajów zachodnich) przebywała tu od 1-2.5 lat celem zrobienia doktoratu lub odbycia stażu po doktoracie (12).

J. Konorski i J. Neru

prof. J. Konorski i Neru. Ze zbiorów Rekha Photos.

Dla nas, asystentów prof. Konorskiego, możliwość słuchania referatów eminentnych gości zagranicznych na środowych zebraniach naukowych i opowiadanie im o naszych wynikach było bezcenne, tak ze względów językowych jak i naukowych. Zaowocowało to później możliwościami wyjazdu zagranicę do renomowanych ośrodków, na roczne lub dłuższe staże zagraniczne, celem prowadzenia doświadczeń i uczenia się nowych metod, gdyż nazwisko Konorskiego wszędzie otwierało nam drzwi. Toteż lata 1960-1970 były okresem licznych naszych wyjazdów zagranicę. Przyczyniło się to jednak pośrednio do zmniejszenia spójności Zakładu, gdyż większość z nas po powrocie, chciało kontynuować problematykę bądź metody, których się nauczyło zagranicą i aspirowało do własnych Pracowni. Prof. Konorski był nadal dla nas wielkim autorytetem naukowym, ale problematyka związana z teoretycznymi mechanizmami odruchów instrumentalnych powoli się wyczerpywała na korzyść konkretnych zagadnień budowy i funkcji różnych układów czuciowych i ruchowych, zagadnień pamięci, układu limbicznego, itp. Prof. Konorski mniej uczestniczył w codziennym życiu Zakładu, gdyż zajęty był pisaniem swej wielkiej monografii pt. „Integrative activity of the brain” (2) wydanej w Chicago, w której zawarł obszerną, ogólną koncepcję pracy mózgu człowieka i zwierząt. Uznawany był na całym świecie jako wielki autorytet naukowy, czego wyrazem były przyznane mu odznaczenia, honorowe członkostwo szeregu zagranicznych towarzystw naukowych, doktorat honoris causa na Uniwersytecie z Filadelfii (8), znalazł się również na ścisłej liście kandydatów do nagrody Nobla (10). Zmarł w 1973 r. po ciężkiej chorobie, ale jego szkoła przetrwała i stale się twórczo rozwija (10, 11). To ostatnie zagadnienie wykracza jednak poza ramy niniejszego wspomnienia.

 

Piśmiennictwo

1. Konorski J. (1948) Conditioned reflexes and neuron organization. Univ. Press. Cambridge, s.267.

2. Konorski J. (1967) Integrative activity of the brain. An interdisciplinary approach. Univ. Chicago Press, Chicago p. 531. Second ed. 1970; Tłumaczenie polskie: Integracyjna działalność mózgu. (1969) PWN Warszawa, 518 s.

3. Konorski J. (1968) Badania w dziedzinie fizjologii mózgu. W: Pięćdziesiąt lat działalności Instytutu  Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego 1918-1968. PWN Warszawa, s.25-59

4. Konorski J. (1974) Jerzy Konorski. In: A history of psychology in autobiography. Vol.6. Appleton-Century Crofts, New York p. 185-217. Tłumaczenie polskie: Autobiografia. Kwart. Hist. Nauki 1977, 22: 215-250.

5. Konorski J. i Miller S. (1933) Podstawy fizjologicznej teorii ruchów nabytych. Ruchowe odruchy warunkowe. Książnica Atlas TNSW, Warszawa, s. 167.

6. Miller S. i Konorski J. (1928) Sur une forme particuliere des reflexes conditionnels. Compt. Rend. Soc. Biol. 99:1155-115.

7. The frontal granular cortex and behavior. International Symposium. J. Konorski, H.-L. Teuber, B. Żernicki (eds). Acta Neurobiol. Exp., 32 (1972) p.117-656

8. Zieliński K. (1974) Jerzy Konorski 1903-1973. Acta Neurobiolog. Exp., 34: 645-653.

9. Zieliński K. (1984) Teoria odruchów warunkowych Jerzego Konorskiego. Kosmos, 431- 445.

10. Żernicki B. (1984) Konorskiego Szkoła Fizjologii mózgu – Zakład Neurofizjologii Instytutu Nenckiego. Kosmos, 445-452.

11. Żernicki B. (1994) Past and present of the Department of Neurophysiology in the Nencki Institute. Acta Neurobiol. Exp., 54:183-190.

12. Zestawienie zrobione przez autorkę (T.G.) w oparciu o wpisy do książki gości Zakładu Neurofizjologii prowadzonej przez prof. J. Konorskiego, obejmującej lata 1958-1973.

Warszawa, maj 2008


do góry strony



Addenda do wspomnień prof. Teresy Górskiej

Julita Czarkowska-Bauch

Piękne wspomnienie napisane przez Panią profesor Teresę Górską o Zakładzie Neurofizjologii za czasów profesora Konorskiego, skłoniło i mnie do napisania paru słów.

Moje pokolenie zetknęło się z profesorem Konorskim pod koniec lat sześćdziesiątych, a więc po napisaniu przez niego książki „Integracyjna działalność mózgu”. Na seminaria środowe ściągali ludzie z najróżniejszych ośrodków w kraju i za granicą. Przychodziło się, prawdę mówiąc, dla posłuchania profesora. Nawet najnudniejszy prelegent lub najmniej zrozumiałe seminarium nabierało fantastycznych barw po zabraniu głosu przez profesora Konorskiego. Był zawsze przygotowany. Rekapitulował to, co powiedział prelegent w tak ciekawy sposób, że często dopiero wtedy stawało się jasne (nie rzadko również dla prelegenta) „co poeta miał na myśli”. Profesor był nie lada wizjonerem i entuzjastą neurofizjologii i dla młodych ludzi, o niezbyt ugruntowanej jeszcze wiedzy, jego sposób prowadzenia seminariów był ogromnie pomocny i atrakcyjny.

Chciałam jeszcze wspomnieć o innych zasługach profesora Konorskiego, może prozaicznych, ale dla nas bardzo ważnych. Trzeba wiedzieć, że staranie się o wyjazd na zachód np. na staż podoktorski, to była gehenna rzadko uwieńczana sukcesem. Wyjątkiem był Instytut Nenckiego, bo nazwisko profesora Konorskiego otwierało drzwi najlepszych laboratoriów na świecie, a równocześnie jakoś cudownie pomagało przełamać opór władz polskich przed wysyłaniem naukowców do zagranicznych laboratoriów. Kiedy moje pokolenie dorosło do „postdoca” czyli w latach siedemdziesiątych, okazało się, że profesor załatwił dla nas kilka stypendiów fundacji Sloana, które umożliwiały odbycie staży podoktorskich na Uniwersytecie Pensylwańskim w Filadelfii. Stało się to możliwe dzięki pomocy profesora Elliota Stellara (wówczas rektora Uniwersytetu Pensylwańskiego w Filadelfii), który dobrze znał nasz Instytut, bardzo wysoko go cenił, współpracował z profesorem Konorskim i profesor Elżbietą Fonberg. W grupie szczęśliwców znaleźli się: Małgorzata Kossut, Andrzej Michalski, Krzysztof Turlejski, Andrzej Wróbel i ja. Dziś, kiedy stypendia i propozycje dla młodych naukowców leżą na ulicy, a świat stoi otworem, nie są to może fakty wywierające duże wrażenie, ale w tamtym okresie o tym się marzyło i tylko nielicznym udało się te marzenia spełnić.

prof. E. Stellar

Prof. Elliot Stellar

Podczas pobytu w Filadelfii, w laboratorium profesora George’a Gersteina, miałam okazję dowiedzieć się także i o tym, że pod koniec lat sześćdziesiątych profesor Konorski, po otrzymaniu honorarium za amerykańskie wydanie książki „Integracyjna działalność mózgu”, przekazał je do depozytu prof. Stellarowi. Pieniądze te miały zostać przeznaczone na zakup aparatury badawczej do badań neurofizjologicznych. Jeśli dobrze pamiętam, chodziło o aparaturę, która wniosłaby jakąś nową jakość do prowadzonych w Zakładzie Neurofizjologii badań. Decyzja była niełatwa i zapadła kilka lat po śmierci prof. Konorskiego, podczas mojego pobytu w Stanach. Na rynku amerykańskim pojawiły się wówczas komputery tzw. osobiste i profesorowie Stellar i Gerstein wspólnie zdecydowali, że komputer do obsługi stanowiska elektrofizjologicznego, to byłoby to! Prof. Gerstein doszedł jednak do wniosku, że lepiej byłoby za niemal te same pieniądze kupić dwa komputery w częściach i złożyć je w Polsce. Do realizacji tego celu potrzebna była nie tylko pewna pomoc finansowa z jego strony i dobra znajomość komputerów, ale też pomoc na miejscu, w Polsce.

George Gerstein i Andrzej Wróbel

George Gerstein i Andrzej Wróbel. Warszawa, rok 2004.

Profesor Gerstein zdecydował się przeznaczyć swój sabbatical na przyjazd do Polski. Razem z kolegami „wzrokowcami” z Instytutu Nenckiego złożył i uruchomił komputery, pomógł napisać oprogramowanie do analizy danych elektrofizjologicznych i po roku zostawił dwa pracujące stanowiska i przeszkoloną grupę wdzięcznych mu uczniów.

Piszę o tym, ponieważ bohaterowie mojego krótkiego wspomnienia wyznaczali i wyznaczają standardy postępowania i cieszę się, że miałam szczęście do spotkania ich na mojej drodze życiowej.

Warszawa, lipiec 2008


do góry strony




Wspomnienia o Instytucie

Bella Harutiunian-Kozak

Instytut Nenckiego jest wyjątkowym ośrodkiem naukowym. Gdy tylko znalazłam się w Nenckim, odczułam to od razu. Byłam jedną z tych osób, które miały szczęście pracować w Nenckim w okresie, gdy Instytutem kierowali Profesorowie Niemierko i Konorski. Instytut był doskonale zorganizowany, poczynając od biblioteki, a kończąc na warsztatach i zwierzętarni. Personel techniczny i administracyjny Instytutu tworzyli wspaniali ludzie. Byli kompetentni i można było na nich polegać. Myślę, że oni także mieli znaczący udział w osiągnięciach naukowych Instytutu.

prof. Bella Harutiunian-Kozak z inżynierem Józefem Folgą

Ja i pan inżynier Józef Folga. Rok 1974.

Już na początku mojej pracy w Instytucie byłam zaskoczona, jak wielu wybitnych naukowców zatrudniał Instytut. Panowała w nim wyjątkowa atmosfera wzajemnej życzliwości pomiędzy pracownikami i kierownictwem Instytutu. Ja miałam przyjemność być w pracowni W. Kozaka, od którego wiele się nauczyłam. Wszystko, czego później dokonałam w badaniach nad fizjologią wzroku i w ogóle w nauce, zawdzięczam wiedzy, którą mi przekazał. Pracowałam w Nenckim prawie dziewięć lat. Przez pierwsze lata w Instytucie Nenckiego, starałam się odkryć, w czym tkwi „tajemnica” jego wspaniałej organizacji pracy naukowej. Kiedy pytałam przyjaciół (a miałam wielu) wszyscy jednym głosem mówili, „to tradycje Nenckiego”. I tradycje te były konsekwentnie podtrzymywane przez kolejne pokolenia naukowców Instytutu. Ogromna w tym była zasługa prof. J. Konorskiego.

Pracownicy Zakładu Neurofizjologii i goście, pierwszy rząd od lewej, Janek Divac (gość z Belgradu), prof. Liliana Lubińska, Ida Karmanowa (gość z Leningradu), Ela Fonberg, Janusz Kulikowski (nad glową Fonberg) i p. Mosidze (gość z Tbilisi) w tylnym rzędzie, pierwszy z lewej, obok drzwi - Bolek Srebro. Zdjęcie wykonane w latach 1968-1969.

Goście z Rosji, uczestnicy Sympozium w Nenckim. W pierwszym rzędzie, od lewej - druga z rzędu Irena Łukaszewska, nad głową Ireny - Kazik Zeliński (tylko głowa), z prawej od Ireny w drugim rzędzie Ela Fonberg, następny w pierwszym rzędzie prof. E. Hasratian z profilu (z Moskwy), obok niego w ciemnym garniturze - prof. Konorski, obok - Jadzia Dąbrowska, Pavel Simonow (profil). Zdjęcie wykonane w latach 1968-1969.

Myślę, że epizod, który teraz przypomnę, pozwoli osobom, które nie znały prof. Konorskiego osobiście, zrozumieć dlaczego została po nim pamięć wielkiego Człowieka i genialnego naukowca. Zacznę od tego, że miałam poważny konflikt z prof. Konorskim. Był rok 70., i prof. Konorski już wtedy sformułował hipotezę o „gnostic units” („jednostkach poznawczych”), zgodnie z którą jedna komórka nerwowa w mózgu (neuron) może odbierać informację wzrokową dotyczącą całości obiektu, na przykład ręki, lub twarzy i wyspecjalizować się, mieć własny mechanizm różnicowania i dyskryminacji informacji wzrokowej. Prof. Konorski był wręcz „zakochany” w swojej hipotezie. Stale mówił o niej na wykładach. Tak się jednak stało, że raz w rozmowie ze mną, zapytał o moją opinię na ten temat. Więc powiedziałam mu wprost, że „nic takiego nie ma w mózgu i być nie może!” Był zaskoczony, ale poprosił o dowód. Powiedziałam, że zbadałam tysiące komórek wzrokowych i ani jednego „gnostic unit” nie widziałam. Poza tym informacja wzrokowa ma bardzo skomplikowane mechanizmy przekształcania i kodowania, nawet jednej cechy obrazu, a co dopiero całokształtu. Od tego dnia zaczęła się pomiędzy nami długa dyskusja na ten temat, która trwała kilka miesięcy. Prof. Konorski zdecydował się uczestniczyć w naszych doświadczeniach. Uczestniczył w nich dwa miesiące. To było zdumiewające, jak on, mając ponad 60 lat, jak młody entuzjasta, z niesamowitą energią i ogromnym zainteresowaniem dążył do wyjaśnienia istoty problemu, poszukując przekonywujących dowodów istnienia „gnostic units”. To był przykład prawdziwego naukowca, poświęcającego się w pełni nauce. Niestety, „gnostic units” nie udało się znaleźć. Myślałam że dyskusja skończyła się i kontynuowałam pisanie pracy habilitacyjnej, której wkrótce miałam bronić. Aż tu nagle, Prof. Konorski poprosił mnie do swojego gabinetu. Okazało się, że absolutne nie zrezygnował ze swojej hipotezy i miał zamiar kontynuować ze mną dyskusję teoretyczną. Ustalił sam, że mam codziennie (oprócz środy) przychodzić do jego gabinetu dokładnie o 5-ej po południu i do 7-ej wieczorem mamy dalej dyskutować na temat tego problemu. Zaczęła się długa, fundamentalna dyskusja naukowa, a raczej batalia. Nie miałam zamiaru ustąpić. Byłam pewna, że to ja mam rację, mimo że przede mną był światowej sławy naukowiec, słynny Konorski. Po paru dniach ze zdumieniem dowiedziałam się, że cały Instytut z zainteresowaniem śledzi naszą dyskusję i oczekuje na jej rezultat. Już po pierwszym tygodniu intensywnych, dosyć emocjonalnych rozmów telefonowali do mnie naukowcy spoza Warszawy; interesowali się - „kto zwycięża?”. Mówiłam, że „jeszcze się trzymam”. To trwało dwa tygodnie. W końcu drugiego tygodnia, gdy zaczęliśmy naszą rozmowę, wyczułam że Konorski jest rozgniewany. Więc ja też (jak typowa Ormianka) rozgniewałam się. W pewnym momencie, nie pamiętam już po jakiej mojej odpowiedzi na Jego kolejne pytanie, Konorski zerwał się z krzesła, zamachał gwałtowanie rękoma i powiedział zagniewany: „pani Belu, to już cios poniżej pasa! Koniec dyskusji!”

prof. Bella Harutiunian-Kozak

Prof. Bella Harutiunian-Kozak. Zdjęcie wykonane w latach 1972-1973.

Wróciłam do pracowni bardzo przygnębiona. Ze smutkiem rzuciłam napisaną już pracę habilitacyjną do kąta. Byłam absolutne pewna, że Konorski nigdy nie pozwoli mi bronić habilitacji. Ale po pewnym czasie przyszła do pracowni pani prof. L. Lubińska i zapytała, dlaczego jeszcze nie złożyłam mojej pracy habilitacyjnej. Z wielkim smutkiem w głosie powiedziałam, że zrezygnowałam z obrony, będąc pewna, że prof. Konorski nie pozwoli mi bronić pracy. Pani prof. Lubińska ze zdziwieniem odpowiedziała; „myślałam że jesteś mądrą dziewczyną. Jak można do takiego stopnia nie znać Konorskiego?!. Przecież to on poprosił mnie, żebym przyszła do ciebie. Niepokoi się, że opóźniasz kolokwium habilitacyjne. Masz kilka dni, by złożyć pracę”! Byłam absolutne zaskoczona. Nagle zrozumiałam, kto zwyciężył. Zwyciężył właśnie Konorski i to w dziedzinie o wiele ważniejszej, w dziedzinie humanizmu, szlachetności i sprawiedliwości. Obroniłam pracę habilitacyjną! I Prof. Konorski był jednym z recenzentów. W dniu, w którym miałam otrzymać dyplom, w trakcie posiedzenia rady naukowej, jej przewodniczący, pan prof Niemiecko, był chory. Dyplom otrzymałam z rąk prof. J. Konorskiego. Dotąd pamiętam jego słowa: „Pierwszy raz w życiu cieszę się, że Niemierko choruje i mogę własnoręczne wręczyć ten dyplom Pani Belli Harutiunian-Kozak”. I taki właśnie był Prof. J. Konorski.

Bella Harutiunian-Kozak, prof. Aszot Kozak (kiedy mał cztery lata) i prof. Stanisław Dryl. Rok 1971.

Przywołując moje wspomnienia z tamtych czasów, chciałam, by ci, którzy je dzisiaj czytają, widzieli, że tradycja Instytutu Nenckiego to nie tylko jego osiągnięcia naukowe. Wspaniałe osiągnięcia naukowe Instytutu powstały nie tylko dzięki oddaniu nauce takich osób jak Prof. J. Konorski, ale także dzięki szlachetność ich charakterów.

Następne pokolenie kontynuowało te piękne tradycje. Dla Prof. K. Zielińskiego i P. prof. B. Żernickiego dobro Instytutu było rzeczą najważniejszą. Dzięki temu udało się im przeprowadzić Instytut przez lata trudne.

Fotografia grupy badawczej kierowanej przez Bellę Harutiunian-Kozak.

Fotografia grupy badawczej kierowanej przez Bellę Harutiunian-Kozak. Od lewej - Andrzej Wróbel, Basia Stachelska (laborantka), B. Harutiunian-Kozak, Krysia Dec, Krzysztof Turlejski. Rok 1974.


Foto - od lewej - Janka Dobrzańska, Krystina Dec, B. Harutiunian-Kozak, Irena Stępień (ledwo widac), Jadzia Dąmbrowska, Wojtek Dobrzański.

Z kolegami z Zakładu, od lewej - Janka Dobrzańska, Krysia Dec, B. Harutiunian-Kozak, Jadzia Dąbrowska, Wojtek Dobrzański. Rok 1974.

Gdy wróciłam do Armenii w 1974 r., przyszła do mnie po roku, do Erewania, wspaniała wiadomość. Dowiedziałam się, że dostałam nagrodę Sekretarza Naukowego PAN za dorobek naukowy. Zostałam przedstawiona do nagrody przez Instytut Nenckiego. Dowiedziałam się, że niezbędna, bardzo obszerna dokumentacja została przygotowana i przekazana do komisji przez prof. B. Żernickiego. Na coś tak wspaniale życzliwego mógł zdobyć się tylko Boguś Żernicki i mogło stać się to tylko w Instytucie Nenckiego! Wzruszona, napisałam list do Rady Naukowej z podziękowaniem. Może zachował się w archiwach? Był skierowany do dyrektora Prof. K. Zielinskiego.

Mogłabym jeszcze długo pisać o Instytucie. Mam o nim jeszcze wiele innych, pięknych wspomnień. Nie sposób jednak przywołać je wszystkie w jednym w krótkim wspomnieniu. Muszę kończyć. Najważniejsze jednak zostawiłam na koniec. Po prawie 40 latach badań w dziedzinie fizjologii wzroku, dopiero teraz mam pewne wyniki, które wskazują, na możliwość istnienia „gnostic units” Konorskiego. Owszem, jeszcze muszę to sprawdzić, ale czuję, że Konorski zwyciężył ostatecznie! Był naprawdę genialny!

Erevan, marzec 2008


do góry strony




Początki Stacji Hydrobiologicznej w Mikołajkach*

Wanda Szczepańska

Przeglądając w Archiwum PAN dokumenty dotyczące Stacji zdałam sobie sprawę, że nie jest to tylko historia działalności tej placówki, ale wplatać się w nią będą również wątki z historii naszego kraju z tego okresu z jej wszystkimi aspektami. Głównie jest to opowieść o człowieku tworzącym podwaliny tej placówki naukowej i bardzo z nią związanym, historia życia człowieka nieprzeciętnego, człowieka wielkich pasji, człowieka, który kochał ludzi i przyrodę , który potrafił syntetyzować zjawiska przyrodnicze i fakty, tworzyć całościowe obrazy zachodzących procesów na różnych ich poziomach. Dorobek Stacji powstawał jednak w trudzie wielu ludzi dobrej woli, ludzi światłych, zdających sobie sprawę ze znaczenia Nauki.

Sięgam pamięcią do rozmowy, która odbyła się na Uniwersytecie Warszawskim w gabinecie dr Kazimierza Tarwida w 1950 r. Poproszono na tę rozmowę Andrzeja Szczepańskiego i mnie, jego żonę. Oboje jeszcze wtedy studiowaliśmy zoologię na tej uczelni. Padło wówczas pytanie, czy chcemy wyjechać z Warszawy i pracować na Stacji Hydrobiologicznej nad zagadnieniami hydrobiologicznymi. Wśród naukowców zrodziła się bowiem myśl o rekonstrukcji Stacji Wigierskiej. Stacja ta cieszyła się przed II wojną światową dużymi osiągnięciami naukowymi o znaczeniu międzynarodowym. Pracowali tam w tym okresie wspaniali ludzie o wielkich umysłach, sercach i niezłomnym charakterze, co udowodnili swą postawą podczas wojny. Historię tych ludzi i ich działalności opisał prof. G. Brzęk. Decyzja o kontynuacji działalności Stacji Hydrobiologicznej musiała zapaść, bo rozpoczęto pierwsze ruchy na szachownicy zdarzeń.

Dr K. Tarwid i A. Szczepański wyruszyli, aby zorientować się w stanie Stacji Wigierskiej. Oględziny musiały jednak wypaść niekorzystnie, bo obaj panowie pojechali dalej w poszukiwaniu innego miejsca. Po wielu wędrówkach znaleźli się w centrum Pojezierza Mazurskiego w Mikołajkach. Na wschód od Mikołajek znajduje się największe jezioro w Polsce – Śniardwy, na zachód i na północ – jeziora różnej wielkości i trofii. A ponadto wielka rozmaitość drobnych i okresowych zbiorników leśnych i śródpolnych – co za bogactwo możliwości badań w tak różnorodnych ekosystemach wodnych! Wróć my jednak do sprawy Stacji Wigierskiej. Tereny, na których umiejscowiona była ta Stacja były jeszcze wtedy (1948-1950) pełne powojennego niepokoju, jeszcze niezbyt bezpieczne. W tej sytuacji zdecydowano się ostatecznie na umieszczenie Stacji Hydrobiologicznej w Mikołajkach. 11 lipca 1951 roku Departament Nauki w Ministerstwie Szkół Wyższych i Nauki wydał dokument o utworzeniu Stacji Hydrobiologicznej w Mikołajkach. Pismo to skierowano do Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego, jednostki macierzystej tej świeżo powołanej Stacji. Dyrektorem Instytutu im. M. Nenckiego był wówczas prof. Jan Dembowski.

A co ze Stacją Wigierską? Budynek byłej Stacji Hydrobiologicznej został przekazany w marcu 1953 roku na cele szkolnictwa. Przekazania tego dokonał prof. J. Dembowski, który był wówczas marszałkiem Sejmu R.P. Wracam do osobistych wspomnień, cofając się nieco w czasie. W 1950 roku przychodzi na świat nasz syn Marek. Oboje z Andrzejem kontynuujemy jeszcze studia. Andrzej w tym czasie pracuje równie ż jako asystent w S.G.G.W. u prof. Michajłowa organizując ćwiczenia dla studentów tej uczelni. Za mną są dwa lata pracy w Zakładzie Zoologii Uniwersytetu Warszawskiego u prof. T. Jaczewskiego. Po zajściu w ciążę skoncentrowałam się na pracy magisterskiej pod tytułem „Wpływ ścieków na faunę unoszoną w Wiśle”. Podobnie jak moja, praca magisterska Andrzeja związana była z badaniami zanieczyszczenia Wisły. Andrzej opracowywał wpływ ścieków na skąposzczety, ja – na chruściki. Do Mikołajek wyjechaliśmy z Warszawy we wrześniu 1951 roku. Mareczek, nasz syn, miał wówczas prawie rok i był dla nas dodatkowym jasnym promieniem w tym pełnym słońca i bardzo ciepłym wrześniu, pierwszym miesiącu naszej wspólnej pracy na Stacji. Protokół zdawczo-odbiorczy Stacji został spisany 18 września 1951 roku. Zawierał on dość dokładne dane dotyczące budynków i ich stanu. Obiekt wybrany na siedzibę Stacji Hydrobiologicznej należał wtedy do Zarządu Ośrodków Akademickich. Upoważnionym do przekazania obiektu Instytutowi im. M. Nenckiego był Edward Dąbrowski z Z.O.A. w Olsztynie. Przekazanie nastąpiło odpłatnie. Instytut Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego przekazał do wypłacenia na konto Ekspozytury ZOA w Olsztynie kwotę 34 351 zł. Ponieważ na przekazywanym terenie pozostało trochę rzeczy po ośrodku żeglarskim, który miał w Mikołajkach swoją bazę, Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego wyraziło zgodę na, tym razem nieodpłatne, przekazanie Stacji Hydrobiologicznej sprzętu wodnego, a mianowicie: 2 motorów do łodzi, 1 śrubokrętu, 1 siekiery, 4 pilników, 1 przecinacza do drzewa i 1 młotka żelaznego. Jeśli podaję te dane, to czynię to by uświadomić czytelnikom, z jakim majątkiem zaczynaliśmy pracę na Stacji. Główny budynek stacyjny był to dość duży, dwupiętrowy gmach z wieloma pokojami i dodatkowymi zabudowaniami. Niedaleko znajdowała się przystań na łodzie. Pokoje zastaliśmy nie umeblowane. Zajęliśmy dwa pokoje na parterze z małą łazienko-kuchnią . Początkowo do spania służyły dwa rozłożone na podłodze sienniki. Chyba dopiero po dwóch latach dostaliśmy prycze wojskowe oraz szafki. Z Warszawy zabraliśmy jedynie trochę garnków, pościeli i nieco ubrań . Byliśmy bardzo młodzi, więc sprawy bytowe nie były dla nas ważne. Był w nas wielki entuzjazm, a u mnie jeszcze wiara w możliwości Andrzeja, wiara w życie i wartość tego, czego zamierzaliśmy dokonać . Oboje też ufaliśmy sobie nawzajem. I na tym budowaliśmy zręby naszego wspólnego życia i wspólnej pracy. Są więc w tych wspomnieniach zawarte nie tylko fakty, ale również nasze myśli i emocje. Już w 1951 roku zaczęły napływać kwoty pieniężne na zagospodarowanie. Prezydium Rady Ministrów przekazało Stacji kwotę w wysokości 150 000 zł. W lipcu 1952 roku Stacja otrzymała następne kwoty – najpierw 100 000 zł, następnie 30 000 zł. Ta ostatnia kwota powinna była być rozliczona już w sierpniu tego samego roku, w przeciwnym razie dotacja ta zostałaby cofnięta, a dalsze subwencje zatrzymane. Piszę o tym, aby przypomnieć, jakie wtedy napotykaliśmy ograniczenia w dysponowaniu pieniędzmi. W rezultacie kupowało się często rzeczy niezbyt potrzebne, czasem niezbyt dobrej jakości. Musimy też zdać sobie sprawę ze skromnego wówczas zaopatrzenia firm, jak i z tego, że wybór firm upoważnionych do sprzedawania Instytutom swoich produktów był bardzo ograniczony. Pociągało to za sobą dużą i niepotrzebną rozrzutność w wykorzystaniu funduszy państwowych. Kierownik Stacji starał się kupować sprzęt rzeczywiście potrzebny, a kwota 30 000 zł została chyba dobrze rozliczona, bo Stacja otrzymała dalsze sumy pieniężne – na inwentarz (szafy, stoły i łóżka – 15 000 zł) i na dalsze urządzenia, początkowo 10 803 zł, a następnie jeszcze 14 671 zł. W tymże 1952 roku sfinansowane zostały również badania nad zachowaniem larw Molanny, jednego z gatunków chruścików. Prace te prowadzone były przez A. Grębeckiego, L. Kuźnickiego i R. Kinastowskiego, wówczas pracowników prof. J. Dembowskiego. Pod koniec grudnia 1952 roku Stacja otrzymuje kolejną kwotę pieniężną, 4 890 zł. Zostały zakupione między innymi mikroskop i lornetka. Jednocześnie otrzymaliśmy też przydział na kupno samochodu terenowego „Lublin” i przydział bonów na paliwo. Bony na paliwo ważne były na terenie zamieszkiwanego województwa. Ograniczenia dotyczyły również zużycia prądu. Bardzo dokuczliwy był ponadto brak wystarczającej ilości środków czystości, mydła i proszku do prania. W 1952 roku zatrudnieni zostają nowi pracownicy – Kraszewska, Gutowska, Wolert. Krystyna Gutowska zostaje zatrudniona jako kucharka w miesiącach letnich, gdy przy okazji badań terenowych wzrasta liczba osób. Manfred Dżeik pracuje jako laborant. Tadeusz Gortatowski, który pracuje od samego początku jako mechanik przechodzi na etat kierowcy. Pod koniec 1952 roku Stacja odstępuje Polskiemu Towarzystwu Geograficznemu dwa pokoje i „zielony domek”. Stacja ma również udostępnić pomieszczenia na kursy naukowe dla studentów geografii. PTG ma prowadzić na terenie Mazur badania morfometryczne, klimatologiczne i hydrograficzne. Pracownikami zostają Maria i Adam Synowcowie. Pod dokumentem zatwierdzającym współpracę podpisali się profesorowie Jan Dembowski, S. Leszczyński i J. Kondracki. W 1953 roku rozpoczynają pracę na Stacji Inga Wasilewska i Albina Kosicka. Wśród papierów z 1953 roku znalazłam ciekawą adnotację, cytuję: „Niniejszym komunikuję, że Maks Dżeik (również pracownik od chwili powstania Stacji) został zatrzymany przez organa Milicji Obywatelskiej za zabicie świni bez zezwolenia”. Wydaje mi się, że został wtedy zatrzymany na dwa tygodnie. Nie muszę chyba dodawać, że Dżeikowie hodowali świnie na własny użytek. No cóż, takie to były czasy... . Wróćmy raz jeszcze do roku 1952. Już wtedy Andrzej dostaje upoważnienie do występowania w imieniu Instytutu w sprawach Stacji. Jeszcze jedna sprawa z tego okresu warta jest wspomnienia.

Nowy gospodarz na tle głównego budynku Stacji

Nowy gospodarz na tle głównego budynku Stacji

Chcę trochę więcej powiedzieć mianowicie o naszym samochodzie marki „Lublin”. Był to duży samochód terenowy, nadający się do przewozu i ludzi i sprzętu, z małą łodzią włącznie. Przewóz pracowników odbywał się na odkrytej platformie, nawet w chłodne i deszczowe dni. Jego kierowcą został Tadeusz Gortatowski, który już wcześniej pełnił funkcję mechanika. Wspominam jego osobę ze szczególnym sentymentem. Był on pracownikiem Stacji od samych jej początków aż po swoje przejście na emeryturę. Żadne słowa nie są w stanie wyrazić głębokiej wdzięczności, jaką jestem mu winna za uratowanie życia mojemu starszemu synowi Markowi.

W 1953 roku Stacja dokonuje dalszych zakupów. Kupujemy sprzęt pożarniczy, od Ministerstwa Żeglugi otrzymujemy tokarkę i trzy silniki benzynowe przyczepne do łodzi. Występujemy o przydział pokostu, minii i bieli cynkowej – dóbr ściśle reglamentowanych, a tak niezbędnych do konserwacji taboru pływającego. Wśród pism z tego okresu znalazłam też i takie z prośbą o dostarczenie na potrzeby Stacji 2 kg mydła i 5 kg proszku do prania. W związku z pracami nad Molanna i jej geograficznym rozmieszczeniem. Stacja otrzymuje łódź desantową, łatwą w obsłudze i dość szybką. Na Stacji zaczynają być organizowane kursy szkoleniowe. Pierwszy kurs zorganizowany przez Ministerstwo Szkół Wyższych dla 40 studentów odbył się w 1952 roku i trwał dwa letnie miesiące. W lecie 1953 roku odbył się następny kurs, a kilku pracowników naukowych przy tej okazji wykonało również własne badania terenowe. Profesor Jan Dembowski w piśmie do II Wydziału PAN podkreśla znaczenie Stacji i konieczność jej rozbudowy. Wkrótce Stacja otrzymuje 1 500 000 zł na inwestycje, takie jak założenie centralnego ogrzewania, odnowienie budynku, umeblowanie, wyposażenie pracowni chemicznej. Zamierzano też wybudować warsztat, garaż i magazyn z materiałów pochodzących z rozbiórki poniemieckich baraków wojskowych. Kupiono ponadto deski na remont pomostu w przystani. W tym samym okresie zaczęto też myśleć o rozbudowie Stacji – budowie 25 mieszkań 3-izbowych i adaptacji do celów mieszkaniowych istniejących budynków. Pismo w tej sprawie zostało podpisane przez dyrektora administracyjnego Instytutu, B. Gastmana. Jednak we wrześniu 1953 roku sprawy rozbudowy zostają odłożone na późniejszy termin z powodu braku kredytów. Do dzisiaj planów tych w ich postaci sprzed 50 lat nie udało się zrealizować . Personel Stacji w latach 1951 – 57 przedstawiał się następująco: Mgr A. Szczepański, p.o. kierownika pracujący od 1951 r.; mgr W. Szczepańska, st. asystent, pracująca od 1951 r.; mgr St. Kosicki, st. asystent (od 1953 r.); mgr A. Kosicka, st. asystent (od 1953 r.); mgr Z. Malanowski, adiunkt (od 1957 r.). Personel techniczny: technik 1 etatu, 2 laborantów, 2 pracowników warsztatu. W roku 1953 Stacja posiadała dwie motorówki i 4 małe łodzie wiosłowe. Pracownie wyposażone były w niezbędny sprzęt naukowy. Ogrodzono też teren obejmujący znaczny obszar lasu. Jednocześnie z prowadzeniem prac remontowych, gromadzeniem aparatury i sprzętów i tworzeniem warunków dla przyjmowania gości z zewnątrz, pracownicy Stacji prowadzili własne prace badawcze. Kiedy na Stacji pojawił się w otoczeniu swych asystentów prof. Marian Gieysztor, zaczęliśmy wraz z nim badania nad fauną drobnych zbiorników śródleśnych i śródpolnych. Andrzej rozpoczął przygotowania do druku pracy: „Analiza populacji skąposzczetów dna Wisły pod Warszawą”, wspólnie zaś wykańczamy prace prowadzone przez dr. K. Tarwida: „Ocena rybacka stosunków biocenotycznych w jeziorze Tajty”, przy czym Andrzej opracowuje Oligochaeta, ja – Trichoptera. Kończę też opracowanie pracy magisterskiej. W 1955 roku zostaje wydrukowana praca Andrzeja „Die schwebende Fauna des Krutynia-Flisses”. Zbierając materiały do tej pracy zastosowano zmodyfikowaną siatkę Apsteina. Tej zmodyfikowanej siatki użyto po raz pierwszy zbierając materiały do pracy „Uwagi o makrofaunie unoszonej w Wiśle” przygotowanej przez K. Tarwida, J. Fabiszewską i W. Szczepańską (Polskie Archiwum Hydrobiologii, 1953). Andrzej, aby lepiej rozpoznać i zrozumieć występujące w jeziorach zróżnicowania fauny rozpoczyna badania fizycznych warunków je powodujących, poczynając od przezroczystości i temperatury wód jeziornych. A ja... pamiętam – siedziałam kiedyś na pomoście i zastanawiałam się nad swoimi planami badawczymi. Ciężko mi było przestawić się z ruchliwych wód Wisły na pozorny bezruch wód jeziora. Marzyłam, więc o powrocie do tak bliskich mi zagadnień ruchu. I tak powstała myśl, by badać wpływ falowania na larwy chruścików osadzające się na stałych przedmiotach. Nie wiedziałam jednak jak mierzyć wielkość falowania w określonym miejscu. Z pomocą przyszedł mi Andrzej. Opracował aparat do mierzenia wysokości fal. Wszystkie wymyślone przez Andrzeja aparaty były proste w konstrukcji i doskonale funkcjonowały. Niestety uległy one zniszczeniu, a Stacja nie posiada ich prototypów

Kierownictwo Stacji nie mogło zapomnieć o sprawach związanych z budową i remontami. W roku 1955 przeprowadzono prace przy pogłębieniu przystani. Nadal jednak część zabudowań i niektóre urządzenia nie nadawały się do dalszej eksploatacji. W 1958 roku rozebrano 2 baraki, w których mieścił się warsztat i garaż, a rozbiórka dwóch dalszych stawała się coraz bardziej nieunikniona. Główny budynek był niewystarczająco uzbrojony, brakowało w nim wody i gazu, słabe były instalacje elektryczne, a piece czynne były tylko w części budynku. Odczuwaliśmy też dotkliwy brak mieszkań dla pracowników naukowych. Coraz bardziej zdawaliśmy sobie sprawę z konieczności doinwestowania Stacji. W związku z tym w 1958 roku dokonano oszacowania trwałości budynków. Trwałość głównego budynku określono na 90 lat i miał być on poddany kapitalnemu remontowi. Trwałość budynku letniego, przebudowanego w 1934 roku ze stodoły została oszacowana na 30 lat (budynek ten został ostatecznie rozebrany w 1998 roku). Tymczasem w porcie zbudowano hydrofornię i magazyn materiałów pędnych. Wyremontowano też altanę. Na te remonty przeznaczono 59 922 zł. Głównym tematem naukowym przedstawianym przez Andrzeja na Radzie Naukowej Instytutu, nad którym jego zdaniem winna pracować Stacja Hydrobiologiczna był „Bilans energetyczny jezior”. Rada zaakceptowała ten temat. Andrzej zdawał sobie jednak sprawę , że podejmując ten temat zderzy się z trudnościami w zdobyciu nowoczesnej aparatury. Próbując ją zdobyć , napisał w uzasadnieniu:

„Wyposażenie Stacji w sprzęt i aparaturę potrzebną do prowadzenia tych prac drogą zakupu w większości przypadków nie jest możliwe, gdyż ani przemysł, ani zakłady zagraniczne nie produkują większości potrzebnej aparatury na sprzedaż. Znajdujące się na różnych stacjach aparaty są przeważnie prototypami skonstruowanymi bądź przez warsztaty odpowiednich placówek, bądź przez specjalistyczne warsztaty precyzyjne, np. heliostat do pomiaru zachowania się energii promienistej w masie wodnej znajduje się jedynie w Biologicznej Stacji Morskiej w Sewastopolu. Limnofotometr do pomiarów wygaszania światła znajduje się w Instytucie Botaniki Fizjologicznej w Uppsali, ponieważ tam go skonstruowano. Limnoaktynometr pomysłu prof. E. Stenca znajduje się w Zakładzie Geofizyki U.W. Zakup takiego aktynometru nie jest możliwy ponieważ istnieje on w jednym egzemplarzu. Jeśli Stacja do swych badań będzie musiała zastosować limnoaktynometr, to jedynym rozwiązaniem będzie wykonanie go. Oczywiście termostat potrzebny do tego trzeba będzie zakupić. Sprowadzenie aparatury z zagranicy za wszelką cenę wydaje mi się niewskazane, choćby ze względu na dewizy. Należy podnieść jeszcze jedną okoliczność. Na Stacji istnieje bardzo duża dysproporcja między wyposażeniem do badań terenowych i laboratoryjnych. Aparatura laboratoryjna, nawet najwyższej precyzji, jest znormalizowana i dostępna drogą zakupu (np. mikroskopy czy mikrotomy). Natomiast sprzęt do prac terenowych nie jest znormalizowany i nie produkuje się go seryjnie, ze względu na dużą zmienność typów, które muszą być dostosowane do warunków terenu. Pewnym rozwiązaniem jest budowa tego rodzaju aparatów w warsztatach Politechniki. Warsztaty te traktuj ą takie zamówienia jako dodatek do głównych zadań i wykonanie przyrządu trwa dlatego bardzo długo, wymaga przygotowania dokumentacji i wskutek polityki finansowej jest bardzo kosztowne. Przykładowo wymienić można kołowrót Altmana, za którego Politechnika bierze 2 500 zł . Wykonany w warsztatach Stacji kalkulował by się około 200 zł, czas wykonania około tygodnia. W takim samym stopniu pozostają koszta batometru Bernatowicza 4500 do 500 zł. Oparcie się o warsztaty Politechniki utrudnia znacznie wprowadzenie racjonalizacji w toku prowadzonych badań, gdyż należałoby wówczas wysłać aparat na szereg tygodni do Politechniki, co w czasie badań terenowych nie jest możliwe. To samo dotyczy konserwacji i remontów bieżących aparatury. Dlatego też wydaje się słusznym wykonywanie tego rodzaju prac we własnych warsztatach Stacji. Należy zaznaczyć, że Stacja posiada warsztaty i odpowiednio wykwalifikowanych robotników. Planowane maszyny przeznaczone są na unowocześnienie warsztatu. W Mikołajkach nie ma stoczni i wszystkie prace remontowe zmuszeni jesteśmy prowadzić we własnym zakresie sposobem gospodarczym. Dotyczy to remontów bieżących, jak też i okresowych. Polski Rejestr Statków kontrolujący stan taboru i nadzorujący remonty stawia duże wymagania, a nie usunięcie usterek powoduje cofnięcie świadectwa zdolności żeglugowej i tym samym unieruchomienie jednostki. Wykonanie postawionego przed Stacją planu badań naukowych w dużym stopniu zależne jest od sprawności taboru pływającego. Jako ilustracja niech posłuży następujący przykład. W dniu 17.08.1955 wskutek najechania na mieliznę uległ zgięciu wał napędowy motorówki „Bielik”. Naprawa wału trwała 2 godziny, a poszukiwania warsztatu posiadającego większą tokarnię trwały 2 dni. Przez te 2 dni samochód nasz jeździł od POM-u do POM-u i nikt nie chciał się podjąć naprawy. Dopiero okręgowe warsztaty PGR udostępniły swe maszyny pracownikom Stacji dla przeprowadzenia naprawy. Najbliższa stocznia znajduje się w Płocku... Sprawność naszego taboru pływającego w dużym stopniu zależna jest od sprawności naszych warsztatów. Warsztaty nasze poza pracami dla Stacji obsługują potrzeby Zakładu Hydrobiologii Doświadczalnej oraz na podstawie umowy między Instytutem Nenckiego a Instytutem Geografii PAN, Stację Naukową IG PAN, znajdującą się także w Mikołajkach.”

Wypowiedź tę zacytowałam niemal w całości, ponieważ dobrze ona charakteryzuje, i trudności, z jakimi borykał się wtedy Andrzej, i tło społeczno-gospodarcze ówczesnej Polski. Oświadczenie Andrzeja zostało, jak się wydaje, przychylnie przyjęte przez kierownictwo Instytutu Nenckiego. Warsztaty Stacji produkowały bowiem później wiele potrzebnych do badań aparatów, prowadziły też remonty silników. Niewiele więcej dokumentów z początków Stacji uchowało się w Archiwum PAN. Jedną z ostatnich informacji z tego okresu jest datowana na 7.02.1959 roku wiadomość , że Stacja otrzymała barkę (tzw. koszarkę). Na barce tej, ciągniętej za motorówką, przewędrowaliśmy wiele jezior naszego pojezierza. Wspominam te wyprawy z wielkim rozrzewnieniem, lubiłam bowiem to cygańskie, wędrowne życie. Profesor Jan Dembowski do chwili swojej śmierci był nie tylko dyrektorem placówki macierzystej, ale i naszym duchowym opiekunem. Podkreślał on zawsze wielkie znaczenie Stacji i otaczał pracowników serdeczną opieką. Wspominam jego i jego żonę jako ludzi o nieprzeciętnej kulturze i wiedzy i wielkiej skromności. Z chwilą ich odejścia Stacja przestała mieć opiekunów. Następny dyrektor Instytutu nie był zainteresowany badaniami hydrobiologicznymi, toteż Stacja stała się Instytutowi niepotrzebna. 24 kwietnia sporządzony został protokół zdawczo-odbiorczy pomiędzy Instytutem Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN w Warszawie, reprezentowanym przez dyrektora Instytutu prof. Włodzimierza Niemierko i z-cę dyrektora ds. administracyjnych Ludwika Choińskiego i Zakładem Ekologii PAN w Warszawie, którego dyrektorem by ł prof. Kazimierz Petrusewicz – z-cą dyrektora ds. administracyjnych Zbigniewem Chomiczem. Wydawało nam się wówczas, że kończy się coś wspaniałego dla nas i dla Stacji. Były to, zwłaszcza dla Andrzeja, bolesne chwile. Trzeba jednak się było znaleźć w nowej rzeczywistości, więc historia Stacji potoczyła się dalej, a my pracowaliśmy pod dyrekcją profesora Petrusewicza.



Autbiografia

Leszek Kuźnicki


prof. Leszek Kuźnicki - fotografia Leszek Kuźnicki

NA STACJI HYDROBIOLOGICZNEJ W MIKOŁAJKACH*


W okresie 1952-56 działalność badawczą prowadziłem w laboratorium i w „terenie”. „Terenem” była Stacja Hydrobiologiczna Instytutu Nenckiego w Mikołajkach oraz Wielkie Jeziora Mazurskie. Obiektem badań laboratoryjnych w Łodzi, a od jesieni 1954 w Warszawie, był orzęsek Paramecium caudatum, a w Mikołajkach przede wszystkim larwa chruścika Molanna angustata.

Stacja Hydrobiologiczna w Mikołajkach powstała dzięki Andrzejowi Szczepańskiemu, jej wieloletniemu kierownikowi, i Janowi Dembowskiemu. Pierwszy był pasjonatem limnologii i nie wyobrażał sobie życia osobistego i naukowego poza obszarem Wielkich Jezior Mazurskich, drugi uważał, że placówka biologiczna o takiej tradycji jak Instytut Nenckiego nie może istnieć bez stacji hydrobiologicznej. Było więc sprawą oczywistą, że odradzający się po zniszczeniach wojennych Państwowy Instytut Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego powinien, podobnie jak przed 1939 rokiem, obejmować również stację hydrobiologiczną. Przed wojną w jego ramach działały aż trzy stacje: na Wigrach, w Helu i w Pińsku.

O tym, że Stacja w Mikołajkach podjęła pracę, a wszystkie formalności związane z przejęciem budynków i terenu zostały pokonane, dowiedziałem się, uczestnicząc w rozmowie Jana Dembowskiego i Andrzeja Szczepańskiego. 2 lipca 1951, w przerwie obrad ostatniego dnia I Kongresu Nauki Polskiej1 profesor zapowiadał Szczepańskiemu rychły przyjazd na Mazury z paroosobową ekipą. Z Janem Dembowskim do Mikołajek wyjechali wkrótce: żona Wiktoria Stanisława oraz asystenci – Jadwiga Dąbrowska, Barbara Fedecka i Andrzej Grębecki. Moja nieobecność w tym składzie wynikała ze zmiany stanu cywilnego. W sierpniu 1951 wyjechałem na pierwsze małżeńskie wakacje do Ustki. Mój kontakt ze Stacją Hydrobiologiczną rozpoczął się w ostatnich dniach czerwca 1952. Wraz z Andrzejem Grębeckim i Włodzimierzem Kinastowskim tworzyliśmy trójkę, która miała realizować letni program badawczy, zaprojektowany przez Dembowskiego nad etologią larwy chruścika Molanna angustata. Uzupełniała nas w niektórych tygodniach Władysława Chodorowska, asystentka z Zakładu Hydrobiologii tworzonego przez Romualda Klekowskiego w Instytucie Nenckiego.

Larwa Molanny buduje domek z piasku, który jest jej stałym schronieniem aż do czasu przekształcenia się w owada. Po odwróceniu domku na grzbiet larwa próbuje, wychylając się, przywrócić go do położenia normalnego. Dembowski postanowił sprawdzić, czy w możliwie jednorodnych warunkach istnieją indywidualne preferencje zachowań larw po odwróceniu domku na grzbiet. Pracowaliśmy w pokojach o szczelnie zasłoniętych oknach, przy jednorodnym świetle padającym z góry, notując zachowanie larw umieszczonych na przesianym piasku. Larwę odwracało się delikatnie na grzbiet i zapisywało kierunek udanych i nieudanych wychyleń. Prace te nie przyniosły spodziewanych wyników. Rozkład wychyleń larw Molanna angustata był przypadkowy.

Po tych niepowodzeniach namówiliśmy prof. Dembowskiego, aby w następnym sezonie letnim 1953 wyraził zgodę na przeprowadzenie przez naszą trójkę ilościowych badań rozmieszczenia Molanna w strefie brzegowej jeziora Mikołajskiego, Bełdanów, Śniardw i jezior do Śniardw przyległych. Same prace na jeziorach zajęły nam prawie dwa miesiące. Związane to było z chorobą Włodka, który nie był w stanie całymi godzinami przebywać na łódce lub w wodzie. Efektem tych badań było doniesienie zamieszczone w „Ekologii Polskiej” (1954) oraz obszerna publikacja w „Polskim Archiwum Hydrobiologii”2.

Leszek Kuźnicki z Dembowskimi, rok 1952

Leszek Kuźnicki z Dembowskimi, rok 1952

Larwy Molanna występowały w osłoniętych trzciną i sitowiem zatoczkach, unikały stanowisk otwartych, w szczególności na Śniardwach. Wbrew dotychczasowym twierdzeniom, dominującym w piśmiennictwie, domek z piasku nie stanowi żadnego przystosowania wobec silnego falowania, co potwierdziliśmy również w warunkach eksperymentalnych. Istniała natomiast wyraźna korelacja w wyborze materiału. Na stanowiskach osłoniętych ziarenka piasku, z których zbudowany był domek, były mniejsze, na bardziej otwartych – większe. Praca dotycząca rozmieszczenia larw Molanna była moją pierwszą dużą publikacją naukową.

W roku 1955, w drodze na konferencję Młodej Kadry Biologów w Kortowie, byłem w Mikołajkach „przelotem”. W 1956 nasza działalność na Stacji miała charakter wyłącznie dydaktyczny. Wiosną tegoż roku prof. Dembowski wystąpił z inicjatywą zorganizowania w Mikołajkach kursu dla studentów, poświęconego problematyce regeneracji i etologii zwierząt bezkręgowych. Część pierwszą, dotyczącą regeneracji, prowadziłem wspólnie z Włodzimierzem Kinastowskim, część etologiczną – przede wszystkim doc. Rasza Szlep i prof. Dembowski. Organizacja była sprawna, wyżywienie znakomite, a zajęć z etologii niezbyt wiele.

Profesor Dembowski po Zgromadzeniu Ogólnym Polskiej Akademii nauk w czerwcu 1956 był, jak nigdy przedtem, przygnębiony i apatyczny. Po krytyce dotyczącej działalności PAN on sam i całe kierownictwo Akademii podało się do dymisji. Docent Rasza Szlep była już myślami w Izraelu, dokąd wyjeżdżała na stałe. Opuszczając Mikołajki pod koniec sierpnia, nie miałem wątpliwości, że zakończyłem pewien etap w życiu naukowym.


STARCIE Z ŁYSENKIZMEM


Ideologizacja biologii zaczęła się w ZSRR od sierpniowej sesji Wszechzwiązkowej Akademii Nauk Rolniczych im. W. I. Lenina w roku 1948, na której Trofim Denisewicz Łysenko wygłosił odczyt O sytuacji w biologii. Do Polski nowa biologia dotarła ze znacznym opóźnieniem. W 1949 pod różnymi hasłami, jak „genetyka miczurinowska”, „nowa genetyka”, „czynny darwinizm”, była promowana przede wszystkim przez Kazimierza Petrusewicza, Włodzimierza Michajłowa i Jana Dembowskiego. Wkrótce większość czołowych biologów polskich przyłączyła się do grona rzeczników „nowej biologii”, m.in. Teodor Marchlewski, Stanisław Skowron, Bolesław Skarżyński, a nawet Edmund Malinowski.

W dwa lata po ogłoszeniu przez Łysenkę (1950) artykułu pt. Nowe poglądy na gatunek biologiczny3 w ZSRR odezwały się głosy krytyczne wobec koncepcji „zaradzania”. Na podstawie pojawiania się w kłosach pszenicy pojedynczych ziaren żyta Łysenko twierdził, że jest to przykład uniwersalnego w przyrodzie „skokowego” powstawania gatunków. Poglądy te kwestionowano, ale nadal łysenkizm energicznie upowszechniano.

W Polsce do kształcenia młodej kadry badawczej w duchu „nowej biologii” przywiązywano szczególną uwagę. W tym celu zorganizowano kilka ogólnopolskich konferencji. Przedstawiając na nich szereg problemów specjalistycznych, jednocześnie upowszechniano poglądy marksistowskie i „nową biologię”. Taki charakter miał miesięczny kurs w Dziwnowie (7.07.-7.08.1952) i konferencja Młodej Kadry Biologów w Kortowie (18.08-28.08.1953)4. W Dziwnowie nie byłem, uczestniczyłem natomiast w pierwszej konferencji kortowskiej. Tamże poznałem moich rówieśników zaliczanych do młodej kadry oraz liczne grono profesorskie. Uczestniczyli w niej nieznani mi dotychczas osobiście: Stefan Białobok, Wacław Gajewski, Tadeusz Jaczewski, Władysław Kunicki-Goldfinger, Teodor Marchlewski, Włodzimierz Petrusewicz, Zdzisław Raabe, Stanisław Skowron, Wanda Stęślicka-Mydlarska, Kazimierz Tarwid.

Od schematu ideologiczno-biologicznego odbiegała II Konferencja w Kortowie latem 1955. Tym razem miała ona charakter typowego zjazdu naukowego, połączonego z konkursem wyboru 15 najlepszych prac, referowanych przez przedstawicieli młodej kadry biologów.

Na tę konferencję Andrzej Grębecki i ja zgłosiliśmy podsumowanie naszych wspólnych badań eksperymentalnych prowadzonych na pierwotniakach pt. Zagadnienie stosunku organizmu do środowiska na tle fizjologii »Paramecium caudatum«. Problem był zasadniczy – czy istnieją zjawiska grupowe, których nie można wyjaśnić jako sumy reakcji osobniczych, tzn. czy reakcja osobnika i zespołu są różne jakościowo.

W naszych badaniach wykazaliśmy jednoznacznie, że ochronny wpływ skupiania pierwotniaków wobec niektórych czynników toksycznych jest następstwem kumulowania się ich reakcji. Podwyższona odporność pierwotniaków, sztucznie 50-krotnie zagęszczonych, nie jest specyficzną reakcją biologiczną, lecz następstwem warunków eksperymentalnych5. Nasze wyniki wywołały żywą dyskusję i dość ostry atak ekologów skupionych wokół prof. Kazimierza Tarwida, którzy byli rzecznikami hipotez istnienia specyficznych zjawisk populacyjnych i gatunkowych. Z tej dyskusji wyszliśmy obronną ręką, a uczestnicy konferencji w tajnym głosowaniu przyznali naszemu wystąpieniu trzecie miejsce.

Nagrodą dla wyróżnionej piętnastki był pięciotygodniowy wyjazd do ZSRR pod przewodnictwem prof. Petrusewicza. Liczba miejsc w tej wycieczce naukowej była ograniczona. Wśród naszej współautorskiej dwójki profesor Petrusewicz wskazał na Andrzeja. Ten jednak po konferencji w Kortowie stawał na ślubnym kobiercu i dzięki temu z początkiem września wsiadłem do pociągu podążającego do Moskwy. Podróż do ZSRR obejmowała zwiedzanie placówek naukowych w Moskwie, Tbilisi, Erewaniu i Leningradzie oraz wyprawy terenowe w Gruzji i Armenii. Był to mój pierwszy wyjazd za granicę i mocno utkwił mi w pamięci. Podczas niego nawiązałem przyjaźń z kilkoma osobami, w szczególności z Adamem Urbankiem i Zofią Kielan-Jaworowską.

Najistotniejszym wydarzeniem tej wycieczki było 5-godzinne spotkanie z T. D. Łysenką w jego gabinecie na terenie Wszechzwiązkowej Akademii Nauk Rolniczych. Dyskusja, która się wówczas wywiązała, chwilami przypominała awanturę, a Trofim Denisowicz w zapale wymachiwał pompką rowerową, która leżała na biurku. W „pyskówce” z Łysenką uczestniczyli głównie: Adam Urbanek, Zdzisław Kochański, Gustaw Kerszman, no i sam Kazimierz Petrusewicz. Dla mnie, Wacława Gajewskiego i kilku innych osób przeszkodę stanowiła słaba znajomość rosyjskiego. Dzięki roli obserwatora mogłem wiele dostrzec i wykonać kilka zdjęć. Nagle zrozumiałem, że Łysenko jest w pewnym sensie znanym już w Rosji fenomenem – powieleniem Rasputina. Z jednej strony był to człowiek, z którego przebijał prymitywizm niedouczonego chłopa, a z drugiej głębokie przekonanie o swojej racji i misji tak w nauce, jak i w praktyce rolniczej ZSRR. Kiedy Łysenko mówił lub krzyczał, można było łatwo ulec wpływowi jego osobowości i uwierzyć w niesprawdzone hipotezy.

Kiedy wróciliśmy do Warszawy, rzuciły mi się w oczy zmiany, jakie zaszły w tym krótkim czasie w Polsce. Wyraźnie zaczęła narastać fala krytycyzmu do komunistycznej rzeczywistości. Jednym z jej przejawów było nagłe przekształcenie się „Po Prostu” z zetempowskiej cegły, której nikt poza redakcją nie czytał, w rozchwytywany tygodnik polityczny. Po naszym powrocie redakcja „Po Prostu” zwróciła się do kilku uczestników naszej wyprawy z propozycją podzielenia się wrażeniami ze spotkań i dyskusji. Nikt poza mną nie podjął tej propozycji, ale i ja nie byłem szaleńczo odważny. Tekst, który przygotowałem dla „Po Prostu” ograniczał się wyłącznie do ostrej krytyki Łysenki na temat mechanizmów ewolucji jako nieudowodnionych, niespójnych i nie mających nic wspólnego z darwinowską teorią doboru naturalnego. Poza zdjęciem Łysenki z zamieszczonym podpisem nie wspomniałem o przebiegu dyskusji, jaka miała miejsce w Moskwie. Byłem tak ostrożny, że nie potępiłem wszystkiego, co zaliczano do „nowej biologii”. Wręcz przeciwnie, wyrażałem się z uznaniem o wcześniejszych publikacjach Łysenki, w szczególności na temat jarowizacji.

18 grudnia 1955 ukazał się mój artykuł pt. Przerwijmy zmowę milczenia. Darwinizm a łysenkizm6. To, co po tym nastąpiło, przeszło wszelkie moje oczekiwania. 19 grudnia rano poprosił mnie do swego gabinetu w Instytucie profesor Dembowski. Na biurku leżało „Po Prostu”, a profesor przystąpił do sedna sprawy. „W sprawie pana artykułu interweniowała Ambasada Radziecka. Miałem przykrą rozmowę. Moim współpracownikom zostawiam pełną swobodę wypowiedzi na każdy temat, ale pod pana nazwiskiem jest zamieszczone stanowisko i miejsce pracy. A to nadaje zupełnie inny charakter artykułowi”. Jedyną sankcją, jaką otrzymałem za krytyczny stosunek do Łysenki, było pozbawienie mnie możliwości ponownego wyjazdu do ZSRR.

Na czerwiec 1956 był zaplanowany czterotygodniowy wyjazd wszystkich pracowników Zakładu Biologii Ogólnej do naszego wschodniego sąsiada. W Zakładzie, nie licząc Dembowskich, było 15 pracowników naukowych: Maria Brutkowska, Barbara Fedecka, Jerzy Chmurzyński, Jadwiga Dąbrowska, Janina Dobrzańska, Jan Dobrzański, Marek Doroszewski, Stanisław Dryl, Andrzej Grębecki, Włodzimierz Kinastowski, Leszek Kuźnicki, Mala Lasman, Irena Nowakowska, Rasza Szlep i Eugeniusz Szulc. Pod wodzą profesora cała czternastka, poza mną, spędziła miesiąc w ZSRR. Jedna sprawa pozostała dla mnie tajemnicą – czy pozostawienie mnie w kraju było własną inicjatywą profesora, czy też działał pod wpływem sugestii ludzi z ambasady ZSRR.

Osoby interweniujące już 19 grudnia u profesora Dembowskiego miały, jak się okazało, swoje racje. Po ukazaniu się mojego artykułu nastąpiła lawina wypowiedzi zamieszczanych zarówno na łamach „Po Prostu”, jak i w innych pismach. Krytyczna dyskusja wokół łysenkizmu i tak zwanej „nowej biologii” nabrała takiego rozgłosu, że redakcja „Po Prostu” uznała za konieczne zwołanie ogólnopolskiej narady. Materiały z jej przebiegu zostały wydane i stanowią ważny dokument czasów. Przytaczam pierwszą stronę tego wydawnictwa pod znamiennym tytułem Biologia i Polityka.

„Dnia 17 kwietnia 1956 w Pałacu Staszica w Warszawie odbyła się narada biologów zorganizowana przez redakcję „Po Prostu” wspólnie z grupą młodych biologów. Wzięli w niej udział nie tylko młodzi naukowcy ze wszystkich ośrodków uniwersyteckich w Polsce, ale także profesorowie, największe autorytety w kraju. Powstaje pytanie: dlaczego redakcja „Po Prostu” – pisma młodej inteligencji – zorganizowała tę naradę?

Na temat sytuacji w biologii, w związku z krytyką Łysenki i Lepieszyńskiej w ZSRR, było dużo żarliwych wystąpień, ale głównie w kuluarach. Młodzi naukowcy pragnęli przerwać tę oficjalną „zmowę milczenia”. Jeszcze w grudniu 1955 ukazał się pod tym tytułem w „Po Prostu” artykuł L. Kuźnickiego. Artykuł ten zainicjował dyskusję o sprawach biologii. Na łamach pisma wzięli w niej udział tylko młodzi pracownicy naukowi. Podsumowanie poruszonych problemów było sprawą trudną, a nawet niemożliwą ze względu na ich wagę i złożoność. W tej sytuacji grupa młodych biologów poprosiła redakcję o zwołanie narady, która stałaby się niejako rozwinięciem i podsumowaniem dyskusji prowadzonej na łamach pisma”7.

17 kwietnia byłem w Pałacu Staszica, ale w dyskusji nie uczestniczyłem, chyba trochę z oportunizmu, aby nie pogarszać stosunków z profesorem Dembowskim. Po tej naradzie „kręgosłup” łysenkizmu w Polsce został nieodwracalnie złamany, mimo iż w ZSRR i innych krajach tzw. obozu socjalistycznego słabł powoli i zamilkł dopiero w połowie lat sześćdziesiątych.

Mój artykuł, który stał się przysłowiowym kamykiem uruchamiającym lawinę, nie podawał żadnych faktów, które nie byłyby uprzednio znane. Nawet pierwsze wydanie naszego skryptu Ewolucjonizm (1954) zawierało już wątpliwości co do łysenkowskiej koncepcji „zaradzania się” gatunków. Jaka więc była przyczyna jego sukcesu? Mój tekst nie był zuchwały, ale był wolny od serwilizmu wobec symbolu nauki radzieckiej, którą utożsamiał T. D. Łysenko. Dzięki temu przełamał barierę strachu. O całej sprawie piszę szerzej, aby odeprzeć padający współcześnie zarzut, że środowisko ludzi nauki poddawało się biernie presji ideologii komunistycznej. W moim przekonaniu, właśnie wśród młodej inteligencji próby nieposłuszeństwa ujawniły się najwcześniej i z dużą ekspresją. Narada 17 kwietnia 1956 w Pałacu Staszica była w istocie bardziej polityczna niż naukowa, a jej ostrze skierowane przeciwko ideologicznej dyktaturze w nauce i pośrednio przeciwko ZSRR. A miało to miejsce na dwa i pół miesiąca przed krwawo stłumionym buntem robotników Poznania i na pół roku przed polskim październikiem.


POCZĄTKOWE BADANIA NA PARAMECIUM CAUDATUM


Badania nad fizjologią i etologią orzęsków zapoczątkował w Polsce w latach 1919-22 Jan Dembowski studiami nad fizjologią wchłaniania oraz wyborem pokarmu przez Paramecium caudatum8. Następnie zajął się problematyką prawidłowości ruchu poziomowego oraz mechanizmami warunkującymi ujemną geotaksję tego pierwotniaka. Ostatnią pracę eksperymentalną na Paramecium caudatum prof. Dembowski wykonał w roku 1945 podczas pobytu w Moskwie9.

Po powrocie do Polski jesienią 1947, sam już prac eksperymentalnych nie prowadził. Spośród uczniów Dembowskiego, którzy pracowali w drugiej połowie lat pięćdziesiątych w Zakładzie Biologii Ogólnej Instytutu im. Nenckiego, badaniami dotyczącymi fizjologii orzęska Paramecium caudatum zajmowali się oprócz mnie: Maria Brutkowska, Stanisław Dryl, Andrzej Grębecki i Mala Lasman10.

Z początkiem roku 1953 prof. Dembowski zaproponował mi temat rozprawy doktorskiej: „Analiza zjawisk ochronnego wpływu skupiania Paramecium caudatum wobec niektórych związków nieorganicznych i organicznych”11. Proponowany zakres badań był po mojej myśli, pojawił się jednak pewien problem. Temat, który w tym samym czasie otrzymał Andrzej Grębecki: „Analiza zjawisk adaptacyjnych Paramecium caudatum w roztworach związków nieorganicznych i organicznych”12, był zbliżony do mojego. Nie ulegało wątpliwości, że nasze badania będą się zazębiać, a nawet w pewnych zakresach pokrywać się ze sobą. Natychmiast podjęliśmy z Andrzejem zgodną decyzję – pierwszy etap prac wykonamy wspólnie, a następnie rozdzielimy się. Efektywność współpracy była dla nas i wszystkich kolegów w Zakładzie zaskoczeniem. W latach 1955-56 opublikowaliśmy, nie licząc doniesień, trzy obszerne prace eksperymentalne13 oraz na tej podstawie napisaliśmy dwa teoretyczne podsumowania po polsku i jedno po angielsku14.

Trwałe znaczenie serii prac ogłoszonych z A. Grębeckim w latach 1955-1956 polegało przede wszystkim na ustaleniu prawidłowości toksycznego działania jonów na Paramecium caudatum oraz wyjaśnieniu przyczyn ochronnego wpływu skupień wobec niektórych czynników trujących.

Na „rynku” krajowym odnieśliśmy sukces, o czym już wspominałem, referując udział w Konferencji Młodej Kadry Biologów w Kortowie (1955), natomiast nasza praca po angielsku przeszła bez większego echa w środowisku międzynarodowym15.

O ile moja współpraca z Andrzejem z punktu widzenia efektywności okazała się bardzo korzystna, o tyle uzyskanie na tej podstawie doktoratu było pułapką. Chcę z całą mocą podkreślić, iż było to następstwem mojego wyboru i założonej naiwnie tezy, że zjawiska występujące u Paramecium dadzą się jednoznacznie rozróżnić na trzy sposoby regulacji równowagi w układzie pierwotniak-środowisko, a tym samym łatwo będzie rozdzielić uzyskane przez nas wyniki na dwa doktoraty16.

Założyłem, że w kulturach pierwotniaczych po pierwsze, występują oddziaływania na chemizm środowiska, polegające na neutralizacji szkodliwego czynnika, a dokonujące się poza komórką. Po drugie, samoobrona orzęsków może polegać na izolacji fizjologicznej, czyli na względnym niedopuszczeniu szkodliwego czynnika do wnętrza organizmu. Po trzecie, regulacja naruszonych stosunków może dokonywać się dzięki adaptacji, umożliwiającej bytowanie w warunkach dość swobodnej penetracji szkodliwego czynnika do komórki.

Zebrałem duży materiał doświadczalny, który mógł być uważany za przejaw izolacji Paramecium caudatum od wpływu toksycznego działania środowiska. Na tej podstawie przygotowałem maszynopis dwóch publikacji. Krytyczna analiza wyników przekonała mnie jednak, że bez ilościowych badań nad przepuszczalnością błony komórkowej zjawiska zaliczane przeze mnie do izolacji fizjologicznej nie dają się jednoznacznie wyróżnić od adaptacji orzęsków oraz ich wpływu na środowisko. W efekcie, wyników badań dotyczących izolacji fizjologicznej pantofelków nigdy nie opublikowałem. Tym samym nieaktualne stało się wykorzystanie tego materiału jako podstawy rozprawy doktorskiej.

W 1958 zmieniłem tematykę badań prowadzonych na Paramecium, koncentrując uwagę na jego efektorach ruchu, którymi są rzęski. Te drobne struktury w liczbie kilku tysięcy pokrywają cała powierzchnię pierwotniaka. Aparat rzęskowy pełnił dwie funkcje: napędową i sterującą, to znaczy umożliwia pływanie i zmianę kierunku pływania, jak również zatrzymanie się pierwotniaka. Bez czynników zakłócających Paramecium pływa, spiralizując w lewo. Natrafiając na przeszkodę lub pod wpływem czynników chemicznych, odwraca położenie rzęsek (wykazuje rewersję rzęskową) i w jej następstwie płynie tyłem.

W okresie 1958-61 zajmowałem się poszukiwaniem czynników pozwalających przyżyciowo unieruchomić pantofelki. W tym celu badałem wpływ działania wielu związków na aparat rzęskowy. Dwa z nich dały w pełni zadawalający efekt. W roztworach o odpowiednim stężeniu wodzianu chloralu pantofelki zostają unieruchomione w wyniku utraty rzęsek17. Po przeniesieniu do środowiska bez wodzianu chloralu aparat ruchowy zostaje zregenerowany18. Sole niklawe w odróżnieniu od wodzianu chloralu okazały się skutecznym immobilizatorem również i dla wielu innych gatunków pierwotniaków. Stwierdziłem, że występujące w środowisku jony magnezu i wapnia wykazują wobec jonów niklawych działanie antagonistyczne i ułatwiają renormalizację funkcji ruchowych pierwotniaków19.

Opracowane przeze mnie metody immobilizacji pierwotniaków zostały wykorzystane w kraju i za granicą do badań elektrofizjologicznych i morfogenetycznych orzęsków. 20 maja 1962 na podstawie badań dotyczących odwracalnej immobilizacji Paramecium caudatum, wywołanej przez niektóre narkotyki i sole nieorganiczne, Rada Naukowa Instytutu Nenckiego nadała mi stopień doktorski.

Po doktoracie zainteresowania przeniosłem na problem jonowego podłoża zjawisk pobudzenia oraz hydrodynamiki ruchu pantofelków. U Paramecium pobudzenie, któremu towarzyszy zmiana potencjału membranowego, pociąga za sobą zmiany we wzorach lokomocji: np. w pływaniu tylnym końcem ciała naprzód (ciągła rewersja rzęskowa), pływanie alternatywne: naprzód - do tyłu (periodyczna rewersja rzęskowa). Zebrałem wiele faktów doświadczalnych, wskazujących na podstawową rolę jonów wapnia na pobudliwość i zachowanie się pantofelków. Niezależnie od charakteru bodźca reakcja pierwotniaków zależy od poziomu jonów wapnia zaadsorbowanych na błonie Paramecium. Przy całkowitym odwapnieniu środowiska pantofelek staje się niewrażliwy na działanie wszelkich bodźców chemicznych i mechanicznych z wyjątkiem samych jonów wapnia20, których wzrost stężenia w wodzie przywraca pantofelkowi zdolność do reakcji na czynniki chemiczne i drażnienie mechaniczne.

W odróżnieniu od moich prac indywidualnych, dotyczących odwracalnej immobilizacji Paramecium i roli jonów wapnia w zjawiskach ruchowych, badania nad zmianami wzorców pływania pantofelków miały charakter zespołowy. Wpływ surowicy odpornościowej z królików analizowałem z Jerzym Sikorą21, natomiast oddziaływania metylocelulozy i jonów niklawych z Andrzejem Grębeckim i Ewą Mikołajczyk22.

Uwzględnienie tak zróżnicowanych czynników pozwoliło nam ustalić ogólne prawidłowości dotyczące zmian wzorców w hydrodynamice ruchu orzęsków kilku gatunków z rodzaju Paramecium. W środowiskach naturalnych i warunkach kultur hodowlanych pantofelki te pływają, spiralizując w lewo, tzn. przeciwstawnie do ruchu wskazówek zegara i przeciwstawnie do morfologicznego skrętu ciała. Wszystkie czynniki utrudniające pracę aparatu rzęskowego (homologiczna surowica odpornościowa, jony niklawe, wzrost lepkości środowiska) wywołują przejście do ruchów efektywniejszych z punktu widzenia hydrodynamiki, to jest ruchu do przodu ze spiralizacją prawoskrętną lub do rewersji rzęskowej.

Prace nad hydrodynamiką ruchu były ostatnimi, które wykonałem z zespołem, kierowanym przez doc. Andrzeja Grębeckiego i w ogóle ostatnimi, w których byliśmy współautorami23. 30 czerwca 1967 wyjechałem na roczny staż w Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles.


WYDARZENIA Z LAT 1965-1967


W lipcu 1966 otrzymałem oficjalne zawiadomienie oraz dokumenty o przyznaniu mi stypendium NIH na roczny staż „podoktorski” w Department of Zoology, University of California Los Angeles. Złożyłem wniosek wyjazdowy do Biura Współpracy z Zagranicą Polskiej Akademii Nauk, która wystąpiła o promesę wizy amerykańskiej. Kiedy z początkiem października szykowałem się do drogi za ocean, pracownik Instytutu Nenckiego załatwiający sprawy wyjazdowe został powiadomiony, że nie ma zgody na mój wyjazd, że sprawa stażu do USA jest analizowana i decyzja prawdopodobnie nie zapadnie przed końcem roku. Zrozumiałem, że „czarne chmury” zebrały się nad moją głową. W Instytucie Nenckiego był to pierwszy wypadek braku zgody na wydanie paszportu przy wyjeździe na staż podoktorski do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Sprawa miała jednoznacznie charakter polityczny, gdyż mój wyjazd nie stanowił żadnego obciążenia finansowego dla strony polskiej. Z dniem wyjazdu otrzymywałem urlop bezpłatny, koszt podróży w obie strony pokrywałem sam, a stypendium było amerykańskie.




Delegacja polska na doroczne plenarne posiedzenie European Science Foundation. Od lewej: Jacek Kornacki, Monika Haman, Leszek Kuźnicki, Janusz Komender, Jerzy Langer. Strasburg, grudzień 1966.


ROK W USA


Ukoronowaniem moich wielomiesięcznych zmagań o zgodę na wyjazd do Ameryki była pełna przygód podróż do Los Angeles. O świcie pojechaliśmy Wartburgiem na Okęcie w czwórkę, Basia, Dziunia24, Witek25 jako kierowca i ja z wielką walizką. W tym czasie nasz port lotniczy był małą, obskurną budą, ale przepisów przestrzegano z wielką surowością. Moja walizka ważyła ponad 25 kg. Dopłata (w dolarach) za pięciokilową nadwagę była dla mnie wówczas sumą astronomiczną, nie miałem jej z czego zapłacić. Na podbój Ameryki ruszyłem z 35 dolarami diety do zwrotu. Rozpakowaliśmy walizkę i nerwowo selekcjonowaliśmy jej zawartość. Bez żalu zostawiłem butelkę Wyborowej przeznaczoną na prezent, a z wielkim żalem książki i słowniki. We łzach pożegnanie i punktualny start do Londynu. Po godzinie lądowaliśmy na Grünfield pod Berlinem z powodu awarii radaru w naszym samolocie. Ponowny start odbył się dopiero po czterech godzinach. Zdawałem sobie sprawę, że wszystkie moje połączenia: Londyn – Nowy Jork – Nowy Jork – Los Angeles stały się nieaktualne. Po wylądowaniu na Heathrow zacząłem dramatycznie poszukiwać przedstawiciela LOT-u, którego nie było przy naszym spóźnionym samolocie. Heathrow był w okresie wielkiej przebudowy, a 29 czerwca szczytowym dniem przelotów w sezonie letnim. Zupełnie przypadkowo trafiłem na człowieka ze znaczkiem LOT-u. Ten posadził mnie w tłumie pasażerów i zabrał bilet. Miałem czekać, aż ktoś z obsługi lotniska przyniesie mi nowy bilet oraz moją walizkę, która była nadana na samolot amerykańskiej linii lotniczej PANAM. Jak na szpilkach czekałem ponad godzinę. Nagle usłyszałem, że ktoś wykrzykuje jakieś słowo, które może być moim nazwiskiem. Po chwili nie miałem wątpliwości, gdyż ten ktoś toczył moją walizkę. Pobiegliśmy długimi korytarzami, wyszliśmy na płytę lotniska. Z walizką w ręku zostałem załadowany do samolotu linii TWA, z jednym wolnym miejscem. Po paru minutach kołowaliśmy na pasie startowym.

Port lotniczy TWA na lotnisku J. F. Kennedy’ego w Nowym Jorku zrobił na mnie piorunujące wrażenie, nie tylko w porównaniu z Okęciem, ale i Heathrow. Klimatyzacja, spokój, zamożność, obsługa jak na pokazie mody. Spojrzałem na zegarek, minęła pora, o której miałem przylecieć do Los Angeles. Pomyślałem, że prof. Jahn czekający na lotnisku sądził, że po raz kolejny nie został dotrzymany termin mojego przylotu. Mimo wszystko byłem w doskonałym humorze, dotarłem do Ameryki, a dopiero dzień następny byt ostatnim dniem zgłoszenia się. Na lotnisku JFK napisałem list do Jadzi Dąbrowskiej26 z prośbą o natychmiastową pożyczkę 200 dolarów przesłaną na adres UCLA.

Lot Nowy Jork – Los Angeles przespałem i o północy zakończyłem podróż powietrzną. Minęło 27 godzin od wystartowania z Okęcia. Taksówkarzowi podałem adres „fraternity”, małego domu bractwa studenckiego, w którym Julek Gruda27 miał zamówić mi lokum. Budynek zastałem ciemny, zamknięty na cztery spusty. Zdesperowany poszedłem do najbliższego taniego hotelu i przespałem w nim resztę nocy. Rano zadzwoniłem do pracowni prof. Jahna; przy telefonie sekretarka Lynn Barnett28. Przedstawiam się, Lynn jest zaskoczona i natychmiast przechodzi na szkolny, wyraźny angielski. Sprawdza dokładnie, gdzie się znajduję i zawiadamia, że za piętnaście minut przyjedzie po mnie Jim Fonseca29. Jest co do minuty, przedstawiamy się sobie i ruszamy w przejażdżkę po kampusie uniwersyteckim. Za godzinę mamy dotrzeć na spotkanie z prof. Tedem Jahnem.

W porównaniu z licznymi budynkami rozległego kampusu UCLA czteropiętrowy Life Sciences wydaje się skromną budowlą. Łącznik nad ulicą Buenos Aires Drive prowadził od niej bezpośrednio z ogromnego kompleksu Health Science. Pracownia prof. Jahna, Physiology of Protozoa, znajdowała się na czwartym piętrze. Kiedy przyjechałem w lipcu 1967 pracowało w niej 9 osób: czterech pracowników – prof. T. L. Jahn, dr J. Bovee, J. Fonseca i L. Barnett, dwóch doktorantów i trzech studentów. Profesor Jahn powitał mnie nadzwyczaj serdecznie. W czasie następnych sześciu godzin załatwiałem szereg formalności. Otrzymałem własny, duży samodzielny pokój laboratoryjny oznaczony numerem 4811. Był bez okna, jak wiele innych sąsiednich, ale ze znakomitą klimatyzacją, utrzymującą temperaturę w granicach 21-22°C. Dostałem pięć kluczy do różnych pomieszczeń w pracowni i drzwi frontowych budynku Life Sciences. Szef zagranicznych stypendystów (Mr. Hooks) UCLA, wyjaśnił mi konieczność przedłużenia mojego paszportu, tak aby jego ważność była dłuższa o pół roku od terminu opuszczenia przeze mnie Stanów. Musiałem też niezwłocznie się ubezpieczyć.

Julek Gruda wywiązał się z zadania i miałem zarezerwowane lokum na terenie „fraternity KKPsi” przy ul. Strathmore Drive 11024. Próba zamieszkania tamże „z marszu” okazała się jednak niemożliwa do zrealizowania. W związku z przedłużonym weekendem – l lipca była sobota, a 4 lipca to święto narodowe, menedżer „fraternity” wyjechał i zabrał ze sobą klucze do mojego pokoju. Dla mnie był to szczęśliwy zbieg okoliczności. Jahnowie zabierają mnie na pięć dni do siebie. Wraz z nimi uczestniczę w dwóch „party”, w sobotę l lipca i w poniedziałek 3 lipca. Była to znakomita okazja do poznania wszystkich członków Department of Zoology, ich żon i kilku profesorów z innych wydziałów UCLA. Dodatkową atrakcją tych dni była wielogodzinna przejażdżka samochodem od Santa Monica do downtown. Po powrocie do Westwood Village, gdzie mieszkali Jahnowie i znajduje się UCLA, okazało się, że przejechaliśmy ponad 90 km, a był to zaledwie niewielki fragment rozległego kompleksu Los Angeles.

Te pięć dni nadały przyjacielski charakter moim stosunkom z Tedem Jahnem i jego żoną, Frances30. Było to bezdzietne małżeństwo, które zaczęło traktować mnie jak swego syna. Ja z kolei starałem się być im pomocny i zająłem się uporządkowaniem uroczego, ale nieco zapuszczonego ogrodu Jahnów, znajdującego się na stromym zboczu wąskiego kanionu. Podczas pracy Ted mnie przestrzegał: „bądź ostrożny, bo na szczycie czasami wygrzewają się grzechotniki”.

Dom przy Strathmore Drive 11024, który w tym czasie był wynajmowany przez „fraternity KKPsi”, stał na dość pochylonym zboczu, wśród imponujących drzew, platanów. Dla mnie miał same zalety. Przede wszystkim, w zależności od tempa marszu, znajdował się w odległości 15-20 minut od budynku Life Sciences. Miesięczny koszt mojego, jedynego zresztą indywidualnego pokoju z osobnym wyjściem wynosił 100 dolarów, a od września, kiedy płaciłem kwartalnie z góry, tylko 90. W tej cenie miałem nie tylko mieszkanie, ale i pełne wyżywienie przez pięć i pół dnia w tygodniu, to znaczy bez obiadu w sobotę i posiłków w niedzielę. Prawie wszyscy mieszkający ze mną chłopcy studiowali na wydziale muzycznym. Bractwo było wesołe i sympatyczne. Wśród trzydziestu chłopaków znajdował się jeden Murzyn i jeden Indianin. Nie było nikogo, kto prowadziłby hippisowski styl życia, tak modny w tym okresie i tak rozpowszechniony wśród młodzieży w Los Angeles. W budynku nikt nie ćwiczył na żadnym instrumencie. W ciągu roku odbyło się jednak kilka koncertów zbiorowych.

W kampusie UCLA były liczne ośrodki sportowe. Regularnie korzystałem tylko z jednego, pięknie usytuowanego kompleksu basenowo-rekreacyjnego31, na który wykupiłem sobie roczną kartę wstępu za 8 dolarów. Inną, prawie darmową atrakcją były regularne przeglądy klasyki filmowej. Zawdzięczaliśmy ją działającemu na uczelni wydziałowi filmu. Dzięki temu mogłem raz jeszcze obejrzeć „Kanał” Andrzeja Wajdy i „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego oraz inne nieznane mi osiągnięcia amerykańskiej i europejskiej produkcji filmowej32.

Wkrótce po przybyciu do Los Angeles zostałem zaproszony do Foreign Student Center na spotkanie z nowo przybyłymi na staż podoktorski w UCLA osobami. W większości byli to naukowcy z Azji. Kraje zza żelaznej kurtyny miały skromną reprezentację. Z Polski poza mną była pani Chachulska-Julien, lektor z Uniwersytetu Warszawskiego oraz po jednej osobie z Bułgarii, Czechosłowacji i ZSRR.

W pierwszych dniach lipca omówiłem z Tedem tematykę badawczą, którą pragnąłem realizować podczas rocznego pobytu w jego pracowni oraz sprawy organizacyjne. Szczególnie istotne było ustalenie, że wykorzystując nowoczesną aparaturę mikroskopową i filmową, będę kontynuował badania, zapoczątkowane przeze mnie w Warszawie. Tematem podstawowym będzie więc forma pracy rzęsek Paramecium podczas pływania w warunkach hodowli (normalnych) oraz przy mechanicznym zwalnianiu ruchu w środowisku o podwyższonej lepkości, bądź jonami niklu podczas ich przyżyciowej immobilizacji. Drugim tematem zaś weryfikacja eksperymentalna dotychczasowych hipotez wyjaśniających mechanizm orientacji wertykalnej Paramecium, wykazującego geotaksję ujemną. Pierwszy temat będzie wspólny, natomiast geotaksją zajmę się ja. We wszystkich badaniach dotyczących analizy pracy rzęsek współpracuję z Jimem Fonseca.

Moje plany badawcze zrealizowałem całkowicie, a uzyskane wyniki miały znaczącą wagę poznawczą. Do grudnia 1967 zakończyłem indywidualne badania nad geotaksją. Ujemna geotaksja Paramecium była problemem badawczym od końca XIX wieku. Wśród wielu proponowanych wyjaśnień tego zjawiska największe uznanie zdobyła sobie hipoteza mechaniczna. Zgodnie z nią orientacja „góra-dół” Paramecium zachodzi dzięki przewadze ciężaru tylnej połowy orzęska, czyli na zasadzie boi33.

Eksperymentalną podstawę hipotezy mechanicznej stanowiły obserwacje nad opadaniem pierwotniaków zabitych lub ich modeli. Wyniki te poddałem weryfikacji, stosując precyzyjniejsze metody. Wykorzystałem technikę immobilizacji pierwotniaków solami niklawymi w celu ustalenia pozycji i szybkości swobodnie opadających żywych orzęsków. U żadnego z badanych gatunków (P. caudatum, P. aurelia, P. multimicronucleatum, P. bursaria) nie potwierdziłem założeń teorii mechanicznej. Immobilizowane pierwotniaki podczas opadania przyjmowały różne pozycje. Szybkość orientacji kątowej, jak i szybkość opadania wskazywały również, że mechanizm orientacji przestrzennej Paramecium w stosunku do pola grawitacyjnego nie może być różnicą ciężarów obu połówek ciała. Publikacja dotycząca geotaksji Paramecium34 była dobrze przyjęta i wielokrotnie cytowana. Praca ta stworzyła bowiem podstawy do wysunięcia przez wielu autorów nowej hipotezy wiążącej geotaksję ujemną z orientacją „góra-dół”, wynikającą z momentu obrotowego podczas ruchu pierwotniaka.

Podczas pobytu w pracowni Jahna główny wysiłek skoncentrowałem na znalezieniu metody bezpośredniej obserwacji i fotografowania rzęsek na powierzchni komórki pierwotniaka pływającego. W odróżnieniu od ruchu wici, ruch rzęsek był opisywany jako nieciągły, tzn. składający się z fazy uderzenia efektywnego i fazy ruchu powrotnego. Taki charakter pracy występuje u rzęsek, pokrywających komórki różnych organizmów zwierzęcych i u człowieka. U pierwotniaków, stosunkowo szybko pływających i wykonujących jednocześnie ruch obrotowy, uchwycenie formy bicia rzęski jest zadaniem wyjątkowo trudnym. Powszechnie przyjmowano, że u Paramecium jest on taki sam jak u organizmów tkankowych. Pogląd, że u pływających pantofelków praca rzęsek pokrywających w liczbie do kilku tysięcy powierzchnię komórki jest również nieciągła, taka sama jak na powierzchniach tkanek człowieka i zwierząt, opierał się na obrazach martwych orzęsków, uzyskanych metodą szybkiego utrwalania za pomocą roztworu tlenku osmu i chlorku rtęci. Bezpośrednie obserwacje żywych osobników ograniczały się do stroboskopowego śledzenia rzęsek z profilu na krawędzi Paramecium. Nikomu do roku 1967 nie udało się jednak wykonać zdjęć mikroskopowych rzęsek u osobników pływających.

Zastosowałem prostą technikę, pozwalającą przezwyciężyć dotychczasowe trudności. Rzęski (o długości 10-12 µm i przekroju 0,24-0,40 µm) stają się dobrze widoczne na całej powierzchni u tych Paramecium, które przebywają przez okres 3-24 godzin w roztworach metylocelulozy o stężeniu 0,8-1,5%. Zastosowanie przez nas obiektywów immersyjnych fazowo kontrastowych pozwoliło zarejestrować rzęski na błonie filmowej lub w postaci fotomikrografów. Ponadto, roztwory metylocelulozy przyniosły trzy jednoczesne i korzystne dla filmowania efekty. Przede wszystkim redukowały szybkość pływania samego pierwotniaka, zwalniały ruch rzęski oraz zwiększały kontrast – rzęska-powierzchnia pierwotniaka.

Uzyskane przez nas obrazy podważyły dotychczasowe poglądy na formy ruchu rzęski i jej odrębność funkcjonalną od wici. U Paramecium multimicronucleatum pływającego w środowisku o podwyższonej lepkości rzęska nie wykonuje ruchu naprzód i do tyłu, lecz uderza w postaci fali spiralnej, wędrującej od podstawy do wierzchołka. Zdjęcia powierzchni pierwotniaka pływającego w środowisku kultury wykonane z szybkością 700-4000 klatek na sekundę nie były tak wyraźne, jak w roztworach metylocelulozy. Można było mimo to sądzić, że ta sama forma ruchu może mieć również miejsce w warunkach środowiska, a więc przy normalnej lepkości. U osobnika nieruchomego, który żeruje i napędza bakterie do swego peristomu, rzęska obserwowana z profilu uderza w postaci stożkowej. Jest to prawdopodobnie zmodyfikowana i spolaryzowana fala spiralna mająca postać ślimacznicy o wzrastającym przekroju od podstawy do wierzchołka.

Nasze wyniki wywołały duże zainteresowanie, żywą polemikę i w konsekwencji spowodowały podjęcie dalszych badań w pracowni prof. Jahna oraz w kilku innych ośrodkach amerykańskich i niemieckich. Przychylano się do naszej hipotezy, że w środowiskach o podwyższonej lepkości rzęski somatyczne Paramecium mogą pracować w formie helisy; jednocześnie też większość oponentów była zdania, że przy normalnej lepkości rzęski pantofelków uderzają w sposób nieciągły – uderzenie efektywne, a po nim faza ruchu powrotnego, czyli tak samo, jak u organizmów tkankowych35.

Podczas pobytu w Stanach wygłosiłem cztery wykłady dotyczące helikalnej natury pracy rzęsek u Paramecium multimicronucleatum – dwa w UCLA oraz w Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley i na Uniwersytecie w Carbondale (Illinois). Każdy był ilustrowany materiałem filmowym. W rok później cztery filmy tworzące cykl obserwacji dokonanych w UCLA przedstawiłem podczas III Międzynarodowego Kongresu Protozoologicznego w Leningradzie (2-10.VII.1969)36. Profesor Jahn nie uczestniczył w Kongresie Leningradzkim, ale w latach 1968-69 pięciokrotnie na kongresach krajowych i międzynarodowych przedstawiał nasz film zatytułowany Ciliary activity of »Paramecium multimicronucleatum«. Body cilia. Pełna publikacja dotycząca naszych obserwacji rzęsek na powierzchni Paramecium ukazała się jednak dopiero w roku 197037. Wynikało to w dużym stopniu z ostrożności prof. Jahna i charakteru gorących dyskusji, które towarzyszyły prezentacjom filmu.

Roczny pobyt w Ameryce był dla mnie korzystny nie tylko ze względu na działalność badawczą w UCLA. Przede wszystkim poznałem wiele osób, z którymi nawiązałem przyjazne kontakty, a z niektórymi w późniejszych latach współpracowałem38.

Uzupełnieniem mojego stypendium była kwota 500 dolarów, które mogłem wydać na udział w tygodniowej konferencji naukowej. Po konsultacjach z Tedem postanowiłem wziąć udział w dorocznym zjeździe American Society of Zoologists, połączonym z Winter Meeting AAAS39. Obie konferencje odbywały się w Nowym Jorku między 26 a 31 grudnia. Obrady toczyły się na terenie hotelu Americana, ale część uczestników zamieszkała również w pobliskim Hiltonie. Należałem do tych ostatnich. Muszę przyznać, że oba pięćdziesięciopiętrowe hotele, niedawno zbudowane, zrobiły na mnie duże wrażenie, podobnie jak podczas zwiedzania Rockefeller University widok działającego komputera.

Na zjeździe miałem szesnastominutowe wystąpienie i pokazałem czterominutowy film na temat geotaksji40. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, że u żadnego z czterech badanych gatunków Paramecium punkt ciężkości nie jest przesunięty do tyłu. Bezpośrednio po mnie przedstawiał swoje wyniki dr Yutaka Naitoh41, który był na stażu podoktorskim u prof. Roberta Allena. Od tego czasu nawiązaliśmy przeszło dwudziestoletnią przyjaźń. Jesienią 1967 poznałem w UCLA byłych stażystów prof. Jahna: dr. Roberta Rinaldiego i dr. Donalda Millera. I te kontakty miały swoją późniejszą historię42. Donald był również uczestnikiem zjazdu w Nowym Jorku i zaproponował mi wspólny powrót jego samochodem, połączony z parodniowym pobytem w Carbondale (Illinois).


DROGA DO NAUKOWEJ SAMODZIELNOŚCI


Po powrocie do kraju uderzyły mnie duże zmiany jakie zaszły w Akademii i w Instytucie Nenckiego między czerwcem 1967 a wrześniem 1968. Odwołano ze stanowisk znane postacie – prof. Stefana Żółkiewskiego, sekretarza Wydziału I; dyrektora generalnego Edwarda Hałonia; zastępcę sekretarza Wydziału II – prof. Adama Drozdowicza i szereg innych osób. Na zwolnione stanowiska zostali powołani młodzi ludzie z mojego pokolenia. Wojciech Zielenkiewicz został dyrektorem generalnym, zastępcami sekretarzy wydziałów zostali: w Wydziale II – Kazimierz Zieliński, w Wydziale V – Henryk Jasiorowski, w Wydziale VI – Mirosław Mossakowski. Zaistniały też możliwości intensyfikacji kształcenia w placówkach Akademii. Rozporządzeniem z 15 lutego 1968 Minister Oświaty i Szkolnictwa Wyższego otworzył możliwości ustanowienia studiów doktoranckich w placówkach mających uprawnienie do nadawania stopnia doktora habilitowanego.

Wkrótce po przyjeździe prof. Jerzy Konorski zaprosił mnie do swojego gabinetu i w obecności dwóch zastępców do spraw naukowych, prof. Stelli Niemierko i dr. hab. Kazimierza Zielińskiego, zaproponował objęcie stanowiska jego zastępcy do spraw ogólnych. Przyjąłem to z nieukrywaną radością. Nie miałem jednak stopnia doktora habilitowanego i w konsekwencji nie byłem samodzielnym pracownikiem, a więc otrzymałem tymczasową nominację na stanowisko pełniącego obowiązki.

Pierwszym zadaniem do wykonania, do którego się przyłączyłem, było przygotowanie uroczystości i konferencji 50-lecia istnienia naszego Instytutu43. Uroczystości jubileuszowe odbywały się w dniach 9-14 grudnia 1968. Przebieg uroczystości opisałem szczegółowo w „Kwartalniku Historii Nauki i Techniki”44.

W ramach obchodów jubileuszowych odbyły się 4 międzynarodowe sympozja. Tematyka sympozjów odpowiadała problemom badawczym rozwijanym w czterech zakładach Instytutu Nenckiego: Biochemii (I), Neurofizjologii (II), Hydrobiologii Eksperymentalnej (III), Biologii Ogólnej (IV).

Podczas sympozjum IV pt. Fizjologia ruchu pierwotniaków wygłosiłem referat oparty na wynikach uzyskanych podczas pobytu na UCLA. Dyskusja była żywa, a główni dyskutanci to: Robert Allen z USA, Michael Sleigh i Michael Holwill z Anglii.

W pierwszych miesiącach 1969 przygotowałem dysertację habilitacyjną, która ukazała się w wersji polskiej45 i angielskiej46. Rozprawa była podsumowaniem i uogólnieniem prac eksperymentalnych, które w latach 1963-68 wykonałem w Warszawie i w Los Angeles. Wykazałem w niej, że rzęski u Paramecium spełniają dwie funkcje: organelli napędowych oraz organelli sterujących kierunkiem ruchu pierwotniaka. Rzęska jako struktura napędowa zachowuje się w dużym stopniu jak oscylator, którego mechanizm aktywacji znajduje się w obrębie samej rzęski. Sterująca funkcja rzęsek, która polega na zmianach ich położenia w stosunku do podłużnej osi ciała pierwotniaka, jest przejawem zmian stanu pobudzenia pantofelka. Zjawisku towarzyszy zmiana potencjału czynnościowego błony zewnętrznej.

W pracy habilitacyjnej wysunąłem przypuszczenie, że te dwie funkcje rzęsek mają odrębne jonowe mechanizmy aktywacji. Funkcje napędowe – mechanizm magnezowy, funkcje sterowania – mechanizm wapniowy. Według mojej koncepcji, jonowy mechanizm rewersji rzęskowej polega na wyparciu jonów wapnia, zaadsorbowanych na zewnętrznej powierzchni błony komórkowej – plazmalemmy. Uwolnienie jonów Ca2+ jest mechanizmem spustowym, wyzwalającym desorpcję jonów wapnia z układu błon wewnątrzkomórkowych, które wywołują rewersję rzęskową. Mechanizm rewersji byłby więc analogiem skurczu mięśniowego. Była to koncepcja przeciwstawna do „calcium current hypothesis” Rogera Eckerta i jego szkoły, która zakładała, że w stanie pobudzenia jony wapniowe na zasadzie gradientu stężeń przedostają się ze środowiska do komórki47. Niezależnie od interpretacji, jaki jest przypuszczalny mechanizm działania jonów wapnia w reakcjach ruchowych pantofelków, moja rozprawa habilitacyjna zawierała wiele nowych i wartościowych informacji z zakresu fizjologii ruchu rzęskowego. Kolokwium habilitacyjne odbyło się 4 października 1969. Recenzenci byli o mojej działalności naukowej i dydaktycznej jak najlepszego zdania i mimo kilku podchwytliwych pytań podczas kolokwium, wykraczających znacznie poza zakres rozprawy, nie miałem najmniejszych kłopotów z odpowiedziami. W tej sytuacji zdziwienie i komentarze wzbudził jeden głos przeciw, który powtórzył się przy kolejnych głosowaniach. W Radzie zasiadał jakiś mój nieprzejednany przeciwnik.

Uchwała Rady Naukowej Instytutu nadająca mi stopień doktora habilitowanego została szybko zatwierdzona przez Centralną Komisję Kwalifikacyjną. Kolejnym ważnym dla mnie wydarzeniem była decyzja Sekretarza Naukowego PAN z 16 marca 1970, na mocy której zostałem powołany na stanowisko samodzielnego pracownika naukowo-badawczego48.


POZNANIE RUCHU OKRĘŻNEGO CYTOPLAZMY U PARAMECIUM AURELIA


Zainteresowanie ruchem okrężnym cytoplazmy było wkroczeniem w nową tematykę badawczą. Zjawisko to było słabo rozpoznane, głównie opisywane i analizowane przez Japończyków. Na początku lat 60. kiedy zajmowałem się odwracalną immobilizacją, zauważyłem, że technika ta pozwala przez długie okresy śledzić nie tylko aparat rzęskowy, ale i zjawiska ruchu zachodzące wewnątrz komórki pierwotniaczej, w szczególności ruch okrężny cytoplazmy. Obserwacje te postanowiłem wykorzystać po zakończeniu badań nad ruchem rzęskowym. Orzęski z rodzaju Paramecium mogą pływać z szybkością do 6 długości ciała na sekundę. Obserwacja pod mikroskopem i analiza zjawisk ruchowych w ich wnętrzu jest niemożliwa. Podstawowym problemem metodycznym przy badaniu ruchu cytoplazmy było więc obranie najkorzystniejszych metod immobilizacji.

Dr Jerzy Sikora, który na kilka miesięcy przede mną wrócił z rocznego stażu w Edynburgu, dysponował surowicami odpornościowymi otrzymanymi z królików, specyficznie skierowanymi w stosunku do antygenów powierzchniowych określonych szczepów Paramecium aurelia. Rozcieńczona surowica wprowadzana do środowiska z pierwotniakami powodowała reakcję immunologiczną, w wyniku której rzęski ulegały sklejaniu. Jest to bardzo skuteczna metoda unieruchomienia pantofelków w następstwie zjawisk zachodzących na powierzchni rzęsek. Wydawało się to szczególnie istotne podczas obserwacji zjawisk zachodzących we wnętrzu komórki. W tej sytuacji zaproponowałem Jerzemu Sikorze wejście do organizowanej przeze mnie Pracowni i podjęcie wspólnych badań nad ruchem okrężnym cytoplazmy. Nie miałem wątpliwości, że propozycja spotka się z dobrym przyjęciem. Jurek podjął pracę w Zakładzie Biologii Ogólnej w 1961. Od tego czasu byliśmy w przyjaznych kontaktach, a nasza współpraca z lat 1965-66 zakończyła się wartościową publikacją. Wykazaliśmy, że w rozcieńczonych roztworach surowicy – nim jej działanie doprowadzi do immobilizacji pantofelków – u wszystkich osobników wywołuje zmianę charakteru pływania. Kierunek spiralizacji z lewoskrętnego przechodzi na prawoskrętny49.

Jerzy Sikora

Jerzy Sikora

W okresie 1971-76 wspólnie z Jurkiem Sikorą ogłosiliśmy dziewięć publikacji, poświęconych okrężnemu strumieniowi cytoplazmy wewnątrz Paramecium aurelia, w tym pięć pełnych prac szeroko dokumentowanych pomiarami ilościowymi, materiałem fotograficznym i filmowym50. Rzucały one zupełnie nowe światło na ten charakter ruchu i zawierały hipotezę molekularnych mechanizmów napędowych. Nasza innowacja metodyczna polegała nie tylko na zastosowaniu do immobilizacji pantofelków homologicznej surowicy odpornościowej, ale również na wykorzystaniu do zapisu ruchu cytoplazmy kryształów integralnych, wewnętrznych składników orzęsków.

Rejestracja fotograficzna w mikroskopie polaryzacyjnym dróg zakreślanych przez kryształy przy wydłużonej w czasie ekspozycji pozwoliła stwierdzić, że: 1. Szybkość ruchu okrężnego cytoplazmy zmienia się wyraźnie w zależności od behawioru funkcjonalnego komórki. 2. strumień cytoplazmy płynie tylko przez określone regiony ciała Paramecium, gdy jednocześnie rozległe obszary cytoplazmy pozostają nieruchome. 3. Wzdłuż drogi obiegu cyklicznego cytoplazma wykazuje różną szybkość. 4. Nie ma zależności między szybkością, z jaką przesuwają się kryształy unoszone przez prąd cytoplazmatyczny, a ich odległością od żelu ektoplazmatycznego.

Tak więc powszechnie przyjęty pogląd, że siły napędowe cyklozy powstają jedynie na styku ektoplazmatycznego żelu i endoplazmatycznego solu nie znalazły potwierdzenia w wynikach naszej pracy.

Duże znaczenie dla poznania przypuszczalnych mechanizmów molekularnych miały badania dotyczące zależności między temperaturą środowiska a szybkością ruchu strumienia cytoplazmy. Ruch strumienia cytoplazmy obserwuje się w zakresie od 3 do 37°C, jeżeli zmiany temperatury następują w granicach 0,3-1°C.

Zależna od temperatury zmiana szybkości ruchu strumienia cytoplazmy Paramecium, jak i aktywność ATP-azy aktomiozyny aktywowanej jonami Mg2+ z mięśni królika, przedstawione w formie równania Arrheniusa, wykazały daleko idącą zbiezność. Fakt ten uznaliśmy za pośredni dowód istnienia u Paramecium aurelia systemu aktomiozynowego warunkującego ruch strumienia cytoplazmy.

Zakończeniem naszych wspólnych badań z dr. Jerzym Sikorą była analiza zmian dynamiki ruchu cytoplazmy podczas procesów rozmnażania się Paramecium aurelia. Analizowaliśmy zarówno rozród bezpłciowy – podział komórki na dwie potomne, jak i rozmnażanie płciowe – koniugację. Stwierdziliśmy, że w obu typach rozrodu ma miejsce zatrzymanie cyklicznego ruchu cytoplazmy. Okrężny ruch – cykloza zanika w momencie poprzedzającym podział komórki na dwie potomne. U potomnych komórek powraca do normy po około 20 minutach od rozdzielenia się. W czasie koniugacji zatrzymanie ruchu cytoplazmy następuje jednocześnie u obu partnerów i jest skorelowane z wymianą pronukleusów. Renormalizacja u ekskoniugantów jest dłuższa niż u podziałowców i trwa 30-40 minut.

Decyzja o wycofaniu się ze wspólnych badań była podyktowana myślą o wykorzystaniu przez Jurka dalszych prac nad ruchem okrężnym cytoplazmy jako podstawy do uzyskania przez niego stopnia doktora habilitowanego.


TWORZENIE I ROZWÓJ PRACOWNI FIZJOLOGII RUCHÓW KOMÓRKOWYCH


Jesienią 1968 po powrocie ze stażu w UCLA postanowiłem stworzyć zespół, który będzie pod moim kierunkiem badał różne rodzaje ruchów występujących u pierwotniaków. Początkowo zespół składał się z czterech osób: mgr Ewy Mikołajczyk51 i Małgorzaty Gołębiowskiej52 (z dawnej pracowni kierowanej przez Andrzeja Grębeckiego), przyjętej już przeze mnie do pracy Krystyny Tabeńskiej53 oraz dr. Jerzego Sikory. W roku 1969 zespół ten powiększył się o mgr Barbarę Hrebendę54, a w roku 1970 o dwóch fizyków – mgr. Stanisława Fabczaka55 i mgr. Andrzeja Lissowskiego56.

Od 1 stycznia 1971 zaczął obowiązywać w instytucie Nenckiego nowy schemat organizacyjny, w którym obok zakładów, podstawową jednostką stały się pracownie. Były to jednocześnie jednostki merytorycznego i finansowego rozliczania w ramach nowo wprowadzonego systemu finansowania przedmiotowego działalności badawczej57. Dokonując reformy Instytutu, zmieniono nazwę Zakładu Biologii Ogólnej na Zakład Biologii Komórki, a dawnej pracowni Fizjologii Ruchu na Fizjologii Ruchów Komórkowych, której zostałem kierownikiem.

W latach 1971-73 Pracownię powiększyłem o 3 osoby: mgr Barbarę Tołłoczko58, mgr. Zbigniewa Baranowskiego59 i mgr Michała Opasa60. Ten dynamiczny rozwój zespołu był możliwy dzięki studiom doktoranckim. Osoby, które od dawna miały stałe zatrudnienie, jak np. Ewa Mikołajczyk, również przeszły przez studia doktoranckie. Ta forma kształcenia pozwalała też na bezproblemowe rozstanie się z osobami, które nie wykazały zadowalających postępów. Tak stało się z mgr. Andrzejem Lissowskim, który po trzech latach bezwynikowego poszukiwania dyslokacji w układach komórkowych opuścił Pracownię. Pozostali moi współpracownicy spełnili oczekiwania.

Wszyscy badali zjawiska ruchu występujące u pierwotniaków, ich przejawy, podłoże materialne, jonowe i elektryczne mechanizmy regulacji. Starałem się tak dobierać tematykę, aby uzyskać możliwie szeroki wgląd w całokształt problematyki i jednocześnie dać każdemu szansę na wykazanie się indywidualnymi osiągnięciami. Najważniejsze wyniki uzyskane w Pracowni w latach 1971-75 przedstawia streszczenie sprawozdania końcowego z wykonania tematu Sterowanie, koordynacja oraz integracja reakcji ruchowych u pierwotniaków, które przytaczam w całości.

„U Paramecium aurelia cytoplazma płynie w stałym kierunku, a jej szybkość jest odwrotnie proporcjonalna do przekroju strumienia. Ruch strumienia cytoplazmy jest uwarunkowany aktywnością ATP-azy aktomiozynowej. aktywowanej jonami Mg2+ (dowody pośrednie). Cykloza jest w dużym stopniu niezależna od wpływu środowiska, ulega jednak zatrzymaniu w określonych fazach podziału komórki, jak i koniugacji (L. Kuźnicki, J. Sikora).

Wykazano ścisłe powiązanie skurczu kanałów, przepływu cytoplazmy i kierunku migracji plazmodium śluzowca Physarum polycephalum. Związek ten uwidacznia się po wprowadzeniu do opisu zachowania się plazmodium całki, której funkcję podcałkową stanowi proces skurczu, zaś granicę całkowania są określone przez czas trwania przepływu cytoplazmy (Z. Baranowski).

Zbadano zależność między reakcjami ruchowymi a zjawiskami skurczu ameb (A. proteus i Chaos chaos), a w szczególności: a) ustalono poziom Ca2+ w środowisku niezbędnego do lokomocji ameb i wpływ pH na dynamikę ich ruchu, b) określono na glicerynowych modelach komórek charakter i miejsce skurczu pod wpływem ATP, Ca2+ i Mg2+, c) stwierdzono występowanie pod plazmalemmą cienkich i grubych filamentów, analogicznych do opisanych w komórkach mięśniowych ssaków (B. Hrebenda, M. Opas, R. Rinaldi).

Wyjaśniono szereg istotnych związków między właściwościami zewnętrznej warstwy błony i składem jonowym środowiska a zjawiskami pobudzenia, kinetyką skurczu ciała i endocytozą u orzęsków i euglen (B. Tołłoczko, E. Mikołajczyk).

Spirostomum wykazuje maksymalną pobudliwość na bodziec elektryczny przy najmniejszej sile jonowej środowiska. Obniżenie związkami chelującymi stężenia jonów Ca2+ wywołuje reakcje skurczowe u euglen. Na podstawie faktów wykluczono możliwość udziału jonów wapnia ze środowiska przy stymulacji systemów kurczliwych badanych komórek (S. Fabczak, L. Kuźnicki, E. Mikołajczyk, B. Tołłoczko)”.

Poznanie nieznanych procesów i zjawisk było możliwe dzięki wprowadzonym przez nas nowym metodom badawczym:

1) rejestracji ruchu kryształów w świetle spolaryzowanym do ilościowej oceny szybkości strumienia cytoplazmy u Paramecium aurelia (L. Kuźnicki, J. Sikora),

2) glicerynowania ameb, tak aby zachowały kształt typowy dla żywych komórek (R. Rinaldi, M. Opas, B. Hrebenda),

3) interferometrii holograficznej do ilościowej analizy zjawisk skurczowych u ameb i śluzowców (Z. Baranowski, M. Opas),

4) udoskonalenia mikrofotometrii do ilościowej oceny kinetyki szybkich skurczów Spirostomum (S. Fabczak).

Wśród osób działających w ramach Pracowni był również dr Robert Rinaldi, który na moje zaproszenie w miesiącach letnich (1973-75) z Michałem Opasą i Barbarą Hrebendą badał relacje między ruchem ameb a procesami skurczu zachodzącymi w ich komórkach. Modele glicerynowe ameb pozwoliły stwierdzić, że skurcz obejmuje całą komórkę61.

Programowo nie dopisywałem mojego nazwiska do żadnej publikacji, jeśli nie uczestniczyłem bezpośrednio w doświadczeniach i jej pisaniu. W efekcie moja bibliografia jest uboższa o ponad 100 publikacji, ale po dzień dzisiejszy zachowałem przyjazne, a nawet serdeczne stosunki ze wszystkimi moimi współpracownikami i wychowankami. Mam też przekonanie, że dawałem dobry przykład, niestety, bardzo rzadko naśladowany.

Wyniki naukowe upowszechnialiśmy nie tylko w publikacjach, ale również przez aktywny udział w sympozjach i kongresach. Dla rozwoju współpracy międzynarodowej szczególne znaczenie miało sympozjum Motile Systems of Cell61 oraz IV International Congress of Protozoology w Clermont-Ferrand62. Równolegle ze współpracą międzynarodową starałem się rozwijać kontakty krajowe, w szczególności z dr. Włodzimierzem Korohodą z Instytutu Biologii Molekularnej Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Moja aktywność naukowa i dydaktyczna spowodowała, że jesienią 1973 został postawiony na Radzie Naukowej Instytutu Nenckiego wniosek o nadanie mi tytułu profesora nadzwyczajnego. Był on powszechnie akceptowany, jedynie prof. Lech Wojtczak uważał, że wniosek o profesurę jest przedwczesny. Jednak był to głos odosobniony. Zarówno recenzenci, jak i Rada Naukowa wyraziły pozytywną opinię i 17 lipca 1974 Rada Państwa nadała mi tytuł profesora nadzwyczajnego.


W DYREKCJI INSTYTUTU NENCKIEGO


Członkiem kierownictwa Instytutu Nenckiego byłem ponad siedem lat. W latach 1968-73 pełniłem funkcję zastępcy dyrektora do spraw ogólnych, zaś w latach 1974-75 byłem zastępcą do spraw naukowych. W działalność na rzecz Instytutu angażowałem się z zapałem i energią. Lata 1968-75 były okresem wyjątkowo szybkiego rozwoju mojej placówki macierzystej i cieszyłem się, że mogę w tym aktywnie uczestniczyć.

Jak już wspominałem, po odejściu na emeryturę prof. Jana Dembowskiego (1960) przyszły dla Instytutu trudne lata. Przede wszystkim wstrzymano prace inwestycyjne w obu budynkach wzniesionych przy ul. Pasteura 3, wstrzymano położenie elewacji na nie dający się przewidzieć okres i zrezygnowano z budowy sali wykładowej na przeszło 300 osób64. W 1961 władze PAN zmusiły kierownictwo Instytutu do oddania ponad 1500 m2 powierzchni dotychczas zajmowanej na rzecz innych jednostek Akademii. Z kolei kierownictwo Nenckiego z własnej woli przekazało Zakładowi Ekologii PAN Stację Hydrobiologiczną w Mikołajkach.

Mimo tak daleko idących ograniczeń Instytut Nenckiego wciąż pozostawał obiektem, który z uwagi na partykularne interesy niektórych osób, czy pod wpływem nieprzemyślanych koncepcji, nadal starano się rozparcelować. Głównym rzecznikiem takiego działania był prof. Kazimierz Petrusewicz, sekretarz Wydziału II Nauk Biologicznych w latach 1952-56 i ponownie w okresie 1963-68. Dążył on do przeniesienia Zakładu Biochemii Instytutu Nenckiego do Instytutu Biochemii i Biofizyki. Osoby, których miałoby to dotyczyć nigdy nie myślały o takim rozwiązaniu organizacyjnym, ale profesor Petrusewicz z uporem do takiej koncepcji powracał65.

Głównym jednak zagrożeniem dla przyszłości Instytutu była stała emigracja zdolnych, młodych ludzi. Październik 1956 umożliwił wyjazdy za granicę na długoterminowe staże. W Instytucie już od roku 1957 często korzystano z tych możliwości, niestety, liczba wyjazdów była wyższa niż liczba powrotów. Wielu młodych, aktywnych badaczy pozostawało na stałe na Zachodzie. Wcześniej, w latach 1957-58, kilka osób pochodzenia żydowskiego zdecydowało się na oficjalną emigrację z Polski66. W tej sytuacji, kiedy pod koniec lat sześćdziesiątych pojawiłem się w kierownictwie Instytutu Nenckiego, zasadniczą sprawą dla przyszłości stał się nabór młodzieży.

Profesor Jerzy Konorski został dyrektorem Instytutu z początkiem 1968 na zasadzie obowiązującej jeszcze sprzed wojny niepisanej umowy, że stanowisko to obejmują kolejno kierownicy zakładów67. Choć „prowadzenie” Nenckiego nie było nigdy jego marzeniem, okazał się zwierzchnikiem sprawnym i za jego pięcioletnich rządów68 zaszły w Instytucie korzystne zmiany, przede wszystkim organizacyjne: podzielił bowiem zakres kompetencji między swoich zastępców, co przyniosło szybko znaczące rezultaty. Profesor Stella Niemierko zajęła się kształceniem (doktoraty, habilitacje, profesury) i współpracą z Radą Naukową. Docent Kazimierz Zieliński – działalnością zewnętrzną, przede wszystkim kontaktami z władzami naukowymi, administracyjnymi i partyjnymi. Do mnie należały sprawy zatrudnienia, inicjatywa i nadzór w zakresie inwestycji, remontów i wewnętrznej organizacji Instytutu. Często spotykaliśmy się we czwórkę. Profesor Konorski tylko w szczególnie trudnych i wyjątkowych sprawach działał osobiście69.

Za najpilniejsze spośród moich zadań uznałem ustanowienie studiów doktoranckich na wszystkich kierunkach reprezentowanych w Instytucie. Inny charakter miały działania związane z zakończeniem inwestycji budowlanych: otynkowano budynki i uporządkowano bardzo zaniedbany teren przy ul. Pasteura 3, na którym od kilkunastu lat stały szopy pozostawione przez budowlanych. W dalszej kolejności znalazły się takie sprawy, jak uporządkowanie struktury organizacyjnej Instytutu, co było konieczne w związku z nowym systemem finansowania badań wprowadzonym z początkiem 1971.

Na przełomie lat 60. „kartą wizytową” Nenckiego był sam prof. Jerzy Konorski i budowany przez niego od roku 1945 Zakład Neurofizjologii. Była to najliczniejsza, zajmująca największą powierzchnię wewnętrzna jednostka Instytutu. Miała też ona nieograniczone potrzeby dotyczące zwierząt laboratoryjnych, przede wszystkim psów, ale i specyficznej aparatury dostosowanej do badań elektrofizjologicznych – zapisu doświadczeń nad wywoływaniem i wygaszaniem odruchów warunkowych czy skutkami deprywacji na przykład wzrokowej. Kolejnym zadaniem przedstawionym mi jako zastępcy do spraw ogólnych przez prof. Konorskiego było usprawnienie i zwiększenie wydajności istniejących od lat w Instytucie Zakładu Hodowli Zwierząt Laboratoryjnych oraz warsztatów mechanicznych.

Pierwszy, niewątpliwy sukces to rozbudowa w 1969 w Instytucie Nenckiego studium doktoranckiego, obejmującego cztery kierunki: neurofizjologię, biologię komórki (protozoologię), biochemię70 oraz bioenergetykę ekologiczną. W sprawne uruchomienie studium znaczący wkład miał doc. Romuald Klekowski, kierownik Zakładu Bioenergetyki Ekologicznej i Produkcji Biologicznej71 i jednocześnie zastępca sekretarza Wydziału II Nauk Biologicznych PAN. Byliśmy przyjaciółmi jeszcze z czasów łódzkich i zawsze dobrze nam się współpracowało. Absolwenci stworzonego przez nas studium doktoranckiego dziś kierują Instytutem Nenckiego.

Z Romkiem Klekowskim wiąże się jeszcze jedno wydarzenie z jesieni 1968, którego konsekwencją była po latach I Polska Ekspedycja Antarktyczna (1975-76), a rok później – założenie na Wyspie Króla Jerzego stałej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego. Byliśmy w ogniu przygotowywania jubileuszu 50-lecia Instytutu, a tu wpada do mnie Romek w towarzystwie wysokiego blondyna i bez wstępu stwierdza: „Musisz natychmiast zatrudnić tego młodego człowieka jeśli mamy poważnie myśleć o prowadzeniu badań z zakresu biologii morza. Jest to mgr Stanisław Rakusa-Suszczewski, który ma już pewne przygotowanie, ale teraz powinniśmy go wysłać na staż w ramach corocznych, radzieckich wypraw antarktycznych”. Wkrótce po tym spotkaniu Stanisław Rakusa-Suszczewski już jako pracownik Instytutu Nenckiego odpłynął na Antarktydę.

Z pozoru drobną, a w konsekwencjach istotną sprawą było odwrócenie frontu budynku głównego od ul. Marii Skłodowskiej-Curie na obecny, od ul. Pasteura 3. Według pierwotnych planów ulica, która dochodzi do siedziby Instytutu Onkologii, miała być przedłużona aż do obecnej ul. Pogorzelskiego, wzdłuż posesji Instytutu. W tej sprawie przyszedł do mnie urzędnik miejski. Zapytałem, czy taka inwestycja drogowa jest konieczna. „Nie, to są tylko plany”. „Możemy zatem ten odcinek ulicy wykreślić z planu?” „Oczywiście, mnie się ten kawałek parku również bardzo podoba”. Od tej rozmowy minęło trzydzieści lat i wszystko pozostało bez zmian, tylko drzewa urosły. Odwrócenie frontu niezmiernie nam pomogło przy tworzeniu Środowiskowej Pracowni Mikroskopii Elektronowej. Potrzeba nowoczesnych mikroskopów elektronowych do prac prowadzonych w Instytucie i innych placówkach w Warszawie była aż nadto oczywista. Początek lat siedemdziesiątych, tak zwany „wczesny Gierek”, to okres, kiedy była szansa na realizację niektórych inwestycji. Skoncentrowaliśmy się na zakupie dwóch mikroskopów elektronowych, transmisyjnym i skaningowym. Starania zakończyły się sukcesem. Zasadniczy udział w całym przedsięwzięciu miała doc. Aleksandra Przełęcka, główny ekspert i osoba, która wzięła na swoje barki całą logistykę organizacji, zakupu i uruchomienia Pracowni Mikroskopii Elektronowej. Posługiwaliśmy się dodatkowo twierdzeniem, że dysponujemy odpowiednim na pracownię środowiskową miejscem. Był nim właśnie pierwotny hol wejściowy i jedna portiernia, która straciła swoje przeznaczenie w następstwie „odwrócenia” głównego wejścia.

Tynkowanie budynków przebiegało według najgorszego scenariusza. Dostaliśmy na ten cel tak mało pieniędzy, że po przetargu pozostało jedynie chałupnicze przedsiębiorstwo. Pracowali wolno i do reszty zeszpecili i tak nie najładniejszą architekturę. Według pierwotnych planów budynek główny miał być wyłożony do pierwszego piętra piaskowcem, a wyżej szlachetnym tynkiem. Za to teren wokół budynków udało się nam urządzić znacznie lepiej. Sam szkicowałem drogi wjazdowe, główne i rezerwowe, rondo centralne i boczne miejsca parkingowe. Romek Klekowski postanowił wykorzystać inwestycję drogową i zbudować w środku ronda parę basenów do celów badawczych. Wypełniono je później florą i fauną z różnych naturalnych zbiorników. Tym razem wykonawstwo było bardzo dobre i bez żadnych napraw przetrwało po dzień dzisiejszy. Jedyną krytyką na temat zagospodarowania terenu było stwierdzenie, że bez uzasadnienia, rozrzutnie zaplanowałem zbyt wiele miejsc parkingowych. Rzeczywiście, w roku 1970 tylko pięć osób w Instytucie miało prywatne samochody. Dzisiejsza sytuacja świadczy jednak, że ówczesne plany były zbyt skromne.

Później udało się zrealizować drobne inwestycje budowlane w wewnętrznym dziedzińcu budynku zwierzętami. Dobudowaliśmy pomieszczenie dla powstałego Zakładu Budowy i Konserwacji Aparatury oraz postawiliśmy magazyny wzdłuż ogrodzenia z Instytutem Onkologii. Tak więc, w początkach lat siedemdziesiątych ukształtował się obecny wygląd całej posesji przy ul. Pasteura 3, łącznie z zagospodarowaniem terenu, m.in. posadzeniem większości drzew rosnących do dziś i wylaniem asfaltu na drogach wewnętrznych.

Ważniejsze od wyglądu zewnętrznego były zmiany, jakie dokonały się w wewnętrznej strukturze Instytutu. Do 1971 podstawowymi jednostkami były zakłady. W niektórych zakładach zaczęły pojawiać się już pracownie, ale nie było to zjawisko powszechne, bowiem pracownie tworzono najczęściej po przejściu na emeryturę profesora ze „starej gwardii”. Taki proces miał miejsce już w latach sześćdziesiątych w Zakładzie Biologii Ogólnej. Po przejściu Jana Dembowskiego na emeryturę, jego następca, doc. Stanisław Dryl nigdy nie zajmował się problematyką etologiczną owadów, konieczne stało się więc w tej sytuacji utworzenie Pracowni Etologicznej.

Moje projekty związane z dążeniem do uporządkowania i ujednolicenia struktur Instytutu były następujące: wszystkie zakłady naukowe winny składać się z pracowni, których kierownicy będą odpowiadać merytorycznie i finansowo za ich działalność. Stanowisko to podzielał Kazik Zieliński, natomiast pozostali członkowie dyrekcji, Jerzy Konorski i Stella Niemierko, zachowywali początkowo dużą powściągliwość wobec tej propozycji. Ostateczną decyzję przyspieszyła perspektywa wprowadzenia w Polsce nowego systemu organizacji finansowania badań naukowych i l stycznia 1971 cały Instytut Nenckiego przeszedł na jednolitą strukturę dwupoziomową, zakładów i pracowni.

Z kolei realizacja zadań, które postawił mi prof. Konorski – usprawnienia warsztatu i zwiększenia liczby zwierząt doświadczalnych do badań neurofizjologicznych – wymagała radykalnych posunięć. Oddział Hodowli Zwierząt Laboratoryjnych przy ul. Pasteura 3 był całkowicie zagospodarowany i żadne usprawnienia nie mogły przynieść tu zmian ilościowych. Jednym ze źródeł zaopatrywania się w psy był Zakład Hodowli Zwierząt Laboratoryjnych PAN72 Łomna-Las (33 ha) pod Warszawą, oddalony o 25 km od Instytutu. Jeździłem tam, aby usprawnić dostawy i kondycję otrzymywanych zwierząt. Podczas kolejnego pobytu usłyszałem – „Panie docencie, Zakład chyli się ku upadkowi, zwierząt będziemy dostarczali mniej niż więcej, chyba że staniemy się częścią Instytutu Nenckiego”. Podzieliłem się tą sugestią z prof. Konorskim. Po obejrzeniu Zakładu, w którym Konorski był pierwszy i jedyny raz, jego reakcja była dużym zaskoczeniem – „Panie Leszku przystępujemy do przejęcia Zakładu Hodowli Zwierząt Laboratoryjnych. Proszę wszcząć starania w tej sprawie”. Formalności udało mi się załatwić zaskakująco szybko, gdyż tak dla władz Wydziału II, jak i pracowników Zakładu była to jedyna deska ratunku.

„Łomna”, jak nazywaliśmy ten teren, nie tylko prowadziła hodowlę gryzoni, kwarantannę i szpital dla psów. Znajdowały się tam pomieszczenia laboratoryjne i warsztaty stolarskie. Wszystko to było przez 1,5 roku pod moją bezpośrednią opieką. Kiedy z początkiem 1974 zostałem zastępcą dyrektora do spraw naukowych, moje poprzednie stanowisko objęła doc. Zofia Fischer-Malanowska, która przejęła opiekę nad Łomną i przeniosła się tam z prowadzoną przez siebie pracownią. Było to korzystne, gdyż zakładałem, że w Łomnie będziemy ograniczać hodowlę dla potrzeb własnych Instytutu, równocześnie rozbudowując pracownie naukowe, przede wszystkim dla Zakładu Bioenergetyki Ekologicznej i Zakładu Neurofizjologii. Planowałem również wybudowanie osiedla domków jednorodzinnych, co zmniejszyłoby uciążliwość dojazdów, a jednocześnie silnie mobilizowało osoby tam pracujące.

Pierwsze lata zapowiadały realizację tych zamierzeń, których celem było stworzenie podwarszawskiej filii Instytutu Nenckiego. Rzeczywistość okazała się jednak inna. Kontrola Najwyższej Izby Kontroli przeprowadzona najpierw w Stacji Hydrobiologicznej w Mikołajkach (jednostki Instytutu Ekologii PAN), a następnie w samym Instytucie Ekologii w Dziekanowie koło Warszawy wykazała długą listę poważnych uchybień, rozrzutność i szereg innych „grzechów”. W konsekwencji ze stanowiska ustąpił prof. Petrusewicz, kilku pracowników odeszło, kilku otrzymało mniej lub bardziej dokuczliwe kary. Przyszłość Instytutu Ekologii została zagrożona. Profesor Jan Kaczmarek, ówczesny sekretarz naukowy PAN powierzył obowiązki dyrektora Instytutu Ekologii prof. Romualdowi Klekowskiemu dotychczasowemu kierownikowi Zakładu Bioenergetyki i Produkcji Biologicznej w Instytucie Nenckiego. W tym czasie Romuald Klekowski był też zastępcą sekretarza Wydziału II Nauk Biologicznych PAN. Z powołaniem na dyrektora Instytutu Ekologii wiązała się zatem konieczność rezygnacji z dotychczasowych stanowisk. W rozmowach z prof. Zielińskim, który był od 1974 nowym dyrektorem Instytutu Nenckiego, i ze mną, Romek stawiał sprawę jednoznacznie: „przejdę do Instytutu Ekologii, ale z całym moim Zakładem, który z niemałym trudem budowałem od 1952. Bez pomocy moich ludzi, a przede wszystkim Zofii Fischer-Malanowskiej, nie podejmę się prowadzenia Instytutu Ekologii”. Nie wszyscy współpracownicy Romka byli entuzjastami opuszczenia Nenckiego, podjęto nawet coś w rodzaju rokoszu. Kierownictwo Instytutu Nenckiego było w tej sprawie zdecydowane. Z dniem l stycznia 1975 wszyscy przechodzą do Instytutu Ekologii, łącznie z grupą antarktyczną, a kto nie chce, musi znaleźć sobie inne miejsce pracy.

Dobrowolne przekazanie Zakładowi Ekologii PAN w roku 1960 Stacji Hydrobiologicznej w Mikołajkach było w istocie pierwszym krokiem wycofania się Nenckiego z badań ekologicznych i hydrobiologicznych, które prowadzone w latach 1919-39 na stacjach Wigierskiej, Helskiej i Pińskiej były jego chlubą. Odejście w całości Zakładu Romka Klekowskiego do Instytutu Ekologii zamknęło ten proces, a jednocześnie podważyło koncepcję tworzenia filii Instytutu Nenckiego w Łomnie.

Zostały zwolnione pomieszczenia przy ul. Pasteura 3. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych zmalało też wśród pracowników Zakładu Neurofizjologii zapotrzebowanie na psy, a myszy i szczury taniej można było kupić niż hodować w Łomnie.Wreszcie odszedł z Łomny do Dziekanowa sprawny organizator i wicedyrektor Instytutu Nenckiego Zofia Fischer-Malanowska. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych Łomna zaczęła Instytutowi przeszkadzać, było z nią więcej kłopotów niż korzyści73.

Analogicznie do sprawy Łomny gorzkie doświadczenie przyniosło mi zaangażowanie się w stworzenie w Instytucie Nenckiego Zakładu Konstrukcji i Konserwacji Aparatury Naukowej na bazie istniejących warsztatów, co było działalnością na rzecz społeczności instytutowej. Ani ja osobiście, ani moja Pracownia nie potrzebowaliśmy ssaków i innych zwierząt hodowlanych. Z rzadka też korzystałem z usług Zakładu Konstrukcji i Konserwacji Aparatury Naukowej.

Każdy, kto pamięta trudności związane z zakupami dewizowymi w czasach PRL, a w szczególności ze zdobywaniem części zamiennych do zagranicznej aparatury czy adaptacją urządzeń do specyficznych warunków doświadczalnych wie, jakim skarbem byli pracujący bezpośrednio w placówce inżynierowie i technicy. W Instytucie Nenckiego zalążek warsztatów powstał już w 1946 w Łodzi, ale struktura ta do 1969 rozwijała się proporcjonalnie wolniej niż zakłady naukowe, a jej wyposażenie było archaiczne74. Postanowiłem zatem zmienić ten stan rzeczy i zamiast warsztatów stworzyć Zakład Konstrukcji i Konserwacji Aparatury Naukowej. Przyjąłem dwóch inżynierów: mechanika i elektronika o dużych umiejętnościach i doświadczeniu oraz około dziesięciu techników. Dokonaliśmy zakupu nowych maszyn, a w dalszej kolejności powiększyliśmy powierzchnię Zakładu w wyniku dobudowy i przeniesienia stolarni do Łomny. Zakład zaczął działać jako małe, ale sprawne przedsiębiorstwo kapitalistyczne, w którym pracowano bardzo wydajnie. Może nasunąć się pytanie, jakie to czynniki sprzyjały tym inicjatywom? Było ich kilka, ale szczególne znaczenie miała życzliwość i pomoc ówczesnego dyrektora generalnego PAN Wojciecha Zielenkiewicza, który aktywnie wspierał takie inicjatywy. Nie bez znaczenia były też środki pochodzące z dwóch programów P. L. 480 – polsko-amerykańskiej współpracy naukowej, realizowanych ze spłaty dostaw zboża do Polski. Jeden duży program prowadził prof. Jerzy Konorski, drugi znacznie mniejszy jeśli chodzi o zakres i środki, prof. Witold Drabikowski. Z pieniędzy tych można było zamawiać na zlecenie aparaturę czy drobne urządzenia. W obu programach sumy i sposób wydawania pieniędzy były poza moją wiedzą i kontrolą. W tej sytuacji przekonałem Konorskiego, że odpowiedzialni za prawidłowe wykorzystanie tych środków i zleceń dla Zakładu Konstrukcji i Konserwacji Aparatury Naukowej będą trzej inżynierowie. W związku z tym, że będą ze środków P. L. 480 otrzymywać stałą premię w wysokości 1/3 ich całkowitego uposażenia, nikt z nich nie będzie podejmował żadnych prac zleconych z „pieniędzy amerykańskich”. Zasady te w obecności prof. Konorskiego i głównego księgowego prowadzącego rozliczenia programu zostały z zainteresowanymi dokładnie omówione. Okazało się, że byłem bardzo naiwny wierząc, że ustalenia te będą przestrzegane. Sądzę, że rozprzężenie, jakie już w roku 1972 nastąpiło w wydatkowaniu środków z „pieniędzy zbożowych”, wiązało się z pogarszającym się stanem zdrowia Jerzego Konorskiego.

W lutym 1973 profesor odbył ze swymi zastępcami (Stellą Niemierko i ze mną) kilka poważnych rozmów. Zostaliśmy powiadomieni, że udaje się na dłuższy pobyt do Kliniki Ministerstwa Zdrowia przy ul. Emilii Plater i że będziemy teraz musieli sami dawać sobie radę. Konorski jako lekarz doskonale wiedział, że jego choroba nowotworowa nie daje żadnych szans powrotu.

Nie znam przebiegu rozmów, które Konorski prowadził w cztery oczy z pozostałymi członkami kierownictwa Instytutu zimą 1973. Mnie przedstawił swoje stanowisko dotyczące propozycji personalnych. „Panie Leszku, niech Pan nie będzie zdziwiony, kiedy dyrektorem Instytutu zostanie Kazik (Kazimierz Zieliński), a kierownikiem Zakładu Neurofizjologii Boguś (Bogusław Żernicki). Nie muszę Panu tłumaczyć, że jest to dla Instytutu i mojego Zakładu najlepsze rozwiązanie. Osoba Kazika będzie do zaakceptowania przez władze Akademii i czynniki partyjne, zaś Boguś będzie prowadził Zakład tak, jak ja go prowadziłem”.

Z Kliniki prof. Konorski dzwonił do mnie tylko dwukrotnie, prosząc o załatwienie mało istotnych spraw bieżących. Zmarł we wrześniu 1973 w wieku lat siedemdziesięciu. Wszystkie sprawy personalne przebiegły zgodnie z jego życzeniem, ale nad Instytutem i moją głową zaczęły się kłębić groźne chmury. Przyniosła je dziewięciomiesięczna kontrola NIK-u.

W połowie sierpnia, jeszcze za życia Konorskiego, zgłosili się do mnie dwaj kontrolerzy75, aroganccy i pewni siebie. Zażądali osobnego pokoju na pierwszym piętrze z bezpośrednim telefonem. Takim pokojem, opróżnionym z rzeczy osobistych, od miesięcy pustym, był gabinet Konorskiego. Ze sposobu prowadzenia kontroli zorientowałem się, że interesują się wydatkami „funduszy amerykańskich” i działalnością Zakładu Konstrukcji i Konserwacji Aparatury Naukowej. Wiedza, jaką dysponowali przed podjęciem kontroli, mogła pochodzić tylko z donosów osoby czy osób zatrudnionych w Instytucie i związanych z wykonywaniem prac zleconych w ramach programów współpracy polsko-amerykańskiej.

Inspektorzy dotarli do osób, które przyznały się do podpisywania fikcyjnych rachunków za prace wykonywane w Instytucie Nenckiego, między innymi przez samego kierownika Zakładu i kierownika Pracowni Elektronicznej, czyli tych, którzy mieli stać na straży przed nadużyciami. Moje gorzkie doświadczenie wiązało się z tym, że niektórzy zawiedli moje zaufanie. Zabolała mnie też postawa moich kolegów, którzy zachęcali inżynierów do podejmowania dodatkowych robót. Kiedy sprawa się wydała i okazało się, że Zakład Konstrukcji i Konserwacji Aparatury Naukowej działał, ale na zasadzie fikcyjnych rachunków, główni sprawcy tej sytuacji stanęli z boku, podczas gdy ja z Kazikiem Zielińskim, przy moralnym wsparciu prof. Niemierkowej, mocowaliśmy się samotnie z inspektorami NIK-u.

Wykrycie „nieprawidłowości” w Zakładzie Konstrukcji i Konserwacji Aparatury Naukowej i wniosek o zwolnienie z pracy obu inżynierów nie zadowolił jednak żądnych większego sukcesu inspektorów. Profesor Konorski odpowiedzialny za realizację programu w ramach P. L. 480 już nie żył. Podobnie jak podczas wcześniejszej kontroli Instytutu Ekologii PAN kontrolerzy poszukiwali winnych wśród grona profesorów. Ostrze ataków zostało skierowane na mnie i na prof. Witolda Drabikowskiego. Przede wszystkim starano się udowodnić, że prof. Jerzy Konorski był od lat fikcyjnym dyrektorem Instytutu, gdyż przekazał mi wszystkie swoje uprawnienia. Miało o tym świadczyć pismo skierowane do mnie z pełnomocnictwem.

Bardziej przykry aspekt miał zarzut pobrania przez Witolda Drabikowskiego z funduszy amerykańskich zwrotu kosztów użytkowania samochodu w czasie, kiedy przebywał za granicą. Odpowiedź na te zarzuty, skierowana już bezpośrednio do dwóch prezesów: Włodzimierza Trzebiatowskiego (PAN) i Mieczysława Moczara (NIK), była druzgocąca. Na podstawie dokumentów wykazaliśmy, że moje pełnomocnictwo dotyczyło dziesięciu tygodni pobytu Jerzego Konorskiego za granicą, natomiast Witek pobrał zwrot kosztów za użytkowanie samochodu w okresie, kiedy pracował w Polsce, a jedynie wypłata miała datę z czasu, kiedy przebywał za granicą. Takie pomyłki nie tylko kompromitują kontrolerów, ale podważają zaufanie do samej instytucji kontroli. Po tym piśmie nie było już żadnych wniosków pokontrolnych i przez wiele lat wszelkie kontrole omijały Instytut Nenckiego.

Po batalii z NIK-iem zamierzałem zakończyć działalność w dyrekcji Instytutu. Przystałem jednak na prośbę Kazika i pozostałem na tym stanowisku do końca 1975.


ODKRYCIE KALMODULINY U PIERWOTNIAKÓW I EWOLUCJA SYSTEMÓW RUCHU


Najlepszy okres w rozwoju prowadzonej przeze mnie w Instytucie Nenckiego Pracowni Fizjologii Ruchów Komórkowych przypadł na lata 1976-80. Razem ze mną pracowało wówczas dwanaście osób. Pożegnałem się z Andrzejem Lissowskim i przyjąłem dwie absolwentki Uniwersytetu Warszawskiego, Annę Wasik76 i Annę Nakonieczny77. W pięcioleciu 1976-80 w obrębie problemu międzyresortowego II.1. Komórkowe podstawy funkcjonowania i rozwoju organizmu realizowaliśmy temat Mechanizmy ruchów w komórkach niemięśniowych.

Korzystną samoocenę Pracowni opieram na kilku przesłankach. Kolejna trójka moich uczniów uzyskała stopnie doktorskie. Barbara Tołłoczko obroniła rozprawę78pod koniec października 1976, natomiast Zbigniew Baranowski79 i Michał Opas80 tego samego dnia – 5 maja 1977. Były to bardzo dobre doktoraty.

Nawiązane uprzednio przeze mnie kontakty z kilkoma znanymi badaczami umożliwiły długo i krótkoterminowe staże moim uczniom. Ewa Mikołajczyk przez kitka lat współpracowała z dr. Bodo Diehnem z Department of Chemistry w Uniwersytecie w Toledo na polu fotobehawioru euglen, a Zbigniew Baranowski z prof. Karlem Wohlfarthem-Bottermannem, dyrektorem Institut für Cytologie und Micromorphologie Uniwersytetu w Bonn w zakresie mechanizmów ruchu śluzowca Physarum polycephalum. Jerzy Sikora prowadził badania z dr. Robertem D. Allenem w Dartmouth College, (Hanover, USA) i dr. Arturem Jurandem w Edynburgu nad ruchem cytoplazmy u Paramecium.

Wspólne prace dotyczące zjawisk powierzchniowych u Amoeba proteus ogłosili z Lidią Kalininą81, Jerzy Sikora i Michał Opas. Stanisław Fabczak wyjechał na roczny staż do Uniwersytetu w Pittsburgu, zaś Michał Opas na trzyletni do Uniwersytetu w Toronto.

Lata 1976-80 były też dla mnie okresem częstych, krótkoterminowych wyjazdów do USA, Niemiec, ZSRR i Japonii. W tym czasie uczestniczyłem w trzech kolejnych konferencjach Gordonowskich w Santa Barbara, w V Międzynarodowym Kongresie Protozoologicznym w Nowym Jorku i, na zaproszenie gospodarzy, w VI Międzynarodowym Kongresie Biofizyki w Kyoto oraz na Konferencji Oparinowskiej w Moskwie.

Równolegle do działań na forum międzynarodowym prowadziłem intensywne badania w Instytucie Nenckiego. Za szczególne osiągnięcie z tego okresu uważam odkrycie kalmoduliny82 u pierwotniaków. Dokonałem go wspólnie z synem Jackiem, który od jesieni 1976 pracował w Zakładzie Biochemii Mięśni, prowadzonym przez prof. Witolda Drabikowskiego, gdzie zajmował się problematyką białek wiążących wapń, występujących w komórkach mięśniowych i w mózgu u ssaków. Jacek znalazł się w Instytucie w następstwie incydentu, który dotyczył nas obu i w swych dalszych konsekwencjach okazał się dla nas obu korzystny83.

Już na początku lat siedemdziesiątych było wiadomo, że podobnie jak podczas skurczu mięśni, ruch cytoplazmy w obrębie komórek pierwotniaczych jest uwarunkowany na poziomie molekularnym współdziałaniem dwóch, tworzących struktury filamentowe, białek: aktyny i miozyny. Ważną rolę regulatora tego współdziałania pełnią wolne jony wapnia zmieniając stężenie w granicach 10-6-10-8 M. Pozostawało natomiast sprawą otwartą, które białka, adsorbując i desorbując jony wapnia, są głównymi modulatorami tych procesów u pierwotniaków.

Już w połowie 1977 dysponowaliśmy dowodami, że u śluzowca Physarum polycephalum i Euglena gracilis nie występuje charakterystyczne dla mięśni szkieletowych białko – troponina C, które współuczestniczy w regulacji skurczu. Otrzymaliśmy natomiast mocne dowody, że w cytoplazmie wiciowców i śluzowców znajduje się aktywator (modulator) białkowy cyklicznych nukleotydów84 nazwany później kalmoduliną, który prawdopodobnie pełni funkcje analogiczne do troponiny C. Wyniki te przedstawiliśmy na szóstym Posiedzeniu Europejskiego Klubu Mięśniowego w Saclay pod Paryżem (29 i 30.IX.1977)85. Nasza prezentacja była bardzo żywo dyskutowana. Obok uznania odzywały się głosy powątpiewania, te ostatnie przestraszyły Witka Drabikowskiego. „Ty i Jacek możecie pozwolić sobie na duże ryzyko, ale ja jestem ekspertem z zakresu biochemii mięśni i muszę zachować daleko idącą ostrożność”. Witek przetrzymał prawie rok pełny tekst przygotowany do publikacji, a jednocześnie nie chciał, abyśmy go wydrukowali bez jego nazwiska. Ostatecznie, pod wpływem moich perswazji zgodził się na publikację, ale w czasopiśmie z zakresu biologii komórki, a nie biochemicznym. Choć praca ukazała się dopiero w roku 197986, jest pierwszą w literaturze światowej przynoszącą informację o występowaniu kalmoduliny u pierwotniaków.

Do pozytywnej decyzji Witka przyczynił się też odbiór wygłoszonego przeze mnie referatu na bardzo silnie obsadzonym przez zagranicznych badaczy Symposium on Cell Motility87 w Warszawie. Referat asygnowany był wspólnie z Jackiem i dotyczył rozważań nad ewolucją mechanizmów regulujących współdziałanie aktyny i miozyny88. W związku z wykryciem kalmoduliny postulowaliśmy, że w pierwotnych systemach ruchowych, jakim jest przepływ cytoplazmy występujący u ameb i śluzowców, istnieje szereg miejsc na poziomie molekularnym, które mogą być wykorzystywane do regulacji współdziałania aktyny i miozyny. Utworzenie się tkanek mięśniowych u zwierząt oznaczało przestrzenne uporządkowanie układów aktomiozynowych oraz pojawienie się mechanizmu regulacji związanego z filamentem aktynowym89. Ten rodzaj regulacji charakteryzuje mięśnie szkieletowe. Natomiast regulacje związane z miozyną są pierwotniejsze. Całość tych rozważań została opublikowana w „Acta Protozoologica” i następnie przełożona na język rosyjski90

Istotną rolę kalmoduliny w reakcjach ruchowych śluzowca potwierdziliśmy eksperymentalnie w doświadczeniach z tak zwanymi kroplami endoplazmatycznymi91. Stosując zewnętrznie trójfluoroperazynę (TFP) – specyficzny inaktywator kalmoduliny – całkowicie wyłączyliśmy aktywność skurczową takiego drobnego fragmentu plazmodium Physarum polycephalum. Po przepłukaniu krople miały zdolność do skurczu i przekształcania się w mikroplazmodia, podobnie jak te, które nie były traktowane TFP. Wyniki te przedstawiłem na II Kongresie Biologii Komórki w Berlinie92.

Tak więc lata 1976-80 przyniosły mnie osobiście i mojemu zespołowi wiele sukcesów. 17 grudnia 1976 Zgromadzenie Ogólne wybrało mnie członkiem korespondentem PAN. Decydująca jednak selekcja dokonała się wcześniej na plenarnym posiedzeniu Wydziału II. Z zakresu biologii komórki było trzech kandydatów na jedno miejsce. Członkowie Wydziału w tajnym głosowaniu wskazali na mnie. Było to zachętą do wzmożonej aktywności badawczej i włączenia się w życie Akademii z pozycji członka korporacji.


VI MIĘDZYNARODOWY KONGRES PROTOZOOLOGICZNY W WARSZAWIE


Moje pierwsze doświadczenia w kontaktach z międzynarodowymi organizacjami naukowymi wiązały się z przyjęciem w 1973 Komitetu Cytobiologii do European Cell Biology Organization (ECBO), która wkrótce została przekształcona w European Federation for Cell Biology.

Znaczącą i trwającą do dziś działalność na forum międzynarodowym rozpocząłem w 1975, stając się członkiem International Commission of Protozoology93. Organizacja powstała 5 sierpnia 1965 na sesji zamkniętej II Międzynarodowego Kongresu Protozoologicznego w Londynie. Ustalono wówczas strukturę i zasady działania International Commission of Protozoology (ICP)94.

Pierwszym przedstawicielem polskich protozoologów w ICP był Zdzisław Raabe (1965-1971), po jego śmierci – Stanisław Dryl w latach 1972-74, a następnie w łatach 1979-1992.

Jako reprezentant polskich protozoologów w ICP wystąpiłem pierwszy raz w Nowym Jorku w 1975. Na zakończenie dwudniowych obrad pojawiła się sprawa miejsca VI Międzynarodowego Kongresu Protozoologicznego przewidywanego na 1981. Wówczas po raz pierwszy padło pytanie, czy polscy protozoolodzy nie podjęliby się jego organizacji? Byłem zaskoczony i przytłoczony perspektywą trudności, jakie w polskich warunkach trzeba będzie pokonać. Przez cały 1976 zastanawialiśmy się ze Staszkiem Drylem nad ostateczną decyzją. O kandydaturze Warszawy jako miejsca VI Kongresu w roku 1981 zdecydowało obopólne przekonanie, że jest to jedyny w naszym życiu termin, kiedy możemy się podjąć tego zadania.

V Międzynarodowy Kongres Protozoologiczny odbył się w Nowym Jorku w dniach 26.VI-2.VII.1977. Tamże zgłosiłem propozycję organizacji kolejnego kongresu w Warszawie. Wniosek został przyjęty przez ICP i spotkał się z powszechną aprobatą. Zaproponowałem również, aby przewodniczącym kongresu warszawskiego i tym samym przewodniczącym ICP na okres 1979-83 został Stanisław Dryl95.

Kolejne posiedzenie International Commission of Protozoology odbyło się 27 i 28 sierpnia 1978 w Warszawie i w Jabłonnie. Ustalono wówczas zrąb programu naukowego. Od tego momentu całokształt spraw przejął Komitet Organizacyjny96.

Sztab Komitetu Organizacyjnego składał się z czterech osób: Stanisława Dryla, Leszka Kuźnickiego, Stanisława Kazubskiego, Elżbiety Wyroby. Mieliśmy wyjątkowo trudne zadanie. Kiedy w 1977 zgłaszałem Warszawę jako miejsce Kongresu, Polska wydawała się być krajem stabilnym i takim była rok później, kiedy obradowała u nas ICP. Rok 1981 był w Polsce już rokiem ostrej walki politycznej między władzą komunistyczną a społeczeństwem. Pogarszała się sytuacja gospodarcza i narastały niedobory żywności i niektórych towarów. To były nieprzewidziane trudności, które udało się nam jakoś przezwyciężyć. Cały czas drążyła nas jednak obawa, czy nie stanie się coś, co całkowicie przekreśli paroletnie starania. Szczęście nam sprzyjało. Warszawa w dniach 5-11 lipca 1981 była spokojnym, słonecznym miastem, bez ludzi w mundurach, a cudzoziemcy mieszkający w hotelach i z doskonałym bufetem na miejscu obrad mogli nawet nie dostrzec niedoborów. Jedynym problemem stała się absencja osób wcześniej zgłoszonych. Na podstawie wstępnych zgłoszeń spodziewaliśmy się, że Kongres będzie liczył około 550 osób. Nie przyjechało blisko 100 uczestników z Zachodu i ponad 50 z tak zwanych krajów socjalistycznych, przede wszystkim z ZSRR. Pierwsi ze względu na napiętą sytuację w Polsce, drudzy z narzuconych przez ich krajowe władze komunistyczne ograniczeń. Na szczęście zaproszeni wykładowcy i kierownicy sympozjów oraz przewodniczący sesji naukowych stawili się w Warszawie. Wszystkie posiedzenia naukowe i organizacyjne Kongresu toczyły się na terenie Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina przy ul. Okólnik 2. Część oficjalna97 trwała godzinę; po przerwie wygłoszono trzy wykłady: Wiliam Trager z Uniwersytetu Rockefellera przedstawił osiągnięcia w hodowli in vitro pierwotniaków pasożytniczych oraz znaczenie tych badań dla zwalczania chorób wywołanych przez pierwotniaki. Jurij Poljansky z Instytutu Cytologii AN ZSRR omówił międzygatunkową zmienność i na tym tle pojęcie gatunku u pierwotniaków. Ja natomiast zapoznałem uczestników z historią i współczesnym dorobkiem protozoologii w Polsce98.

Żywe przyjęcie mojego trzydziestominutowego wykładu plenarnego skłoniło mnie do przedstawienia go do druku w bardziej rozwiniętej formie99.

Kongres w Warszawie uwypuklił główne nurty badawcze w protozoologii światowej ostatnich dwóch dekad XX100 wieku oraz stworzył możliwość dokonania uzgodnień w kwestiach zasad systematyki pierwotniaków i relacji między klasyfikacją biologiczną a przypuszczalnymi związkami filogenetycznymi101. Nie było wątpliwości, że spotkanie w Warszawie spełniło swój cel podstawowy – dokonano podsumowania dorobku światowej protozoologii i określono perspektywy jej rozwoju na najbliższe lata. Na tle pięciu poprzednich – w ocenie wszystkich uczestników – wyróżniał się wyjątkowo sprawną organizacją i przyjazną atmosferą.

Bez cienia megalomanii mogę dziś, z perspektywy lat, stwierdzić, że moja i Staszka Dryla ryzykowna decyzja o organizacji Kongresu zakończyła się sukcesem nie tylko naukowym, ale też organizacyjnym i finansowym102. I pomyśleć, że dzieliło nas tylko pięć miesięcy od ogłoszenia stanu wojennego, który unicestwiał takie imprezy. Polityka kładła się cieniem na międzynarodowe życie naukowe nie tylko w Polsce. W 2001 dotknęła Izrael103.

VI Międzynarodowy Kongres protozoologiczny w Warszawie odbył się prawie dwadzieścia lat po pierwszym Kongresie104. Ten jubileusz skłonił mnie do napisania artykułu historycznego105. Przedstawiłem w nim dzieje współpracy międzynarodowej protozoologów, która rozpoczęła się po II wojnie światowej i obejmowała powstanie towarzystw, nowych czasopism oraz organizację kongresów. W II tomie „Proceedings” (1984) z VI Kongresu ukazała się angielska wersja tego artykułu106, który wzbudził duże zainteresowanie za granicą.


OD PROTOZOOLOGII KU BIOLOGII KOMÓRKI


Rok 1981 stanowił wyraźnie cezurę w mojej pracy badawczej i moich współpracowników. Pierwotniaki nadal pozostawały naszymi obiektami doświadczalnymi, ale problemy, które staraliśmy się rozwiązać, wykraczały poza badania typowo protozoologiczne.

Dla przykładu, Ewa Mikołajczyk już od końca lat sześćdziesiątych badała skurcze ciała u euglen pod wpływem światła. W latach osiemdziesiątych nabrały one charakteru poszukiwań o szerszym aspekcie cytobiologicznym i fotobiologicznym. Przekształcaliśmy się w biologów komórkowych, pracujących na pierwotniakach. W badaniach tych chodziło o poznanie reakcji fotofobowych barwnych i bezbarwnych wiciowców z gromady Euglenida, w szczególności zaś o wyjaśnienie mechanizmu reakcji „step-up” i „step-down” oraz czy i jaki jest związek między nimi107.

Od 1980 w badaniach tych brałem bezpośredni udział, współpracując jednocześnie z Ewą i Patricią L. Walne z Uniwersytetu Tennessee w Knoxville108. Pat, poczynając od 1981, wielokrotnie odwiedzała Polskę, a my wyjeżdżaliśmy do Knoxville. Jesienią 1988 przez trzy miesiące pracowałem tamże jako „visiting professor”.

W latach 1981-90 z zakresu fotobiologii ukazały się cztery nasze obszerne publikacje o charakterze syntetycznym109 oraz kilka komunikatów z prac doświadczalnych na zjazdach krajowych i kongresach międzynarodowych. Wysunęliśmy kilka hipotez. Zainteresowanie wzbudziła nasza hipoteza o występowaniu u wiciowców euglenoidalnych dwóch systemów fotorecepcji: - jednego rozproszonego i drugiego wyodrębnionego morfologicznie. U Euglena gracilis istnieją prawdopodobnie oba systemy – jeden bez wyodrębnionego morfologicznie fotoreceptora, a drugi złożony z ciałka przywiciowego i stigmy. Pozwala to reagować pierwotniakowi tak na wzrost, jak i na spadek natężenia światła.

Reakcje bezbarwnej Astasia longa na gwałtowny wzrost natężenia światła oparte są jedynie na niewyodrębnionym strukturalnie, rozproszonym fotoreceptorze. Jego fotorecepcyjne chromatofory są zlokalizowane w błonie otaczającej wić i rezerwuar pierwotniaka i zmieniają swoją strukturę konformacyjną w zależności od natężenia światła.

Leszek Kuźnicki i Lech Wojtczak, rok 1982

Z Lechem Wojtczakiem, rok 1982

Moje zainteresowania zjawiskami fotobiologicznymi dotyczyły również ameb. Analizując – przy użyciu mikrowiązki monochromatycznej reakcje fotofobowe Amoeba proteus – stwierdziliśmy (K. Łazowski i L. Kuźnicki), że akceptor fotonów jest rozproszony. Wyznaczyliśmy widmo światła aktywującego reakcje fotofobowe i fototaktyczne. Widma te pokrywają się, co sugeruje udział tego samego receptora dla obu reakcji. Na podstawie kształtu widma czynnościowego wysunęliśmy przypuszczenie, że akceptorem fotonów u Amoeba proteus są pochodne flawinowe. Stwierdziliśmy też, że cytochromowa i alternatywna droga oddechowa nie są bezpośrednio związane z reakcjami fotofobowymi i fototaktycznymi110.

W dalszych, wspólnych z Krzysztofem Łazowskim badaniach wykazaliśmy, że fotofobowa reakcja Amoeba proteus ma charakter dwustopniowy. Pierwszą reakcją jest solacja cytoplazmy i przyspieszenie jej ruchu. Drugi stopień to zatrzymanie przepływu cytoplazmy i immobilizacja całej ameby111. W następnej publikacji wykazaliśmy zależność szybkości pojawiania się ujemnej fototaksji na wiązkę światła niebieskiego od kąta padania. Jest to prawdopodobnie efekt detekcji wytworzonego w komórce gradientu intensywności światła112.

Ta tendencja przedstawiania badań w szerszym kontekście cytobiologicznym zaznaczyła się również w rozprawie habilitacyjnej dr. Jerzego Sikory oraz pracy doktorskiej Anny Wasik, dotyczących badań ruchu okrężnego cytoplazmy i fagocytozy u pierwotniaków z rodzaju Paramecium113.

Znakomicie zapowiadający się moi uczniowie,dr Michał Opas i dr Barbara Tołłoczko przeszli od badań na pierwotniakach do prac doświadczalnych na komórkach zwierzęcych. Wiązało się to z ich wyjazdem i, niestety, z pozostaniem na stałe w Kanadzie.

W drugiej połowie lat osiemdziesiątych dwóch moich uczniów uzyskało stopień doktora habilitowanego. W 1987 Rada Naukowa Instytutu Nenckiego nadała ten stopień dr. Zbigniewowi Baranowskiemu na podstawie prac eksperymentalnych dotyczących oscylacyjnej kurczliwości plazmodiów śluzowca Physarum polycephalum. W rok później stopień doktora habilitowanego uzyskała dr Ewa Mikołajczyk na podstawie badań zjawisk fotorecepcji u euglenin. Zarówno Zbyszek, jak i Ewa, zostali następnie powołani na stanowisko docenta. W 1988 obronił rozprawę doktorską Krzysztof Łazowski114.

W latach 1981-85 miałem nadal wgląd i pewien wpływ na całokształt prowadzonych w Polsce badań cytobiologicznych, mimo że przestałem być przewodniczącym Komitetu Cytobiologii. Otrzymałem bowiem pięcioletnią nominację (1981-85) na kierownika problemu międzyresortowego MR.II.1 – Funkcjonalna i strukturalna organizacja komórki ze szczególnym uwzględnieniem procesów regulacyjnych115. Był to okres trudny ze względu na poważne ograniczenia finansowe i możliwości zakupu aparatury oraz, przede wszystkim, na restrykcje dotyczące współpracy z zagranicą w okresie ponad dwudziestu miesięcy trwania stanu wojennego116.

Kiedy porównuję lata 1981-85 z okresem 1971-80 stwierdzam, że dopiero w ciężkich latach osiemdziesiątych nawiązała się najowocniejsza współpraca między biologami komórkowymi w Polsce. Przyczynił się do tego problem międzyresortowy i organizacja ogólnopolskich konferencji biologii komórki. Pierwsza taka konferencja odbyła się w Krakowie w 1983, drugą zorganizowałem po 2 latach w Warszawie117.

Rok 1985 kończył 5-lecie 1981-1985 i tym samym był początkiem dyskusji na temat zadań na okres 1986-90. Mój punkt widzenia na temat badań nad biologią komórki w Polsce przedstawiłem na pierwszym w 1985 plenarnym posiedzeniu Komitetu Cytobiologii. Rozszerzoną wersję tego wystąpienia zamieściłem w „Kosmosie”118. Wskazałem w nim główne kierunki rozwoju cytobiologii w minionym dziesięcioleciu119. Na tym tle i mając też na uwadze dorobek prowadzonego przeze mnie problemu MR II.1, wytyczyłem program badań na lata 1986-90 pt. Komórka eukariotyczna w normie i patologii. Miał on koncentrować się na następujących zagadnieniach:

1) błony biologiczne, bioenergetyka i regulacja metabolizmu,

2) molekularne podłoże skurczu mięśni i ruchu komórek,

3) współdziałanie układów błonowo-cytoszkieletalnych w pobudliwości, transdukcji, w ruchu i w rozwoju organizmów jednokomórkowych,

4) zachowanie się komórek podczas gametogenezy, morfogenezy i proliferacji u organizmów wielokomórkowych,

5) patologia, transformacje i starzenie się komórek,

6) wybrane metody bioinżynierii i nowe techniki badawcze w cytobiologii.

Przygotowany przeze mnie w szczegółach projekt badawczy został władzom PAN przez Instytut Nenckiego oficjalnie zgłoszony już w 1984. Przy ostatecznym ustalaniu problemów w 1985 dyrektor Instytutu Nenckiego, prof. Kazimierz Zieliński, zmienił zdanie i postanowił, że osobiście będzie koordynował jeden duży problem międzyresortowy, obejmujący wszystkie kierunki badawcze uprawiane w Instytucie – od percepcji wzrokowej człowieka i zwierząt, przez etologię mrówek, po bioenergetykę mitochondriów. W ten sposób wprowadzone w 1971 finansowanie przedmiotowe badań stało się, ze względów logistycznych, faktycznie finansowaniem podmiotowym. Dla prac z zakresu neurofizjologii w Instytucie Nenckiego sytuacja była korzystna, natomiast z pewnością zahamowała dalszy rozwój współpracy między biologami komórkowymi. Moje prośby o ratowanie problemu Komórka eukariotyczna w normie i patologii okazały się nieskuteczne.

Od września 1980 przez prawie trzy lata nie wyjeżdżałem za granicę. Najpierw z obawy przed wypadkami, które mogłyby utrudnić mi powrót, a od 13 grudnia 1981 była to forma protestu i niechęci do podpisania „instrukcji wyjazdowej”. Po odwołaniu stanu wojennego powróciłem do aktywności na polu międzynarodowym. Na początku października 1983 uczestniczyłem w Stintino na Sardynii w sympozjum dotyczącym mechanizmu skurczu w systemach mięśniowych i niemięśniowych. W 1984 byłem 6 tygodni w USA. W tym okresie byli tam również najbliżsi członkowie mojej rodziny – żona, syn, synowa i dwaj wnukowie, wszyscy powrócili w 1984 do Polski.

Na II Europejskim Kongresie Biologii Komórki w Budapeszcie (6.VII.1986) przedstawiłem wyniki badań nad fotowrażliwością barwnych i bezbarwnych wiciowców120 oraz wziąłem udział w towarzyszących kongresowi posiedzeniach Federation of European Cell Biology Societies. W dwa lata później uczestniczyłem w „gigancie” (3600 osób) – w IV Międzynarodowym Kongresie Biologii Komórki w Montrealu (14-19.VIII.1988)121.

Leszek Kuźnicki

Leszek Kuźnicki, rok 1989

Najbliższe jednak nadal były mi spotkania ze starymi i nowymi kolegami w czasie kongresów protozoologicznych i działalność w International Commission of Protozoology. Podczas VII Kongresu w Nairobi (22-29.VI.1985) miałem wykład sympozjalny na temat Calmodulin regulated processes in protistan motility122. W 1987 zostałem też zaproszony do wygłoszenia wykładu plenarnego na temat Motility and behaviour na VI Europejskiej Konferencji Orzęsków w Danii123.


OD EKSPERYMENTU KU TEORII


W 1990 po objęciu stanowiska wiceprezesa i sekretarza naukowego PAN przekazałem pełnienie obowiązków kierownika Pracowni Fizjologii Ruchów Komórkowych w Instytucie Nenckiego mojemu wieloletniemu współpracownikowi, doc. Jerzemu Sikorze124. Już po paru miesiącach miałem bowiem pełną świadomość, że łączenie tych funkcji będzie niekorzystne dla obu obszarów działalności. W gabinecie na dwudziestym szóstym piętrze PKiN przebywałem pięć dni w tygodniu od 8.30 rano do 18-tej, oczywiście, jeśli nie wyjeżdżałem za granicę lub nie przyjmowałem gości ze świata, co przedłużało nieraz czas mojej pracy do późnych godzin wieczornych. Na zajmowanie się problematyką biologiczną pozostawał mi urlop i, z rzadka, wolne soboty oraz niedziele. Możliwości wspólnych prac doświadczalnych czy teoretycznych z moimi uczniami i współpracownikami zmalały praktycznie do zera. Niestety, mojemu odejściu z kierownictwa Pracowni towarzyszyło szybkie zmniejszenie się jej liczebności – z jedenastu do pięciu osób125. Z czwórki pozostałych pracowników nauki dwoje zmieniło tematykę badawczą, tylko Stanisław Fabczak pozostał niezmiennie przy problematyce potencjałów błonowych i wewnątrzkomórkowej aktywności jonów u orzęsków.




Pożegnalne spotkanie członków rządu Jana Krzysztofa Bieleckiego. Warszawa, restauracja przy ul. Klonowej. Styczeń 1992.

W tych warunkach moja działalność naukowa w latach dziewięćdziesiątych stała się wyłącznie teoretyczna, a edukacyjna – stała się niezależną od badań prowadzonych w Instytucie Nenckiego. Zmienił się też w tym okresie charakter moich publikacji. Protozoologia, ewolucjonizm, historia, metodologia i filozofia nauki stanowiły uprzednio wyodrębnione kierunki moich zainteresowań. W latach dziewięćdziesiątych zaczęły się one stapiać w jeden nurt.




Leszek Kuźnicki podczas wystąpienia w studio Telewizji Katowickiej, grudzień 1995.


Powitanie Króla Harolda V przed Pałacem Staszica, rok 1996

Powitanie Króla Harolda V przed Pałacem Staszica, rok 1996

W latach 1993-2000 zainteresowałem się coraz gorętszym w literaturze światowej problemem ewolucji pierwotniaków i ich związków z organizmami tkankowymi. W publikacjach tych podtrzymałem moją uprzednią hipotezę o bardzo wczesnym pojawieniu się na Ziemi organizmów eukariotycznych.

Do lat sześćdziesiątych XX w. systematykę biologiczną budowano na podstawie podobieństw i różnic struktury organizmów, a następnie mikroskopowej analizy ich ultrastruktury. W latach sześćdziesiątych wykazano, że do odtworzenia dystansu filogenetycznego współcześnie występujących gatunków, tak prokariotów, jak i eukariotów, precyzyjniejsze od morfologii jest porównanie ich molekuł informacyjnych – DNA i RNA oraz białek.

Od tego czasu filogenetyka molekularna bardzo się rozwinęła. Wyjaśniono wiele w zakresie pokrewieństw gatunków i poddano radykalnej rewizji sięgający od Linneusza (XVIII w.) dorobek systematyki z tak klasycznym podziałem świata żywego na zwierzęta (Animalia) i rośliny (Plantae), jak i późniejszy z XIX w. wyróżniający cztery królestwa: Animalia, Plantae, Protista (Protoctista) i Monera (Prokaryota).

Nowa filogenetyka eukariotów, oparta na porównawczej analizie sekwencji genów, niewątpliwie daje szersze możliwości zbudowania klasyfikacji wynikającej z rzeczywistego pokrewieństwa. Należy mieć nadzieję, że na tej drodze uda się w przyszłości odtworzyć też przebieg ewolucji komórki eukariotycznej, poznać współzależności między jądrem a organellami cytoplazmatycznymi, jak również wyjaśnić naturę i mechanizmy pasożytnictwa.

Postępowi w poznawaniu bliskich pokrewieństw między gatunkami towarzyszy jednocześnie wzrost niepewności i kontrowersji co do przebiegu ewolucji, okresów i charakteru wielkich wydarzeń ewolucyjnych. Na przykład, drzewa filogenetyczne odtwarzane na podstawie analizy porównawczej struktury rybosomalnego RNA nie dają się w żaden sposób pogodzić z drzewami filogenetycznymi budowanymi w oparciu o podobne analizy „podstawowych” białek eukariotów, jakimi są aktyna i ß-tubulina.




Jerzy Giedroyć, Leszek Kuźnicki, Barbara Kuźnicka - rozmowa na temat współpracy ze wschodnimi sąsiadami Polski. Pierwsze dni maja, 1998.

Współcześnie głoszone są dwie wykluczające się hipotezy dotyczące ewolucji eukariota. Philippe i Adoutte126 są rzecznikami „big-bangu”, nagłego pojawienia się całej różnorodności obserwowanych współcześnie typów eukariotów, natomiast Cavalier-Smith127 proces przekształcania się pierwotniaków w organizmy tkankowe przedstawia jako zjawisko powolne i stopniowe.

Przy współczesnym stanie nauki nie możemy rozstrzygnąć, w jaki sposób i kiedy zachodziła radiacja adaptatywna eukariotów na poziomie komórkowym. „Big-bang” eukariotów to hipoteza, której nie można ani udowodnić ani obalić. W tej sytuacji rozważania dotyczące ewolucji stopniowej i przypuszczalnych związków filogenetycznych między pierwotniakami a tkankowymi eukariotami wydają się nadal godnymi uwagi pod warunkiem, że odrzuci się twierdzenie Cavalier-Smitha o krótkiej, zaledwie 700-milionowej historii powstania pierwszych eukariotów na Ziemi. Fakty i przypuszczenia układają się w znacznie bardziej konkretną całość, jeśli się przyjmuje długą, być może trwającą już 3 mld lat ewolucję eukariotów. W latach dziewięćdziesiątych dałem temu ponownie wyraz w pracy z Patricią L. Walne128 (1993), a także w dwóch artykułach w języku polskim (1996 i 2000)129 oraz w podręczniku Podstawy Cytofizjologii130.




Sesja otwarcia międzynarodowej konferencji "The Discovery of Polonium and Radium - its Scientific and Philosophical Consequences, Benefits and Threats to Mankind". Warszawa 17 wrzesnia 1998, Zamek Królewski w Warszawie. W pierwszym rzędzie od lewej: Jean Lemerle, Leszek Kuźnicki, Aleksander Kwaśniewski, Danuta Hübner, Frederico Mayor, Józef Rotblat, Héle`ne Langevin-Joliot.

Rozwój współczesnej filogenetyki i taksonomii biologicznej ogromnie skomplikował nie tylko obraz przebiegu ewolucji, ale również zakwestionował utrwalone w nazwach podziały dyscyplin biologicznych. Na czym te problemy polegają przedstawiłem w artykule Protozoologia i protozoolodzy z perspektywy rozwoju megasystematyki131.

Już dziś nie ma wątpliwości, że gatunki zaliczane do królestwa Protozoa nie są zwierzętami (Animalia) ani roślinami (Plantae). Dystans, który dzieli gatunki pierwotniaków od gatunków zwierząt i roślin jest duży i wyraźny. Tak więc tradycyjna nazwa „protozoa” jest w istocie myląca. Pierwotniaki nie tylko nie są prymitywnymi zwierzętami, ale obejmują fotosyntetyzujące gatunki należące do Euglenozoa, do niedawna uważane przez botaników za rośliny czy śluzowce (Mycetozoa), klasyfikowane mylnie jako grzyby. Co więcej, zakres samej protozoologii staje się coraz bardziej enigmatyczny, gdyż świat pierwotniaków Protozoa nie jest monofiletyczny. Rzeczywisty dystans między jednokomórkowymi eukariotami jest w wielu przypadkach większy niż między roślinami, zwierzętami i grzybami.

Leszek Kuźnicki

W gabinecie w Instytucie Nenckiego

Zainteresowanie ewolucjonizmem i historią nauki wykraczało poza własne przemyślenia, publikacje czy działalność w komitetach i radach naukowych. Starałem się również aktywnie uczestniczyć w kształceniu. Byłem promotorem pracy doktorskiej Wandy Grębeckiej132 oraz Marcina Ryszkiewicza133. Obie obrony odbyły się w 1989 w Instytucie Historii Nauki PAN. Rozprawę doktorską dr Marcin Ryszkiewicz udoskonalił pod kątem potrzeb szerszego grona czytelników i wydał w postaci książki pt. Matka ziemia w przyjaznym kosmosie, za którą otrzymał nagrodę im. Hugo Steinhausa (1993).


Przypisy

*Przedruk fragmentów z: Leszek Kuźnicki, Autorbiografia. W kręgu nauki, Warszawa 2002.

1Prof. J. Dembowski wyróżnił naszą trójkę - Andrzeja, Włodka i mnie zaproszeniem na galerię na pierwszy (29.06) i czwarty (2.07.1951) dzień obrad I Kongresu Nauki Polskiej.

2 A. Grębecki, W. Kinastowski, L. Kuźnicki, Uwagi o ekologii larwy Molanna angustata Curtis w związku z jej rozmieszczeniem w jeziorach, „Polskie Archiwum Hydrobiologii”, 1954, t. 2 (XV), s. 191-235.

3 T. D. Łysenko, Nowoje w naukie o biologiczeskom widie, „Prawda” 39, 1950, s. 307.

4W. Michajłow, K. Petrusewicz, Materiały Konferencji Młodej Kadry Biologów w Kortowie, 18.VIII-28.VIII.1953, red. K. Petrusewicz, Warszawa 1954.

5 A. Grębecki, L. Kuźnicki, Zagadnienie stosunku organizmu do środowiska na tle fizjologii »Paramecium caudatum«. II. Zjawiska zachodzące w kulturach, „Kosmos” A, 4, 1956, s. 474-485.

6 L. Kuźnicki, Przerwijmy zmowę milczenia. Darwinizm a łysenkizm, „Po Prostu”, 1955, s. 42-43.

7Biologia i Polityka. Materiały narady biologów zorganizowanej przez „Po Prostu”, Biblioteka „Po Prostu”, Warszawa 1957, s. 3.

8Pierwotniaki z rodzaju Paramecium Jan Dembowski spopularyzował swoją znakomitą książką pt. Historia naturalna jednego pierwotniaka jako wstęp do biologii ogólnej, Warszawa 1924. Publikacja ta miała cztery późniejsze wydania: 1934, 1948, 1952, 1962.

9Zostały przedstawione w formie spopularyzowanej w wydanej już książce Okiem biologa, ze spuścizny Jana Dembowskiego, oprac. L. Kuźnicki, Warszawa 1968, s. 64-84.

10Wymieniona piątka stanowiła tylko część grupy protozoologicznej. Inne gatunki pierwotniaków pod kątem pobudliwości i regeneracji badali: Wiktoria Stanisława Dembowska, Marek Doroszewski, Włodzimierz Kinastowski i Irena Totwen-Nowakowska. Pozostali pracownicy Zakładu Biologii Ogólnej: Jerzy Chmurzyński, Jadwiga Dąbrowska, Janina i Jan Dobrzańscy, Barbara Fedecka, Rasza Szlep, Eugeniusz Szulc i Kazimierz Zieliński zajmowali się problematyką etologii pająków, owadów i szczurów.

11Pracę doktorską na podobny temat napisał – pod patronatem Dembowskiego – Paweł Borenstein w Zakładzie Biologii Ogólnej Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. (P. Borenstein, Wpływ skupienia na czynności życiowe »Paramecium caudatum«, „Prace Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Wilnie” 10, 1939, s. 1-29). Wyniki uzyskane nie były jednoznaczne, prawdopodobnie z tych względów Dembowski oczekiwał ode mnie rozstrzygnięcia problemu, jakie przyczyny mogą w pewnych strukturach ułatwić przeżycie pierwotniakom w skupieniu.

12Temat zadany przez Dembowskiego Andrzejowi Grębeckiemu był w pewnym zakresie również kontynuacją tematyki zapoczątkowanej rozprawą doktorską Włodzimierza Górskiego (W. Górski, O zjawiskach adaptacyjnych »Paramecium caudatum«, „Prace Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Wilnie” 12, 1938, s. 1-29). Badania te Górski prowadził również w Zakładzie Biologii Ogólnej USB pod kierunkiem Dembowskiego.

13A. Grębecki, L. Kuźnicki, Stosunek »Paramecium caudatum« do chemizmu środowiska i ochronny wpływ skupienia wobec substancji nieorganicznych, „Folia Biologica” 3, 1955, s. 127-157; A. Grębecki, L. Kuźnicki, Badania nad reakcjami obronnymi wymoczków pojedynczych i skupionych w roztworach niektórych substancji organicznych, „Folia Biologica” 3, 1955, s. 159-182; A. Grębecki, L. Kuźnicki, Studia nad odpornością »Paramecium caudatum« wobec niektórych ekologicznie ważnych zmian chemizmu środowiska, „Folia Biologica” 4, 1956, s. 93-118.

14A. Grębecki, L. Kuźnicki, Autoprotection in »Paramecium caudatum« by influencing the chemical properties of its medium, „Acta Biologiae Experimentalis” 17, 1956, s. 71-107.

15Pomyłką było zamieszczenie „Autoprotection in »Paramecium...«” w „Acta Biologiae Experimentalis”. Pismo to wydawane przez Instytut Nenckiego już w latach trzydziestych miało charakter międzynarodowy. Po wojnie zaczęło się specjalizować w tematyce neurofizjologicznej i przestało być interesujące dla protozoologów.

16Andrzej Grębecki, uzupełniając nasze wspólne badania wynikami dotyczącymi adaptacji Paramecium, uzyskał w 1957 stopień doktora.

17A. Grębecki and L. Kuźnicki, Immobilization of »Paramecium caudatum« in the Chloralhydrate Solutions, „Bulletin de l’Academie Polonaise Sciences”, S. Sci. Biol. 9, 1961, s. 459-462

18L. Kuźnicki, Recovery in »Paramecium caudatum« immobilized by chloralhydrate tratment, „Acta Protozoologica” 1, 1963, s. 177-185.

19L. Kuźnicki, Reversible immobilization of »Paramecium caudatum« evoked by nickel ions, „Acta Protozoologica” 1, 1963, s. 301-312.

20L. Kuźnicki, Role of Ca2+ ions in the excitability of protozoan cell. Calcium factor in the cilary reversal induced by inorganic cations in »Paramecium caudatum«, „Acta Protozoologica”4, 1966, s. 241-256.

21L. Kuźnicki, J. Sikora, Inversion of spiralling of »Paramecium caudatum« after homologous antiserum treatment, „Acta Protozoologica” 4, 1966, s. 263-268.

22A. Grębecki, L. Kuźnicki, E. Mikołajczyk, Some observation on the inversion of spiralling in »Paramecium caudatum«, „Acta Protozoologica” 4, 1967, s. A. Grębecki, L. Kuźnicki, E. Mikołajczyk, Right spiralling induced in »Paramecium« by Ni ions and the hydrodynamics of the spiral movement, „Acta Protozoologica” 4, 1967, s. 389-408.

23W roku 1964 Andrzej Grębecki uzyskał stopień doktora habilitowanego. Jako docent zorganizował w Zakładzie Biologii Ogólnej Instytutu Nenckiego Pracownię Fizjologii Ruchów. W jej skład wchodzili: Leszek Kuźnicki, Lucyna Czarska (Grębecka) i Ewa Mikołajczyk. Późną jesienią 1967 Andrzej Grębecki wyjechał do pracy w UNESCO w Paryżu. Do Polski powrócił w 1973 i zaczął budować od podstaw pracownię Morfodynamiki Prostych Systemów Ruchowych. Podejmując ponownie pracę w Instytucie Nenckiego, skierował swoje zainteresowania badawcze na ruch amebowy.

24Dziunia – dr Jadwiga Sobocińska, młodsza o 4 lata siostra mojej żony, fizjolog.

25Witek – Witold Sobociński, wybitny operator filmowy, obecnie profesor Wyższej szkoły Filmowej i Teatralnej w Łodzi.

26Dr Jadwiga Dąbrowska-Popławska (1929-1979) neurobiolog, moja koleżanka z Instytutu Nenckiego. W okresie 1966-67 odbywała staż podoktorski w Nowym Jorku.

27Dr Julian Gruda biochemik, kolega z Instytutu Nenckiego. Przez szereg miesięcy, do 25 czerwca 1967 przebywał na stażu podoktorskim w UCLA. Na podstawie swoich doświadczeń miał mi znaleźć kwaterę tanią, korzystnie zlokalizowaną do mojego miejsca pracy.

28Lynn Barnett prowadząca sekretariat i administrację w Pracowni Jahna była Angielką, od lat mieszkającą w Kalifornii. Podczas II wojny światowej służyła w RAF-ie jako naziemny nawigator. Z tego okresu pochodziły jej kontakty towarzyskie z polskimi pilotami, które utrzymywała również w Los Angeles.

29James Fonseca był kontraktowym pracownikiem technicznym. Jego specjalnością były zdjęcia filmowe i fotografia mikroskopowa. Dzięki tym umiejętnością był współautorem niektórych publikacji z Department of Zoology, a nawet z innych jednostek UCLA.

30Frances F. Jahn miała ukończone studia biologiczne. W młodości pracowała jako instruktor w Wydziale Higieny i Medycyny Prewencyjnej w State University of Iowa. Z mężem napisała książkę How to know the Protozoa Iowa, 1949. Ted Jahn z żoną z Iowa przenieśli się do Los Angeles w 1949.

31Sunset Canyon Recreation Center składał się z dwóch części. Część dolną zajmował basen 50 x 25 m i dwie szatnie z natryskami oraz budynek, w którym odbywały się imprezy o charakterze kulturalnym. Ten obszar był dozwolony dla osób powyżej 16 roku życia. Część górna, znacznie większa, też z basenem, była przeznaczona dla rodzin z dziećmi na biwakowanie i różne gry sportowe.

32Sesje filmowe na UCLA złożone z dwóch, a nawet trzech filmów kosztowały 1 dolara. Ceny biletów w kinach miejskich były zależne od filmu i kina. Najczęściej bilet kosztował 2,5 dolara, ale za obejrzenie Ulyssesa trzeba było zapłacić aż 5,5 dolara.

33Mechaniczna hipoteza geotaksji Paramecium została zaproponowana przez Maxa Verworna (1889) i rozwinięta przez Jana Dembowskiego w latach 1928-31.

34L. Kuźnicki, Behavior of »Paramecium« in gravity fields. I. Sinking of immobilized specimens, „Acta Protozoologica” 4, 1968, s. 109-117.

35Problem pozostaje nadal otwarty, w jakim zakresie wzrost lepkości środowiska może modyfikować formę ruchu rzęsek somatycznych u Paramecium, gdyż po 33 latach nikomu nie udało się uzyskać lepszych od naszych obrazów filmowych.

36L. Kuźnicki, T. L. Jahn, J. R. Fonseca, Ciliary activity of »Paramecium multimicronucleatum«. Parts I. Evolution of techniques. II. Body cilia. Oral groove and cytopharynx. IV. Metachrony. Progress in Protozoology, [w:] Abstracts of papers read at the IIIrd International Congress on Protozoology, Leningrad 1969, s. 384.

37L. Kuźnicki, T. L. Jahn, J. R. Fonseca, Helical nature of the ciliary beat of »Paramecium«, „Journal of Protozoology” 17, 1970, s. 16-24.

38W tym okresie poznałem odwiedzającego UCLA profesora Karla Grella, znanego niemieckiego protozoologa z Uniwersytetu w Tybindze, oraz dr. Miklosa Müllera emigranta węgierskiego pracującego na Uniwersytecie Rockefellera w Nowym Jorku.

39American Association for Advancement of Science.

40L. Kuźnicki, Studies on geotaxis of four species of »Paramecium«. (Introduction by Theodore L. Jahn), „American Zoologists” 7, 4, 1967, s. 310.

41Yutaka Naitoh – japoński cytofizjolog, specjalista z zakresu badań nad związkami między reakcjami rzęskowymi pierwotniaków a potencjałami czynnościowymi. Wielokrotnie spotykaliśmy się w latach 70. i 80. w Polsce, Japonii, Włoszech i w Niemczech.

42Donald Miller, w tym czasie asystent profesora w Uniwersytecie of Southern Illinois w Carbondale. Uczestniczył w 1971, na moje zaproszenie, w konferencji w Krakowie dotyczącej zjawisk ruchu na poziomie komórkowym. Robert Rinaldi prowadził w mojej pracowni w Warszawie badania nad ruchem amebowym.

43Z okazji jubileuszu została wydana książka: Pięćdziesiąt lat działalności Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego 1918-1968, red. H. Adler, Warszawa 1968.

44L. Kuźnicki, Jubileusz pięćdziesięciolecia działalności Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN, „Kwartalnik Historii Nauki i Techniki”, 2, 1969, s. 431-434.

45L. Kuźnicki, Mechanizmy reakcji ruchowych »Paramecium«, „Kosmos” A, 1969, s. 473-505.

46Kuźnicki, Mechanisms of the motor responses of »Paramecium«, „Acta Protozoologica” 7, 1970, s.

47Muszę obiektywnie przyznać, że powszechnie przyjęła się „calcium current hypothesis”, ale moje wątpliwości co do jej poprawności w odniesieniu do Paramecium nie zostały rozwiane.

48W tym okresie nie było stanowiska docenta w instytucjach Polskiej Akademii Nauki i jednostkach badawczo-rozwojowych.

49L. Kuźnicki and J. Sikora, Inversion of spiralling of »Paramecium aurelia« after homologous antiserum treatment, „Acta Protozoologica” 4, 1966, s. 263-268.

50L. Kuźnicki,, J. Sikora, Cytoplasmic streaming within »Paramecium aurelia«. I. Movements of crystals after immobilization by antiserum, „Acta Protozoologica” 9, 1971, w. 439-445. L. Kuźnicki,, J. Sikora, S. Fabczak, Cytoplasmic streaming within »Paramecium aurelia«. II. Cinematographic analysis of the course and reversible cessation of cyclosis, „Acta Protozoologica” 9, 1972, s. 237-242. L. Kuźnicki,, J. Sikora, The hypothesis of inverse relation between ciliary activity and cyclosis in »Paramecium«, „Acta Protozoologica” 11, 1972, s. 243-250. L. Kuźnicki,, J. Sikora, Cytoplasmic streaming within »Paramecium aurelia«. III. The effect of temperature on flow velocity, „Acta Protozoologica” 12, 1973, s. 143-150. J. Sikora, L. Kuźnicki, Cytoplasmic streaming within »Paramecium aurelia«. IV. Cyclosis during binary fission and conjugation, „Acta Protozoologica” 15, 1976, s. 173-178.

51Ewa Mikołajczyk, biolog, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. W Instytucie Nenckiego rozpoczęła pracę w 1966: doktorat pod moim kierunkiem uzyskała w 1972, habilitację – w 1988. Badała skurcze ciała, fotorecepcję barwnych i bezbarwnych wiciowców euglenoidalnych. W latach 90. zajmowała się morfologią i ekologią orzęsków morskich należących do Tintinnina. Była kierownikiem Zakładu Biologii Komórki (1990-92). W 1996 przeszła na wcześniejszą emeryturę.

52Małgorzata Gołębiowska po ukończeniu pomaturalnej Szkoły Laborantów Medycznych rozpoczęła pracę w 1962 w Instytucie Nenckiego. Od 1968 po dzień dzisiejszy pozostaje moją współpracowniczką.

53Krystyna Tabeńska, technik chemik, zajmowała się głównie przygotowaniem preparatów do mikroskopii elektronowej. W 1990 przeszła do innej pracowni w Instytucie Nenckiego.

54Barbara Hrebenda odbyła w Instytucie Nenckiego studia doktoranckie (1969-73) i obroniła pracę doktorską (promotor L. Kuźnicki). Zajmowała się ultrastrukturalnym podłożem ruchu amebowego i zależnością jego przejawów od stężenia jonów wapnia. W 1991 przeszła na wcześniejszą emeryturę.

55Stanisław Fabczak studiował na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Wrocławskiego, a specjalizował się w zakresie biofizyki na Uniwersytecie Leningradzkim. Po powrocie z ZSRR przyjęty w 1970 do Instytutu Nenckiego, w 1976 uzyskał stopień doktora (promotor L. Kuźnicki), w 1995 habilitował się. Początkowo badał kinetykę procesów skurczowo-rozkurczowych u orzęsków, a następnie zajął się reakcjami fotofobowymi. Jego ostatnie badania dotyczą potencjału receptorowego oraz mechanizmów powstawania i rozchodzenia się potencjału czynnościowego. Od 1993 pełnił obowiązki kierownika Zakładu Biologii Komórki.

56Andrzej Lissowski, fizyk, absolwent Uniwersytetu Moskiewskiego im. Łomonosowa, przez 3 lata (1971-73) był stypendystą studium doktoranckiego.

57W latach 1971-75 moja Pracownia uczestniczyła w problemie resortowym PAN-22 Morfofizjologia i biochemia komórki i struktur subkomórkowych. Wykonywaliśmy temat PAN-22.II.2 Sterowanie, koordynacja oraz integracja reakcji ruchowych pierwotniaków. Zarówno tytuł tematu, za którego realizację byłem odpowiedzialny, jak i nazwa całego problemu zostały przeze mnie zaproponowane.

58Barbara Tołłoczko, biolog, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, bezpośrednio po studiach (1971) zatrudniona w Instytucie Nenckiego, w 1976 uzyskała stopień doktora (promotor L. Kuźnicki). Zajmowała się badaniem procesów pobierania i wydalania u orzęsków. W 1981 wyjechała z Polski, osiadła w Montrealu i pracuje na Uniwersytecie McGilla.

59Zbigniew Baranowski, absolwent Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego ze specjalizacją biofizyka, uzyskał pod moim kierownictwem tytuł magistra (1973) i doktora (1977). W 1987 habilitował się. Od chwili przyjęcia do Instytutu Nenckiego i podczas staży w Puszczino i Bonn zajmował się wyjaśnianiem oscylacji skurczowo-rozkurczowej plazmodium śluzowca Physarum polycephalum. Zmarł w 1992 w następstwie ciężkiej choroby reumatycznej.

60Michał Opas jest absolwentem Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. Pod moim kierunkiem napisał pracę magisterską (1973) i rozprawę doktorską (1977). Badał aktywność skurczową ameb. W latach 1978-80 zajmował się analizą współzależności między ruchem ameb a formą ich kontaktu z podłożem. W 1981 wyjechał na staż na Wydziale Medycznym Uniwersytetu w Toronto. Od 1997 pracuje tam na stanowisku profesora.

61Na temat skurczu modeli glicerynowych Amoeba proteus i Chaos chaos ukazało się szereg publikacji w kilku czasopismach. Jedną z nich zamieścił „Nature” (R. Rinaldi, M. Opas, Graph of contracting glycerinated Amoeba proteus, „Nature” 260, no. 5551, s. 525-526).

62Sympozjum z udziałem czołowych specjalistów z zakresu zjawisk ruchu, skurczu i białek kurczliwych odbyło się 3-7 lipca 1971 w Krakowie.

63Podczas Kongresu w Clermont-Ferrand miałem trzy wystąpienia: 1. Excitation-contraction coupling in ciliary reversal. 2. Contraction and elasticity involved in body movements of Euglena gracilis (badania wspólne z E. Mikołajczyk) oraz 3. Progress in understanding of the cytoplasmic streaming in »Paramecium aurelia« (badania wspólne z J. Sikorą).

64Zgodnie z projektem sala wykładowa miała powstać pośrodku budynku głównego, miedzy skrzydłami. Wejście główne do Instytutu było od ul. Marii Skłodowskiej-Curie, natomiast przez obecny hol miało się przechodzić do sali wykładowej.

65Podejrzewano prof. Petrusewicza o to, że swe urazy i niechęć do prof. Dembowskiego przeniósł po jego śmierci na Instytut Nenckiego. Osobiście nigdy nie słyszałem z ust Dembowskiego żadnych ocen dotyczących Petrusewicza. Z kolei sam Petrusewicz wyrażał jedynie zastrzeżenia co do sposobu referowania przez Dembowskiego w jego książkach czy referatach problemów naukowych bez jednoznacznych odpowiedzi – „jak jest naprawdę”. Starsi ode mnie i bardziej wtajemniczeni twierdzili, że wzajemna niechęć sięgała czasów wileńskich. Dembowski miał wręcz entuzjastyczną opinię o działalności naukowej Elizy Petrusewicz, pierwszej żony Kazimierza, a był krytyczny wobec jego działalności. Animozje te pogłębiły się w trakcie tworzenia PAN.

66W latach 1957-58 Z Zakładu Biologii Ogólnej Instytutu wyjechały do Izraela docent Rasza Szlep i mgr Mala Lasman.

67Po przejściu na emeryturę Jana Dembowskiego dyrektorem Instytutu na okres siedmiu lat został prof. Włodzimierz Niemierko, kierownik Zakładu Biochemii. Prof. Niemierko w 1967 skończył 70 lat, Zakład Biochemii objął po nim doc. Lech Wojtczak, a dyrektorem został prof. Jerzy Konorski, kierownik Zakładu Neurofizjologii.

68W pierwszych miesiącach 1973 zły stan zdrowia prof. Konorskiego uniemożliwił mu pracę w Instytucie i sprawowanie funkcji dyrektora.

69Do takich spraw należało rozwiązanie konfliktu, który powstał w zakładzie Biochemii między kierownikiem Zakładu prof. Lechem Wojtczakiem a doc. Witoldem Drabikowskim. Jerzy Konorski podjął decyzję o podziale Zakładu na dwa odrębne – Zakład Biochemii Komórki i Zakład Biochemii Mięśni i sam rozstrzygnął kwestie osobowe, lokalowe i aparaturowe.

70Początkowo studia doktoranckie z zakresu biochemii były prowadzone wspólnie z Instytutem Biochemii i Biofizyki PAN.

71Początkowo Zakład nosił nazwę: Zakład Hydrobiologii Eksperymentalnej.

72Do 1967 Zakład Hodowli Zwierząt Laboratoryjnych Łomna-Las był w Wydziale VI Nauk Medycznych. Później był samodzielną jednostką podporządkowaną Wydziałowi II Nauk Biologicznych. W 1972 został włączony do Instytutu Nenckiego.

73W 1982 prof. Kazimierz Zieliński z trudem zdołał oddzielić Łomnę od Instytutu Nenckiego. Dziesięć lat później jako wiceprezes i sekretarz naukowy Łomnę przydzieliłem Instytutowi Parazytologii PAN.

74Tokarki pochodziły z darów UNRRA z 1947.

75Omawiając Sprawy Zakładu Konstrukcji i Konserwacji Aparatury Naukowej oraz kontroli powadzonej przez NIK, świadomie nie podaję nazwisk, gdyż szereg spraw pozostało dla mnie nie wyjaśnionych.

76Anna Wasik w 1976 ukończyła Wydział Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1976-88 prowadziła badania nad ruchem cytoplazmy u Paramecium bursaria. Na ich podstawie w 1983 uzyskała stopień doktora. W latach 1988-99 przy współpracy z E. Mikołajczyk i Zakładem Biologii Antarktyki badała morskie orzęski – tintinnidy. W 1999 uzyskała stopień doktora habilitowanego.

77Mgr Anna Nakonieczny po dwuletnim okresie przestała pracować.

78Tytuł rozprawy Mechanizmy endocytozy u »Paramecium caudatum«.

79Tytuł rozprawy Integracja zjawisk skurczowych w plazmodium »Physarum polycephalum«.

80Tytuł rozprawy Analiza zjawisk skurczowych u »Amoeba proteus«.

81Lidia Kalinina z Instytutu Cytologii Akademii Nauk ZSRR w Leningradzie w latach 1974-80 parokrotnie przyjeżdżała do pracy w mojej Pracowni.

82Kalmodulina – białko wiążące jony wapnia o czterech domenach (miejscach wiązania). Jest to jeden z najbardziej rozpowszechnionych modulatorówwewątrzkomórkowego stężenia Ca2+ u eukariotów i w ten sposób zaangażowana w szereg podstawowych procesów życiowych.

83Jacek z własnej inicjatywy po zdaniu matury (1971) poszedł na studia biologiczne na Uniwersytecie Warszawskim. Pracę magisterską wykonał w Instytucie Biochemii i jako jedyny absolwent tego kierunku otrzymał propozycję pozostania na uczelni. Fakt ten dowodzący, że samodzielnie potrafi torować sobie drogę w życiu napawał dumą rodziców. Po złożeniu dokumentów wyjechał na dwa miesiące za granicę. Po powrocie profesor Kaniuga zawiadomił go, że pojawiły się trudności, „organizacja młodzieżowa nie wyraża zgody na Twoje przyjęcie, ale my to odkręcimy, gdyż głównym zarzutem jest to, że Twój ojciec jest profesorem”. Jacek natychmiast zawiadomił władze uczelni, że nie jest już zainteresowany pracą na UW. Przyjął od dawna proponowaną pracę przez Witolda Drabikowskiego w jego zakładzie w Nenckim. Dotychczas odmawiał, gdyż uważał, że byłoby to nielojalne w stosunku do dotychczasowych opiekunów i promotora pracy magisterskiej, prof. Jadwigi Bryły.

84Aktywator (modulator) białkowy fosfodwuesterazy 3’-5’-cyklicznych nukleotydów – pierwsza nazwa kalmoduliny.

85J. Kuźnicki, L. Kuźnicki, W. Drabikowski, Ca2+ – regulation of motility and troponin C – like proteins in »Protozoa« and »Myxomycete«, „Comptes rendus de la 6 e Reunion du Club Europeen du Muscle” 42, 1977, s. 67-68.

86J. Kuźnicki, L. Kuźnicki, W. Drabikowski, Ca2+ – binding modulator protein in »Protozoa« and »Myxomycete«, „Cell Biology International Reports”, 3, 1, 1979, s. 17-23.

87Sympozjum odbyło się w Warszawie na Wydziale Chemii UW w dniach 26, 27 i 28 lipca 1978. Po zakończeniu obrad zaprosiłem dwudziestu siedmiu uczestników na „garden party” do Zdziarki, dokąd zostali przewiezieni i odwiezieni autokarem.

88Speculations of mechanisms regulating actin and myosin interaction.

89Regulacja troponina – tropomiozyna ulokowana na filamencie aktynowym.

90L. Kuźnicki, J. Kuźnicki, Speculation on evolution of mechanisms regulating actin and myosin interaction, „Acta Protozoologica” 18, 1979, s. 91-107. Rosyjski przekład w „Żurnał Ewolucjonnoj Biochimii i Fizjołogii”5, 1979, s. 467-476.

91Z nakłutego cienką igła kanału Physarum wydostaje się cytoplazma, która tworzy małe, 2-5 mm średnicy nieruchome krople. Krople przeniesione na agar lub wilgotną bibułę po kilku minutach zaczynają się kurczyć i następnie przekształcają się w migrujące mikroplazmodia.

92L. Kuźnicki, Z. Baranowski, A. Nakonieczny, Effect of externally applied trifluoperazine on contraction activity of Physarum polycephalum endoplasmic drops, „European Journal of Cell Biology” 22, 1980, s. 327.

93Członkiem International Commission of Protozoology jestem nieprzerwanie przez minione dwadzieścia siedem lat. Tak długi staż ma tylko prof. Dan T. Spira z Izraela.

94Postanowiono, że ICP składać się będzie z delegatów narodowych i ponadnarodowych organizacji protozoologicznych, z przewodniczącego i sekretarza ubiegłego kongresu, przewodniczącego i sekretarza przyszłego kongresu. Przewodniczący i sekretarz przyszłego kongresu ma być jednocześnie przewodniczącym i sekretarzem ICP na okres czterech lat. Ustalono, że następny kongres protozoologów odbędzie się w Leningradzie w 1969. Poczynając od kongresu londyńskiego, ICP stała się najbardziej znaczącą organizacją międzynarodową protozoologów. Komisja wyznaczała miejsce, program i skład zapraszanych gości kongresu oraz zgłaszała swoich przedstawicieli do sekcji protozoologicznej IUSB.

95Przewodniczący Sekcji Protozoologicznego Polskiego Towarzystwa Zoologicznego i kierownik Zakładu Biologii Komórki Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN.

96Struktura Komitetu Organizacyjnego: przewodniczący Stanisław Dryl, wiceprzewodniczący i przewodniczący sekcji naukowych Leszek Kuźnicki, wiceprzewodniczący Anna Czapik, Andrzej Grębecki, Maria Jerka-Dziadosz i Witold Kasprzak. Sekretarz generalny Stanisław Kazubski, sekretarz wykonawczy Elżbieta Wyroba, asystent sekretarza generalnego Henryk Rebandel, skarbnik Bogna Skoczylas i z-ca skarbnika Irena Wita. Polskimi instytucjami odpowiedzialnymi za organizację kongresu był przede wszystkim Instytut Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN, w mniejszym zakresie Komitet Cytobiologii PAN i Sekcja Protozoologiczna Polskiego Towarzystwa Zoologicznego.

97Oficjalnego otwarcia Kongresu dokonał Stanisław Dryl, po nim adresy powitalne wygłosili kolejno: Aleksander Gieysztor, prezes Polskiej Akademii Nauk, R. Barclay McGee, prezes Society of Protozoologists, Adam Urbanek, sekretarz Wydziału II Nauk Biologicznych PAN, F. Sella, dyrektor wykonawczy UNEP, John J. Lee, sekretarz International Commission of Protozoology.

98Mój wykład Protozoology in Poland – past and present został zaproponowany przez członków ICP, którzy uważali, że będzie on interesujący dla uczestników Kongresu. Od XIX w. protozoologia rozwijała się wyłącznie w wielkich i zamożnych krajach: w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, USA, Japonii i Rosji. Pojawienie się w tym gronie Polski stanowiło zaskakujący wyjątek.

99L. Kuźnicki, Protozoology in Poland – past and present. Progress in Protozoology, [w:] Proceedings of VI International Congress of Protozoology, Special Congress Volume of „Acta Protozoologica”, Part I, 1982, s. 75-111.

100Pierwotniaki jako eukariotyczne organizmy jednokomórkowe o stosunkowo złożonej budowie okazały się doskonałymi modelami do badania szeregu funkcji biologicznych, jak ruch, pobudliwość, morfogeneza i regeneracja. Z racji swej liczebności w morskich i słodkowodnych zbiornikach odgrywają istotną rolę w gospodarce przyrody. Zmiany w składzie gatunkowym pierwotniaków są jednym z najbardziej obiektywnych testów stopnia zanieczyszczenia wód. Stąd liczne na Kongresie komunikaty i wystąpienia dotyczące ekologii wolno żyjących i pasożytniczych pierwotniaków. Na VI Kongresie przedstawiono też liczne referaty i komunikaty, dotyczące pierwotniaków będących przyczyną ciężkich schorzeń u człowieka, jak: malaria, toksoplazmoza, amebioza, śpiączka oraz będące przyczyną chorób pasożytniczych zwierząt, w szczególności bydła, koni i ptactwa domowego.

101W dniu 9 lipca wygłoszono trzy kolejne wykłady plenarne, a w sobotę, 11 lipca, odbyła się plenarna dyskusja okrągłego stołu na temat Stosunki filogenetyczne wśród pierwotniaków. Po 15-minutowej przerwie przystąpiono do sesji zamknięcia Kongresu, która, miedzy innymi, obejmowała wystąpienie Igora Manna (konsultant FAO/UNEP/WHO) z Nairobi na temat Protozoologia jako podstawa parazytologii środowiskowej i zaproszenie dr M. Mutingi na VII International Congress of Protozoology do Nairobi w 1985.

102Dodatnie saldo Kongresu wyniosło 350 tys. zł, nie licząc wpływów „Orbisu”.

103XI Kongres Protozoologiczny, który miał odbyć się w Jerozolimie w 2001 został przeniesiony do Salzburga.

104Kongres pod nazwą The First International Conference of Protozoology odbył się w Pradze 23-29 sierpnia 1961.

105L. Kuźnicki, Rozwój współpracy międzynarodowej protozoologów w 20-leciu 1961-1981, „Kosmos” 3, 1983, s. 371-381.

106L. Kuźnicki, B. Honigberg, International collaboration among protozoologists during the years 1961 to 1981. Progress in Protozoology. Proceedings of VI International Congress of Protozoology. Special Volume of „Acta Protozoologica”, Part II, 1984, s. 297-307. Bronisław Honigberg do mojej polskiej wersji wniósł drobne uzupełnienia. Ja natomiast rozszerzyłem artykuł 20 zdjęciami ze wszystkich sześciu kongresów.

107Euglena gracilis – zielony, obdarzony chloroplastami wiciowiec, który reaguje zmianą ruchu na gwałtowne zwiększenie, jak i obniżenie natężenia światła. Są to reakcje fobowe przebiegające w podobny sposób. Wić, z położenia wzdłuż ciała typowego dla pływającej eugleny, przechodzi do położenia prostopadłego do podłużnej osi komórki. W efekcie komórka pobudzona rotuje. Step-up to termin określający taką reakcje na wzrost natężenia światła, step-down – na spadek natężenia. Wiciowce bezbarwne, np. Astasia longa, choć nie mają wyodrębnionego aparatu fotorecepcyjnego wykazują również reakcję step-up. U Euglena gracilis reakcje fototaktyczne są wynikiem serii reakcji o charakterze step-up i step-down.

108Patricia L. Walne była profesorem na Uniwersytecie Tennessee w Knoxville. Oprócz współpracy łączyły nas przyjacielskie kontakty.

109E. Mikołajczyk, L. Kuźnicki, Body contraction and ultrastructura of »Euglena«, „Acta Protozoologica” 20, 1981, s. 1-24. E. Mikołajczyk, L. Kuźnicki, Modulacja światłem aktywności ruchowej barwnych i bezbarwnych wiciowców, „Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prace z Biologii Molekularnej” 17, 1988, s. 169-185. L. Kuźnicki, P. L. Walne, The relationship between step-up and step-down photophobic responses in »Euglena gracilis«, „Acta Protozoologica” 28, 1989, s. 215-229. L. Kuźnicki, E. Mikołajczyk, P. L. Walne, Photobehavior of euglenoid flagellates: theoretical and evolutionary perspective, „Critical Reviews in Plant Science” 9, 1990, s. 343-369.

110K. Łazowski, L. Kuźnicki, The microbeam system and its application to the study of the motile behaviour of »Amoeba proteus«, „Postępy Biologii Komórki” 11, 1984, s. 539-542. K. Łazowski, L. Kuźnicki, Photophobic and phototactic responses of »Amoeba proteus« in KCN and SHAM solutions, „Cell Biology International Reports” 9, 1985, s. 373-385.

111K. Łazowski, L. Kuźnicki, Influence of light of different colors on motile behavior and cytoplasmic streaming in »Amoeba proteus«, „Acta Protozoologica” 30, 1991, s. 73-77.

112K. Łazowski, L. Kuźnicki, Effect of the angle in incidence of a stimulating light beam on phototactic orientation of »Amoeba proteus«, „Acta Protozoologica” 30, 1991, s. 79-85.

113Kolokwium Jerzego Sikory odbyło się 6 listopada 1981 r. Tytuł

114Tytuł rozprawy: Reakcje fotofobowe i fototaksje »Amoeba proteus«. Po doktoracie Krzysztof Łazowski wyjechał na dłuższy okres do USA. Po powrocie do kraju w drugiej połowie lat 90. podjął pracę w Pracowni Neurobiologii Molekularnej Instytutu Nenckiego.

115Problem MR.II.1. Funkcjonalna i strukturalna organizacja komórki ze szczególnym uwzględnieniem procesów regulacyjnych dotyczył kilku istotnych poznawczo tematów. Były to: 1. Komórkowe procesy bioenergetyki i regulacji metabolizmu. 2. Właściwości i funkcje błon biologicznych i modelowych. 3. Funkcje enzymów w metabolizmie komórkowym. 4. Białka kurczliwe i regulacyjne mięśni i innych systemów ruchowych. 5. Fizjologiczne i biofizyczne aspekty pobudzenia i ruchów komórkowych. 6. Różnicowanie komórek oraz komórkowe podłoże rozwoju organizmów jedno- i wielokomórkowych. W wykonywaniu zadań całego problemu MR.II.1 brało udział 290 pracowników, w tym 46 profesorów i docentów, co stanowiło 40-50% wszystkich w Polsce zainteresowanych badaniem komórek eukariotycznych.

116Stan wojenny obowiązywał w Polsce od 13.XII.1981 do 22.VII.1983 czyli 33% czasu przeznaczonego na realizację problemu.

117II Ogólnopolska Konferencja Biologii Komórki odbyła się w Warszawie w Pałacu Staszica w dniach 18-20 września 1985 pod auspicjami Instytutu Nenckiego i Komitetu Cytobiologii. Byłem przewodniczącym Konferencji, a sekretariat prowadziły dwie osoby z mojej Pracowni – Małgorzata Gołębiowska i Krystyna Tabeńska. Przybyło do Warszawy 250 uczestników, a jej program obejmował 13 wykładów i 165 prezentacji. Wszystkie 4 sale Pałacu Staszica były od początku do końca Konferencji przepełnione. Czas przeznaczony w programie na dyskusje okrągłego stołu – 6 godzin w każdej sesji – okazał się zbyt krótki. Podczas sesji końcowej obrad Maria Olszewska zaprosiła uczestników na III Ogólnopolską Konferencję Biologii Komórki do Łodzi.

118L. Kuźnicki, Rozwój badań nad biologią komórki w Polsce w perspektywie XXI wieku, „Kosmos” 3, 1985, s. 441-454.

119Na podstawie tematyki kongresów biologii komórki w latach 1976-84 można było wyróżnić osiem dominujących kierunków badawczych: 1. Jądro, genomy, chromosomy, chromatyna, geny i mechanizmy ich ekspresji. 2. Błona komórkowa i jej funkcje, w szczególności endocytoza, receptory, pobudliwość, sensoryczna transdukcja. 3. Przejawy i mechanizmy ruchów, szkielet komórkowy, białka kurczliwe i regulujące. 4. Organelle komórkowe i ich funkcje; rybosomy, endoplazmatyczne retikulum i aparat Golgiego, mitochondria, chloroplasty, lizosomy, peroksysomy. 5. Proliferacja, wzrost i zróżnicowanie się komórek łącznie z cyklami komórkowymi, gametogenezą, morfogenezą i współdziałaniem komórek, starzenie się komórek. 6. Endosymbioza, pasożytnictwo. 7. Komórki nowotworowe. 8. Nowe metody i biotechnologie.

120L. Kuźnicki, E. Mikołajczyk, Photosensivity of »Euglena gracilis« and related species (plakat).

121L. Kuźnicki, Mechanism of photophobic responses of »Euglena gracilis« (plakat).

122L. Kuźnicki, Calmodulin regulated processes in protistan motility, „Acta Protozoologica” 25, 1986, s. 295-304.

1236th European Conference on Ciliate Biology. Hojbjerg, 10-17. VIII.1987.

124Pierwsze wspólne badania na Paramecium aurelia przeprowadziłem z Jerzym Sikorą w 1966. Od 1970 Jurek wszedł w skład tworzonego przeze mnie zespołu przekształconego w 1971 w Pracownię Fizjologii Ruchów Komórkowych, w której od 1990 do 2002 pełnił funkcję zastępcy kierownika.

125Z początkiem 1990 moja Pracownia liczyła wraz ze mną dziewięciu pracowników naukowych i dwóch techników. Po roku pracowało w niej już tylko pięć osób (dr Stanisław Fabczak, doc. Ewa Mikołajczyk, doc. Jerzy Sikora, dr Anna Wasik i Małgorzata Gołębiowska). Wśród czwórki pracowników naukowych tematyka badawcza radykalnie się zmieniła. Ewa Mikołajczyk i Anna Wasik zajęły się ekologią i ultrastrukturą orzęsków antarktycznych. Jerzy Sikora przejął funkcję redaktora naczelnego czasopisma „Acta Protozoologica” i z wielką pasją zaangażował się w nadanie mu wysokiej rangi międzynarodowej. Z różnych powodów przestali pracować: doc. Zbigniew Baranowski, dr Małgorzata Cieślawska, dr Barbara Hrebenda, mgr Marzena Krucińska, mgr Andrzej Mazur. Krystyna Tabeńska przeszła do innej pracowni, a dr Krzysztof Łazowski wyjechał na wieloletni staż do USA. Kadra Pracowni uległa kolejnemu uszczupleniu w 1998, kiedy na wcześniejszą emeryturę odeszłą doc. Ewa Mikołajczyk.

126Philippe i Adoutte szczegółowo porównywali zmiany genów kodujących białka, aktynę i ß–tubulinę z genami rRNA u tych samych taksonów. Na tej podstawie autorzy doszli do wniosku, że większość, jeśli nie wszystkie, występujące współcześnie monofiletyczne taksony eukariotów, powstały w wyniku jednoczesnej, rozległej radiacji adaptatywnej, którą nazwali „big-bang”. Oznacza to, że obserwowane przez nas zróżnicowanie eukariotów w istocie polegało na wyodrębnieniu się we względnie krótkim czasie dziesięciu monofiletycznych grup, które nie pokrywają się z klasycznymi podziałami na zwierzęta, rośliny, grzyby i pierwotniaki (protozoa). Philippe i Adoutte bynajmniej nie twierdzą, że postulowany przez nich „wielki wybuch” oznaczał początek ewolucji eukariotów. Przeciwnie, uważają, że poprzedził go długi okres ewolucji na poziomie komórkowym. Ogromna większość, a może nawet wszystkie prymitywne eukariota bądź wymarły, bądź uległy gruntownym przekształceniom podczas „wielkiego wybuchu”. Wybuchowa radiacja adaptatywna zaszła w nie dającym się ściśle zidentyfikować okresie – od 1000 do 700 mln lat temu. Wówczas to dokonało się unowocześnienie eukariotów w następstwie endosymbiotycznego nabycia do wnętrza komórki mitochondriów i chloroplastów, które są przekształconymi prokariotami (bakteriami i sinicami). H. Philippe, A. Adoutte, The molecular phylogny of Eucaryota solid facts and uncertainties, [w:] Evolutionary Relationship Among Protozoa, ed. G. H. Coombs et al. Dordrecht, Boston, London 1998, s. 25-26.

127Według Cavalier-Smith eukariogeneza była późnym procesem w historii Ziemi. Pierwsze pierwotniaki pojawiły się na Ziemi dopiero przed 700 mln lat. Te jednokomórkowe organizmy eukariotyczne najpierw zróżnicowały się, a następnie dały początek zwierzętom, roślinom, grzybom. Szczególna rola przypadałaby dwuwiciowym wiciowcom, należącym do taksonu neozoa. Po zróżnicowaniu, które zaszło na poziomie komórkowym, dalsze procesy powstawania organizmów wielokomórkowych (tkankowych), przebiegały już w sposób całkowicie wzajemnie niezależny. T. Cavalier-Smith, Neomonada and the origin of animals and fungi, [w:] Evolutionary Relationship..., s. 375-408.

128L. Kuźnicki, P. L. Walne, Protistan evolution and phylogeny: Current Controversies, „Acta Protozoologica” 32, 1993, s. 135-140.

129L. Kuźnicki, Problemy eukariogenezy w świetle badań nad ewolucją i filogenezą pierwotniaków, „Studia Philosophiae Christianae ATK” 32, 1996, s. 55-72; L. Kuźnicki, Ewolucja pierwotniaków – więcej pytań niż odpowiedzi, „Kosmos” 49, 2000, s. 507-512.

130L. Kuźnicki, 4. Prokaryota i Eukaryota – ewolucja systemów komórkowych, [w:] Podstawy cytofizjologii, red. J. Kawiak et al., Warszawa 1992. Wydanie V (poprawione) Warszawa 1998, s. 50-57.

131L. Kuźnicki, Protozoologia i protozoolodzy z perspektywy rozwoju megasystematyki, „Kosmos” 49, 2000, s. 513-521.

132Rozprawa – Badania szaty roślinnej prowadzone w ośrodkach Wileńskim i Krzemienieckim (1781-1840). Docent Wanda Grębecka pracuje w Instytucie Historii Nauki PAN.

133Dr Marcin Ryszkiewicz pracuje w Muzeum Ziemi PAN w Warszawie. Tytuł rozprawy – Historyczne źródła hipotezy Gai i zasady antropicznej (1989).




My very personal relationship with the Nencki Institute

by Gerta Vrbova

From 1950 until 1958, I was a member of staff of the Institute of Physiology of the Czechoslovak Academy of Sciences and worked in Dr. Ernest Gutmanns’ group. Being part of the Eastern block countries, we tended to have closer contacts with scientific institutions of the Eastern block, than with scientists from the West. I worked on muscle and control of movement and this topic was closely related to some very ingenious experimental work carried out during this time in the Nencki Institute by Konorski’s group (Afelt Z., Jankowska E., Górska T., and Kozak W). Some members of our group (Gutmann E. and Zelena J.) also worked on nerve regeneration, and developed collaborative work with Dr. Lubińska at the Nenski Institute. It was for these reasons that our scientific contact and many long lasting friendships developed with the scientists of the Nencki Institute. During those years, members of our Institutes attended several joint meetings and visited one another’s laboratories. In September 1958, the Polish Academy of Sciences organized a meeting in Osieczna, and invited several members to participate from Gutmann’s group, including myself (the program of the meeting is attached). The timing of the meeting in Osieczna coincided with my urgent personal need to escape together with my two daughters, aged four and six, from communist Czechoslovakia, and I devised a plan how to accomplish this. I was lucky, and my escape succeeded, but before I go into detail, I must emphasize that without the help from my colleagues at the Nencki Institue, I would not have been able to accomplish my plan.

The plan

At the beginning of September 1958, when I got my passport for my trip to Poland, and the return train tickets from Prague to Warsaw, I discovered that apart of the usual details about my date of birth, colour of eyes etc, the wording of my exit visa on the third page of my passport caught my eye. It stated that I could go to Poland, and return back to Czechoslovakia through any country in Europe. This meant that I could have a stop-over wherever I wanted and not return at all. But the passport was still in my name only, and was not valid for my two daughters. Thus, in spite of this promising wording on the Exit Visa, the problem as to how to get my children out of Czechoslovakia was still unsolved. Still, some very exciting ideas about possible ways of leaving Prague and moving to England with my children were constantly occupying my mind, and in fact were preventing me from thinking my scientific thoughts about work. I kept very quiet about it all and didn’t talk to anyone about my schemes.

A photograph of myself and my technician Hanka Karouskova operating on a rabbit in the operating room of the Institute of Physiology of the CSASc. in Dejvice in 1957.

Myself and my technician Hanka Karouskova operating on a rabbit in the operating room of the Institute of Physiology of the CSASc in Dejvice in 1957.

Before departing to Poland to attend the meeting, I took my two daughters Helena and Zuza to their childminder, Tetinka (auntie) and said that I would return in a week, or perhaps sooner. It was hard leaving the children and I kept hugging them, and talking to them. Helenka had just learned a new song about a swallow who realized that it is the end of the summer and it will have to migrate south, but was sad to fly into the unknown. I asked her to sing it for us, and I thought it was really appropriate for the occasion. Finally, I managed to tear myself away from them and left to pack my suitcase. Though, I didn’t know why I had a premonition that this would be the last time I would leave my daughters in this little flat with tetinka in charge.

With my suitcase packed, I took the tram to the main Railway station and joined the other members of our delegation, Ernest Gutmann, Pavel Hnik and Radan Beranek. All of us boarded the train to Warsaw. My colleagues were full of enthusiasm and anticipation about the meeting, where many new ideas were to be discussed, but I couldn’t concentrate on anything else apart from hatching a scheme that would enable me to use this opportunity to escape from Czechoslovakia with my children. Yet I knew that I had to pretend to have no other thoughts then about the meeting and the science.

We arrived at Warsaw late at night and we were met by our Polish colleagues most of whom we knew from previous meetings. We were taken to the Nencki Institute and shown to guest rooms where we were to spend the night. The plan was that next morning we would visit the Institute and discuss work that was carried out there. Later, when other colleagues from Russia and Hungary would arrive, we would board a coach and travel to a place called Osieczna, which is about 200 km south west of Warsaw, where the Polish Academy of Science had a special place for conferences. Thus, I had a day in Warsaw. I also had a plan for our escape ready: Provided I could get an air ticket for myself and Helena and Zuza to fly to Prague via Copenhagen, I would smuggle the children to Poland, put their names on my passport and board a plane to Copenhagen. I wasn’t quite sure how I would accomplish this, but it seemed a beginning of a plan. I chose Copenhagen rather than London, for I thought it would be less suspicious. So the following morning after my arrival, I sent a telegram to my fiancé Sidney, in London and asked him to send an airline ticket for Helena Zuza and myself to travel from Warsaw to Prague, via Copenhagen. I gave Sidney a post-restante address in a Warsaw post office, from where I would pick up his reply. I made it clear that I needed the answer by next morning, before departing for Osieczna.

A photograph of Radan Beranek recording single fibre EMG from a forarm muscle of Hanka Karouskova in the electrophysiology laboratory of the Institute of Physiology in Dejvice in 1957 or 1958.

Radan Beranek recording single fibre EMG from a forearm muscle of Hanka Karouskova in the electrophysiology laboratory of the Institute of Physiology in Dejvice in 1957 or 1958.

Next morning, I hurried to the post office. There was a reply from Sidney, letting me know that he arranged for an airline ticket for me, Helena and Zuza to travel from Warsaw to Prague via Copenhagen, to be collected from the SAS office in Warsaw. I was beside myself with joy, but also apprehension, for the task of achieving our escape seemed just too great and too dangerous. Still the first step had been taken.

Recruiting Andrzej Zbrożyna

Later that morning, all the participants of the meeting boarded a coach and we travelled to Osieczna. Throughout the journey I was planning my escape, and while doing so, I realized that I would need some help in Poland to carry it out. This meant that I had to confide in someone; and that was dangerous not only for me, but also for the person I would tell of my plan. I knew several of my Polish colleagues from the Nencki Institute, and I had to make up my mind who I should talk to and trust. I decided to discuss my plan with Andrzej, for I had met him at a previous meeting that was held in the Tatra Mountains and we had a long walk together during which we discussed our personal problems. Andrzej also knew Sidney and was aware of our romantic involvement. Indeed, last May he made arrangements for us to meet at the Slovak-Polish border in Zakopane, where Sidney and I spent a wonderful holiday in the house of an old peasant woman who took care of us. I was convinced that I could trust him, but I didn’st anticipate the extent of the help he would offer me.

The house of the Academy in Osieczna was delightful (see photograph bellow). It was in a deep forest next to a large lake. When we arrived it was late afternoon, but the air was still warm and balmy and one of our Polish colleagues, Elszka suggested that we should go for a swim in the lake before dinner. A few of us took our swimming costumes and hurried to the lake. We waded in through the muddy bank and the water was soft as silk and warm. I swam with Elszka, and for me the swim was important, it cleared my head and I could concentrate better on what to do next. On my way out of the water, I brushed my leg against a tree branch and cut the skin on my left calf. The wound was not deep, but it bled a lot. Someone offered me a plaster and I used it to cover the cut. I was worried that my injury will interfere with my plans. But then I thought that my injury may come in handy and provide me with an excuse if I had to be absent from the meeting.

A photograph of the house of the Polish Academy of Science where the meeting in 1958 was held

A photograph of the house of the Polish Academy of Sciences where the meeting in 1958 was held.

The meeting started next morning. The lecture theatre was pleasant; there were about 30 of us sitting there. I was sitting next to a young Russian scientist (Kostjuk). I pretended to listen attentively to the talks, but I was unable to concentrate. Fortunately, my Russian neighbour produced a box of chocolates, opened it and offered me some. Eating chocolates calmed me a bit, and to my Russian colleague’s great surprise, I soon ate all the chocolates in the box. He must have thought me really greedy! I managed to sit through the morning session, but by lunch I felt I had to talk to Andrzej and ask for his advice. Lunch was served in a great hall, with several large tables and chairs. I made sure that I sat next to Andrzej. While having lunch, I asked him: ‘Would you come for a short walk with me after lunch?’s He looked puzzled and a little curious, and in his usual pleasant manner replied: ‘But of course, with pleasure’. So just before lunch ended we sneaked out of the dining room and headed to the woods. I didn’t know how to start, but Andrej made it easy for me and asked: ‘What is troubling you?’ I explained: ‘Andrzej, as you well know, Sidney and I have been in love for two years now, and we would like to live together. I tried to get out of Czechoslovakia to join him with the children first by booking a holiday for us in Yugoslavia, then I tried the Baltic resorts in East Germany, but I could not get permission to leave Czechoslovakia with the children. The authorities knew about my relationship with Sidney, I could not get permission to marry him or to leave the country to be together with him. I was being watched by the secret police, and my letters were censored. I am frightened. Having a close friend from England is dangerous. My position will become even worse, for I know that the children’s father, Rudi is also planning to leave, and with him abroad in the West it will be impossible for me to get away with the children, and I cannot live without them. From my war-time experience I have learned that nothing is impossible, and that crossing borders illegally is not hard at all. So I made a plan, and I would like to know what you think about it. I could go back to Prague illegally without having my passport stamped and without the authorities knowing that I am back. Then I would pick up my children in Prague and bring them back here to Poland, across the Karkonosze Mountains. I could take them to the top of Snieżka by cable car and then walk them down the mountain to Karpacz Górny, near Jelenia Góra. That is downhill, all the way, and we could manage it. Sidney is sending me air tickets to travel from Warsaw via Copenhagen to Prague. We would take a plane to Copenhagen from Warsaw, but of course we would stay in Copenhagen and not return to Prague. What do you think about this plan?’ From behind his thick glasses Andrzej stared at me with amazement. It was at this stage that I realized how unrealistic and hazardous my plan was. Andrzej asked: ‘Gerta, and how will you get the children’s names entered in your passport?’ ‘Perhaps I will just enter their names into my passport myself’, I replied. ‘I lived on forged documents for years during the war, I am sure this can not be too difficult. Also Poland has a much more liberal administration since Gomulka took over power, so perhaps the people that check passports at the border will not look too closely.’ Andrzej took my hand and turned me around to face him: ’You are really serious about this? But if you leave the meeting here people would report it and it will not take long for the authorities to find a Czechoslovak national travelling alone around Poland. I think this plan is impossible.’ I replied: ’Yesterday, coming out of the lake I scraped my leg, not deliberately, but the injury may be useful and I can use it as an excuse to leave the meeting and say that I need to have my infected wound seen to in a clinic possibly in Warsaw. I think this will delay any report that I left the meeting for some other reason. I can write to and keep in touch with the meeting organisers, even send them a report from a clinic I attend.’ Andrzej sighed, and said: ‘I can see that you are determined, and will not change your mind. But wait till tomorrow and I may come up with some ideas of how to help you. I don’t think you can pull it off without help.’ After that we returned to the meeting.

A photograph of Sidney Hilton in the Nencki Institute in 1957.

This is Sidney Hilton (in the middle) in the Nencki Institute in 1957. On his left Stefan Sołtysik, on his right Włodzimierz Kozak.

During dinner I was sitting at a table with my Czech colleagues. I felt that I had to tell Ernest Gutmann of my intentions, and find out what he thought. Not only because I knew that he would miss me, and I too would find it difficult to be separated from him, but I also wanted to find out whether he was prepared to take the risks to his career and freedom that were connected with my escape. I knew that if my plans succeed the authorities would blame him for not being vigilant and allowing me to disappear to the West, and if I was to be caught he would suffer with me whatever charges, and punishments I would have to face. Thus I had to see him on my own and tell him of my intention to escape.

After dinner, I asked Ernest whether he would like to come for a walk with me and discuss the talk I was to give the next day. I think Ernest knew me well enough to feel that something was troubling me and probably guessed that I had some problems unrelated to my talk. I couldn’t talk to him or anyone else inside the building, for I was certain that the rooms were bugged. We went out into the warm evening and walked in the forest. It was Ernest who started the conversation: ‘Gerta, what is worrying you? You seem so tense, what is the matter?’ He looked so puzzled, his blue eyes behind his thick rimmed glasses showing fear and concern. ‘Ernest,’ I replied, ‘I have decided to escape from Poland to England and I have a plan how to bring the children with me.’ Then I told him what I intended to do. He didn’t immediately question my plan, but was worried about my decision to go and live with Sidney. ‘Are you sure you want to live with Sidney and bring the children to live with him too?’ I was surprised at the question and replied: ‘Ernest, you know I am madly in love with Sidney, and we have been going out together for two years, so why are you worried?’ ‘I am not sure that Sidney is the good person you believe he is, and I don’t think he will be a good father to your children. You are too blinded by your emotions, but I have been observing him, and I don’t trust him. You are taking incredible risks escaping from Czechoslovakia, and even if you succeed with your plan, there is no way back for you if things don’t work out between you Sidney and the children. It may appear to you that I am pointing these things out to keep you in Czechoslovakia and in the group, near to me; because we need you and you contribute a lot to the work. Also for me, you are such a dear close friend and I will miss our friendship. But this is not why I am warning you. I am really concerned for you and the children. You had a tough time, and Rudi was not an easy partner, or father. I am not sure that Sidney will be a good husband to you and a caring father to Helenka and Zuzka, and it is too much to take such horrendous risks for yourself and the children to be with him.’ I was so astonished by this conversation that I just blurted out: ‘Why didn’t you tell me this earlier?’ Ernest was silent and then said: ‘I didn’t think that you will be able to leave in a hurry, and hoped that given time you will find out for yourself that Sidney does not deserve you. But now that you have made up your mind, Gerta I will support you and do whatever I can to help you to succeed with this crazy plan of yours. Just let me know what I can do.’ ‘Ernest, there is one thing I would like you to promise me.’ I said this with great trepidation, ‘In case I do not succeed, and get caught while trying to escape and would then be put to prison, or even worse, executed, will you please help to look after my daughters and make sure that they do not suffer too much.’ I could hardly bear to think about this possibility, yet I wanted to make sure that my friends and people I trust would be in charge of my children. Their father would probably not be in Czechoslovakia, so I had to involve friends. When I returned to Prague I would also ask the same thing of my friend Hanka.

A photograph of Ernest Gutmann (on the left) and Sidney Hilton in the Jizera mountains in fifties

Ernest Gutmann and Sidney Hilton in the Jizera mountains in fifties.

Ernest and I didn’t want to stay out too long, so we returned back to the building and mixed with other colleagues. A telegram was waiting for me. It said: You have all my love, Sidney. Had I needed any encouragement for my crazy plan this was it.

Fetching my children from Prague

Back in my room, I packed my bag and gave it to Andrzej to ask someone to take it to Warsaw. Next morning very early, Andrzej and I left the house in Osieczna. I left a note that I had to see a doctor, because my leg was infected and very painful, and that I would return as soon as it had been seen to. Andrzej checked the train time table and we went to the railway station and took the earliest possible train to Jelenia Góra in the Karkonosze Mountains. From there we planned to climb to the top of a mountain called Snieżka, where it was easy to cross to the Czech side. I would take a cable car down to a place called Pec, and from there a coach to Prague. Andrzej was to come with me to the top and then I will be on my own crossing the border and going home to Prague. Andrzej would return to the Polish side and stay in a camp site in Karpacz Górny.

We arrived to Jelenia Góra before lunch, took a coach to Karpacz Górny and had enough time to reach the top of Snieżka by light, but we had to hurry. We bought some ham rolls and a bottle of water at a small café in Karpacz Górny, and took this with us to eat during our walk up the mountain. To reach the top in daylight we had to walk quite fast. It was a lovely sunny day, and the climb took hours. By the time we reached the top I was very tired. We had a look around the mountain top, entered the lookout tower where both Czech and Polish tourists could enjoy the view. After a brief inspection, we found a place where Andrzej could wait for us without being too conspicuous. I was careful to memorize the spot, for I didn’t want to have to search for Andrzej on my return with the children. Andrzej and I arranged to meet either the next day, but more likely the day after, for I needed to prepare for the journey. It was a lovely afternoon, there were many tourists walking on the top of the mountain around the lookout tower, and there was no problem crossing to the Czech side of the mountain and getting on the chair lift down to Pec.

I arrived at Pec and got the next coach to Prague. It was getting dark when I arrived at Prague, and I knew I would be too late to pick up the children from tetinka and bring them home. Also the next day, I wanted to be free to meet my friend Hanka and say goodbye.

From the coach station in Prague, I went straight back to my flat in Dejvice, and wanted to make some preparations for my final departure from Prague. I let myself into the empty flat. Without the children it felt very lonely. It felt strange being back, and knowing that this is the last time I would see my home that I had put together with so much effort. I went into my bedroom and sat down behind my desk and switched on the lamp I bought just a few weeks ago. I wished I could take it with me, it was really beautiful. And then there was the Indian silk carpet that my uncle Arnold gave me as a wedding present and the peacocks in it were coloured by different shades of the most brilliant turquoise. Well I had to say goodbye to these few objects I liked, and resign myself never to see them again. But then during the war, I was so used to leaving things behind never to see them again so that this did not concern me too much. I was though deeply worried about the terrible risks I was taking that involved the safety of my children.

I was exhausted by the trip, the crossing of the border and the nervous tension I felt all the time; yet I was convinced that I was doing the right thing for the children and myself.

Looking back on it I am amazed at my recklessness and audacity. If there is anything I am ashamed of in my life it is this decision to expose my children to such terrible danger. Somehow at the time it looked different.

I went to bed and fell into a deep sleep. I woke early next morning. The weather suddenly changed and it was a dull and cloudy day, not good to go walking in the mountains. I took out my documents and put my medical degree certificate, and other official papers related to my divorce, that I thought I might need, into a folder. I looked through my photo album, removed a photo of my parents and some pictures of the children and put them into an envelope. I went to the post office and phoned my friend Hanka at the Institute, asking her to meet me for lunch. I had some time left, and spent it walking the streets of Prague, saying goodbye to my city.

Hanka and I met in a little cafe near my flat. She came on time and I was glad to see her. To me on that day she looked even prettier then usual. She wore her simple shabby raincoat with grace and elegance as she walked towards me. Her calm brown eyes looked at me with some surprise: ‘How come you are back? The meeting has not finished yet and all the others are still in Poland.’ I realized she guessed that I came to pick up the children. I explained my plan to her, and I was grateful to her for not telling me that it was impossible and far too dangerous to succeed. Then I told her that I would like her to have my new camera, to take photos with it of our friends and her family, and send them to me to wherever I will be. Finally, I came to the main point of our meeting. I took out a piece of typed paper that I prepared in the morning, which stated that if anything would happen to me, I entrusted the care of my children to her and handed it to her. ‘Would you do this for me, Hanka?’ I asked. ‘Ernest will help financially, but I would like the children to be with you if I was arrested, or worse.’ She promised to do her best, in case anything went wrong, but to my surprise she said with great confidence: ‘I know your plan will succeed, and we will not have to resort to this.’ Then she added: ‘If you succeed, I do want to meet you, and we can always find some corner of the world where we can secretly meet. Don’t forget, our friendship is for life, we can’t stop now.’ Her optimism and trust in our relationship gave me much courage. ‘Do you think that you will have a lot of trouble from the authorities when I disappear to the west?’ To this she shrugged her shoulders and said: ‘I will manage.’ We sat together for a while remembering many of the experiences we shared, holidays, visits to the theatre and other good things we enjoyed. Finally, we got up, embraced and left the cafe.

It was now early afternoon, and I wanted to be with my children very badly. I walked the short distance to tetinka’s flat and rung the bell. She opened the door and with a happy smile let me in. Both my girls were playing in the sitting room, and when they saw me dashed to hug me. I never stopped marvelling at Helena’s beauty. Her dark blue eyes examined the world with a shy and rather vulnerable expression, and her whole being was so gentle and quiet, while Zuza was mischievous and confident. No one expected me to be back so soon, and it was wonderful to have such a warm welcome. Tetinka asked why I came home earlier, and I said that the meeting was not that interesting, and I missed the children too much, so I had decided to return home. Helena was to start school next week, and was very excited about it, and Zuza was to continue to spend her time with tetinka. I told tetinka that I wanted to spend a few days in the mountains with the children, a last vacation before Helena was to start school. ‘I hope the weather will improve’, commented tetinka. With that she turned and packed the few things the children took with them when they went to stay with tetinka. I helped the children to put on their raincoats and outdoor shoes, the children gave a tetinka a big hug and kiss, and said they will see her in 3 days. I had to hide my embarrassment and keep a straight face for I knew that we might never see tetinka again. I felt terribly guilty, for tetinka loved my children and it would cause her much pain to lose them. But there was nothing I could do to explain how things were and what I was planning. Even afterwards, I wasn’t sure whether I would ever be able to explain to her why I inflicted this pain on her. This was indeed the last time we saw her, but we haven’t forgotten her for she played such an important role in our lives.

And so we left Tetinka’s flat and went home for the last time. I explained to my daughters that tomorrow we must get up early, because we were going to go for a long walk in the mountains. I took the backpack out of the cupboard, and packed some essential things for the children; a change of clothes, shoes, 2 light coats. I put the documents and photographs I had selected earlier into the backpack, and there was no room for anything else. Then I made up the beds, the children changed into their pyjamas, Helena took her elephant with the torn ear, and was getting ready to go to bed, and Zuza had a little piece of nylon material torn from one of my old knickers that she had to handle before going to sleep. I read a bedtime story and the children were ready to go to sleep.

In my room, I rummaged through my papers, re-read some of the many love letters Sidney wrote to me over the past 2 years. I thought of our future life when we finally would be together, as I then thought forever. My children will have a better family, and I believed a caring loving stepfather. I would make up to them for all the losses they suffered by leaving tetinka and their friends behind, and hopefully their own father will find us. Also their future should be brighter in the west, where there would be so many more opportunities for them. In short, I tried to convince myself that I was doing the right thing, taking them away in a most risky enterprise that could have disastrous consequences. I went to their bedroom, the night light dimly illuminated Helena with her thumb in her mouth and the elephant in her arms, and Zuza clutching the piece of nylon material in her hand and breathing calmly.

I sat down on one of the two low chairs held my head in my hands and cried. What will become of us, what does the future hold for us? I wished I could tell.

Finally, there was no point tormenting myself with these questions, I went into my room, tidied up all the papers for the secret police to find, set my alarm clock, so we would catch the earliest possible coach to Pec, and I went to bed.

Early next morning, I woke my daughters and we dressed, had a quick breakfast and set off for the coach station. When we were on our way, Helena suddenly stopped and said: ‘We have to go back, I left my elephant behind’. I explained to her that we had no time to turn back and promised to get her an elephant later. We reached the coach station in good time and got seats on the coach. The children now started to enjoy the trip, and asked where would we be walking, and whether we would be meeting some friends.

Crossing the border to Poland

We arrived to Pec, just before lunch. There was a small restaurant near the coach station where we had some lunch. I was so nervous, couldn’t eat anything, but Helena who always liked her food, had a good meal, some meat, red cabbage and really nice dumplings. Zuza, as usual, just picked at the food put in front of her, and said she wasn’t hungry. I think she was apprehensive, and felt that something unusual was happening, but she didn’t say anything.

As we walked towards the bottom of the cable car it started to rain. This was bad news; for the chair lift that would take us from the top of the cable car to the top of the mountain was often stopped in bad weather. I hoped that we reach it before the weather got really bad. When we got to the cable car, we were told that the chair lift was still operating, but might be closed down soon. There were few tourists taking the cable car, and I with two small children looked quite conspicuous. But we got a lot of praise from our few fellow tourists for being really tough. Fortunately, we had quite good rainproof clothes and shoes.

When we reached the top of the cable car the chair lift was still operating, but Zuza didn’t want to sit down on the seat. There were two seats next to each other and when Helena saw that Zuza refused to sit down next to her she helpfully offered: ‘I will go on my own, and you Zuza can sit on the other chair next to mum’. So Helena sat in front of me and Zuza next to me on the chair lift, so I could put my arm around Zuza’s shoulders to try and stop her from being frightened. There was a strong wind blowing the rain into our faces, and in spite of my efforts to calm her down, Zuza was crying and shouting that she was frightened. Finally, we arrived to the top and were helped down from the chairs by a very friendly attendant. The top of the mountain looked quite different from what it looked like two days ago, when it was bathed in wonderful sunshine. It was very misty and foggy, and the visibility was poor. Still, I hoped I will be able to find Andrzej at the place we arranged to meet. We entered the lookout tower and exited on the Polish side. Nobody, noticed, no one was looking in the pouring rain. ‘We can’t see any view’, complained Zuza, ‘It is so misty and wet’. She was right, but to my great relief I spotted Andrzej waiting for us at the agreed place. I quickly introduced him to the children, and we set off straight away downhill. The path was muddy and slippery, and we held the children by the hand. The rain made the walking unpleasant and the slippery path uncomfortable. Helena, quite sensibly, kept asking: ‘Mummy, why aren’t we going home? This is not a nice trip.’ I thought that at this stage I couldn’t answer that question, and felt ashamed. Zuza seemed to enjoy the walking even on slippery ground, after the frightening experience with the chair lift. I could understand her; there was a romantic beauty in the misty mountain, with the still vivid colours of the summer leaves and trees. How symbolic, the heavy rain heralded the end of the summer and the end of our life in Czechoslovakia. Only we didn’t know what to expect next.

Andrzej was determined to get us down the mountain as fast as possible, and he walked at a brisk pace. Helena was getting very tired, and complained that she could not walk any more, while Zuza carried on. Finally, Andrzej took pity of Helena and carried her. After a while I took over and we shared carrying her. Soon the enjoyment of being in the mountains faded away and we just carried on walking as fast as we could. We had to reach the coach in Karpacz Górny that would take us to the railway station in Jelenia Góra, before it got dark and in time to catch the evening train to Warsaw. So we marched on, in the pouring rain. Zuza was very brave, and walked unaided for the whole of the 6 hours it took us to reach the coach station in Karpacz Górny. I didn’t realize the trip would be so strenuous, and without Andrzej’s help I could have never accomplished it. Next to the coach station in Karpacz Górny, there was a small café, and we went in to get out of the rain. Before anything else, I took the wet clothes and shoes off my children and changed them into dry ones, which I had taken with me in the back pack. Once the children were dry and warm, they became interested in what was available in the café and noticed some very enticing cakes. Very politely, but in Czech they asked whether they could have some. Andrzej and I were frightened that someone may have heard them talking Czech, and we were delighted that the coach arrived and we had to board it. I promised the children cakes in Jelenia Góra.

Finally, we reached Jelenia Góra. We went to the station and Andrzej went to enquire about the train’s departure time and bought our tickets. We had about one hour to spare and went to the restaurant in a hotel that was opposite the station. We ordered hot soup and cakes. The refreshments helped, and by the time we were to board the train we were feeling better. It was now getting dark and time to board the train.

Andrzej did all the talking, and asking questions about the journey, and the three of us just followed. We had to be quiet, for it would have been dangerous if someone had noticed that we were Czech. It was difficult to persuade the children not to ask questions, but they were too tired to be too interested. Andrzej found us a compartment that was empty, and we could settle down there. On either side of the compartment there were wooden benches long enough for Helena and Zuza to lie down, and leave enough room for Andrzej and me to sit down by the window. My anorak was dry by now and I covered Helena with it, and Zuza was covered by Helena’s and her own anorak. The compartment was cosy and warm, and we were relieved when the train started to move and left the station. We switched off the lights and tried to sleep.

The most dangerous part of our crossing was over, and we thought that the further we were from the border the safer we would be. All of us were exhausted, the children soon fell asleep, but I was too nervous to sleep. I think this was also true of Andrzej, for he too was awake for a long time. Just as I was dozing off, the door of our compartment opened, and in the light that filtered into the compartment from the well lit corridor, we could see a man entering our compartment. Andrzej was wide awake, and I realized that he was frightened. Like me, he thought that somebody had spotted us, and had followed us and that we would be arrested. But the man just stood in the door, took in the scene with the sleeping children and us squeezed at the end of the seat, apologized, walked out and closed the door behind him. After this shock both Andrzej and I went to sleep.

I woke up just before the train pulled into Warsaw’s central station, and started to worry about the next steps of my plan. Both, Helena and Zuza were still asleep, but Andrzej was awake. Talking in a very low voice I asked Andrzej: ‘ Where will we go when we arrive to Warsaw?’ ‘We can not go into a hotel that would be too dangerous’, Andrzej had it all worked out: ‘My sister in law is a sculptress, she has a large atelier, where she works, and you and the children can stay there. I asked her permission, and she agreed. I will bring some sleeping bags for the 3 of you and you can stay there until you leave.’

Suddenly the list of errands I would have to make in Warsaw to arrange the next steps of our escape seemed enormous, and with the children with me I was worried that I would not be able to manage. But there was no going back, and I had to work things out as best as I could. I knew that I would need much help from Andrzej and my Polish colleagues.

Two days in Warsaw

We arrived to Warsaw on a grey, misty morning, and the city seemed very alien to me. The children were excited and pleased to finally get off the train, and walk the streets of a new place that they didn’t know. Andrzej got us tickets and we took a tram that took us to a block of houses, where Barbara, Andrzej’s sister in law, had her atelier. We were very disappointed when we found that Barbara wasn’t there. Fortunately, Andzrej had a reserve plan. His brother Jacek had a flat nearby and he agreed that we could come and stay there during the day. He also promised to look after the children while Andrzej and I will go on our errands to arrange our departure.

Our first job was to pick up the air tickets from the SAS head office and book the flight to Copenhagen. The next task will be to forge my passport and enter the children’s names in it. For that we needed the right coloured ink and an ink eraser. Then I will have to go to the Danish consulate and get a transit visa to travel from Warsaw to Prague through Copenhagen. I was anxious to complete all these arrangements on the same day, for the longer we were hanging around in Warsaw the more dangerous it will be for us.

As soon as Jacek, Andrzejs’ brother took the children to the playground Andrzej, and I went to the SAS head office in the centre of Warsaw. The tickets were waiting for us, and I booked a flight for Copenhagen for next day, which departed late morning. We got ink, pens and eraser and went to Andrzejs’ office at the Nencki Institute, where we set about forging my passport. All the details in my passport were entered in Czech, as well as Russian. We had to painstakingly copy each individual letter from the existing text in Czech and Russian to enter the names of Helena and Zuzana in the appropriate script in my passport. Then we had to use the eraser to remove a line and replace it by: ‘and two children’, at the right place of the Exit Visa. It was a rather bad forgery, but neither Andrzej nor I were experts. When my passport was altered, I set off to the Danish Consulate with my passport and the air tickets, and Andrzej went to Jaczeks’ flat to help with the children. Later, I learned that Jacek reported that they were squabbling and he had difficulties in communicating with them, but at the time I didn’t know about this and concentrated on the next step of the mission, i.e. getting the Danish visa.

This next phase of our escape was the most dangerous, because now that my passport was forged there was no way I could talk my way out of the situation. I arrived to the Danish consulate just before closing time and I was the only applicant for a visa. A friendly young man took my passport, and thought that it was unusual to travel from Warsaw through Copenhagen to Prague. I explained that I always wanted to see Copenhagen, particularly the mermaid, and that 24 hours is better then nothing. He smiled pleasantly, and asked me to wait while he has to phone the Czechoslovak Embassy to make sure that my passport was valid for travelling through Denmark. At that moment I nearly fainted, and it took all my willpower to appear calm. I listened to the telephone conversation, but wasn’t sure what the answer was, until the young Dane put the phone down, smiled at me and said that everything was OK. He then stamped the visa into my passport allowing me to stay in Denmark for 24 hours. I was shaking all over when I walked out of the Danish Consulate, but I had my passport with the children’s names on it and a Danish visa.

I made my way back to the flat where we were staying and couldn’t wait to see the children. They were with Jacek waiting for me, and missing me. Andrzej was out getting our sleeping bags and some supper. I told Jacek and the children that we were leaving the next day and would be flying to Copenhagen. The children have never travelled on a plane and hearing about flying to Copenhagen was wonderful news.

Andrzej returned and brought us some sandwiches, sleeping bags and some news. ‘The meeting in Osieczna finished today,’ he said. ‘Everyone accepted that your leg needed to be treated and no one reported you missing.’ This was a great relief. Then he continued: ‘Gerta, some members of the Konorski’s team would like to come and see you off at the airport. They think that it will be less dangerous for you if you are seen off as an official guest of the Academy by your colleagues. I think they are right.’ I wasn’t so sure: ‘What if someone will report me to the secret service?’ I asked. Now that several people knew about my plan I was worried. Andrzej looked offended: ‘No Polish colleague would do such a thing.’ He replied. I felt embarrassed, and wished I could say the same about my Czech colleagues, about whose honesty and loyalty I was not so sure. Then we ate our supper, and I repacked our things and put all our possessions in the one suitcase I brought with me from Prague. I didn’t want to take the backpack with me to the airport, which I thought might look suspicious. I had had a long day and was exhausted. I tucked the children into their respective sleeping bags, Andrzej went home and I crawled into my sleeping bag and fell asleep.

Boarding the plane to Copenhagen

I woke up to become aware that to day is the decisive day when the success of all my efforts will be tested. I exposed my family to so much danger and today I will know whether my plan worked. If so, I should be in Denmark by this afternoon and start a different life. But we still had to get through this morning.

A photograph of me Helena and Zuza in Buchthal's lab., Copenhagen, shortly after our arrival.

This is me, Helena and Zuza in Buchthal's lab., Copenhagen, shortly after our arrival.

Helena was the first to open her large blue eyes and looked around the strange room. I went to her, gave her a hug and was so pleased to feel the warmth of her body against my skin. I so much wished that I was guiding her to a better life, but only future years could tell that. Zuza was still asleep, so I used the time just to lie close to Helena and enjoy the intimate closeness between us, her soft arms around my neck. Finally, Zuza too opened her eyes, and I went to give her a cuddle. ‘Time for breakfast’, Helena said and climbed out of her sleeping bag. We washed and dressed and had something to eat. Then I completed the packing, folded the sleeping bags, and sat down with the children to play some games. We were ready to leave when Andrzej arrived to take us to the airport. The children were excited about travelling on an aeroplane, but my legs felt like jelly at the prospect of using the forged passport to get across passport control. My only hope was that Poland’s new administrators installed by Gomulka, may not try hard to be efficient about some Czechoslovak mother leaving Poland with her children.

We arrived at the airport about one hour before the plane was to depart. To my great surprise some of my colleagues from the Nencki Institute were already there waiting for us with flowers and small presents for the children. I was moved to tears at the risk they took, but it calmed me down and helped me to face the official who checked my passport. He was friendly, smiled at the children and said: ‘It is nice to see someone who travels with children, we hardly ever see any children travelling with their parents’. This was a really surprising comment, but pleased me no end. He hardly looked at my passport, but was looking at my colleagues, who kept hugging me and the children and bidding us a very emotional farewell. Thus, we passed the passport control without any difficulty and found ourselves in the departure lounge. After a short while our flight was called and the three of us went towards the SAS plane, which was already boarding. We reached the bottom of the steps and to my surprise a very morose person in uniform was checking passports of all the passengers. I handed him my passport, and he started to examine it. Without any encouragement the children ran up the stairs into the plane and excitedly shouted: ‘Mummy, this is so smart and wonderful, come and have a look’. The man tried to call the children back, and they descended a few steps towards me. I couldn’t allow this to happen, and quickly, pulled the passport from the man’s hand and said: ‘I have to look after the children’, and dashed up the stairs into the aircraft, which was Scandinavian territory and where we were safe.

We finally settled in England, and I worked first in Birmingham and then in London at UCL.

My next contact with the Nencki Institute

Almost 30 years after the Osieczna meeting and my last contact with the Nencki Institute, on the 13th of April 1987, a young woman alighted at the doorsteps of my laboratory at University College London, and told me that she would be interested in working with me and my colleagues for our scientific interests were similar to hers. I liked her immediately and told her that she was welcome to work with us. During this first visit Urszula Slawinska, stayed with us for 3 months and our long lasting friendship and collaboration started. Since then we enjoyed a very fruitful collaboration and more than that Urszula became my scientific daughter, and member of our family. Through my contact with Ula, I visited the Nencki Institute several times, and met many of the young people who continue the tradition of high quality research and pursue original ideas.

A photograph of me with Ula Sławińska during First International Meeting of the Polish Neuroscience Society in 1993, Warsaw.

With Ula Sławińska during First International Meeting of the Polish Neuroscience Society in 1993, Warsaw.

My relationship with the Nencki Institute illustrates that being part of a scientific community is more then academic pursuit of knowledge. It is often forgotten that in addition of trying to solve natures’ problems we scientists are human beings with deep feelings and passions, which are an integral part of our creativity.


April 2008

Appendix:

Scientific program at Osieczna 1958

I. Physiological mechanisms of defensive and alimentary conditioned reflexes
E. A. Asratyan. Some questions relating to elaboration of conditioned-reflexes and formation of their properties.
W. Wyrwicka. The problem of mechanism of the alimentary conditioned reflex type II.
M.E. Varga. Some peculiarities of the motor conditioned reflexes.
Z. Afelt. Inhibition of delay in conditioned reflexes type II.
S. Sołtysik. On the intercentral connections in the reflex arc of the alimentary conditioned reflexes.
E. Jankowska, S. Sołtysik. Motor conditioned reflexes elaborated from unconditioned motor reflexes due to food reinforcement.
I. Lat. On the importance of different analyzers for the elaboration of conditioned motor reflexes.
B. I. Pakovich. Concerning conditions for the formation of defensive-motor conditioned reflexes.
E. Fonberg. On defensive conditioned reflexes type II.
W. W. Wyrwicka. The problem of "switching" in conditioned reflexes type II.
Y. M. Pressman. Interaction of inhibitor and positive conditioned motor reflexes in microintervals of time.
B. Zernicki. Elaboration and mutual relations between alimentary and water instrumental conditioned reflexes type II in dogs.
G. Sakhiulina. Modifications in the EEG of dogs as a result of shifting the point of application of the unconditioned stimulation in electro-defensive conditioned reflexes.
I. A. Bulygin. Concerning the mechanisms of effect on motor apparatus from interceptors.
M. I. Struchkov. Food as a conditioned stimulus for motor and vasomotor conditioned reflexes.

II. Importance of afferentation for motor activity in animals
E. Gutmann, P. Hnik, G. Vrbova. The nervous regulation of muscle metabolism from the point of view of afferent signalization.
R. Beranek, E. Gutmann. The effect of nociceptive stimulation on regenerative processes in the peripheral nerve.
P. Hnik. Motor function changes following deafferentiation.
E. Jankowska. The effect of deafferentiation of the limb on motor conditioned reflexes type II in cats and rats.
E. Jankowska, T. Górska. Elaboration of a scratch conditioned reflex of a deafferentiated limb in cats and rats.
E. Gutmann, G. Vrbova. On the importance of different analyzers for the elaboration of conditioned motor reflexes.
E. Gutmann, G. Vrbova. A study of conditioned motor "fall" reflexes.

III. Effect of brain destructions on motor conditioned reflexes
I. Stępień, L. Stępień, J. Konorski. The effects of the ablation of various parts of the sensory-motor cortex on conditioned reflexes type II in dogs.
E. Jankowska. The effect of unilateral ablations of sensory-motor cortex upon alimentary conditioned reflexes type II.
E. A. Romanowskaya. The effects of destruction and removal of caudatus nucleus on the conditioned reflex activity in rabbits and dogs.
S. Sołtysik. Effects of lesions on the head of caudate nucleus on conditioned reflexes in dogs.
B. Stefantsov. Effects of the sympathetic nervous system in recovery of damaged functions.

IV. Coordination and plasticity of spinal cord motor reflexes
P. Kostyuk. On the cellular mechanisms of spinal coordination of motor reflexes.
N. Shamarina. On the process of reshaping the innervation relations in the lower parts of the central nervous system.
R. Beranek, P. Hnik. On the plasticity of spinal cord synapses.

Zbiór wykładów na Międzynarodowym Sympozjum w Polsce w 1958 roku.
Wydany przez Wydawnictwo Akademii Nauk ZSRR w 1960 roku (in Russian).




Bogusław Żernicki (1931 - 2002)*

Jolanta Zagrodzka i Andrzej Wróbel


Bogusław Żernicki - fot

Bogusław Żernicki

Profesor Bogusław Żernicki urodził się w Dąbrowie Górniczej 10 kwietnia 1931, a dzieciństwo spędził w Warszawie. Już jako uczeń szkoły średniej, zafascynowany lekturami na temat mechanizmów czynności psychicznych, zdecydował poświęcić się pracy naukowej. W 1954 r. ukończył Wydział Lekarski Akademii Medycznej w Łodzi, gdzie po wojnie osiedliła się Jego rodzina. Podczas studiów rozpoczął prace doświadczalne pod kierunkiem profesora Jerzego Konorskiego, który reaktywował właśnie w Łodzi, powojenną działalność Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego. Formalnie, jako asystent został zatrudniony w 1953 r. Od tej chwili, nieprzerwanie, całe Jego życie zawodowe związane było z Instytutem, z którym przeniósł się po kilku latach do Warszawy. Tutaj w 1959 r. obronił dysertację doktorską na temat znużalności odruchów warunkowych i bezwarunkowych oraz zdobywał kolejne stopnie naukowe - doktora habilitowanego (1966), profesora nadzwyczajnego (1972) i profesora zwyczajnego (1980). W roku 1991 został członkiem korespondentem Polskiej Akademii Nauk. Był głęboko oddany nauce, ale doceniał urodę wielu dziedzin i aspektów życia. Był, jak sam mówił o sobie, „z wykształcenia lekarzem, z zawodu fizjologiem mózgu, a z zamiłowania psychologiem i filozofem".

Profesor Żernicki przez 27 lat kierował Zakładem Neurofizjologii i jednocześnie prowadził stworzoną przez siebie Pracownię Percepcji Wzrokowej. Do jego największych i najczęściej cytowanych osiągnięć należy odkrycie, że mózg wyższych zwierząt izolowany od bodźców czuciowych (tzw. preparat pretrygeminalny) zachowuje swoje zasadnicze funkcje behawioralne. W ciągu ostatnich lat zajmował się opisaniem percepcyjnych i asocjacyjnych aspektów mechanizmu uczenia się u zwierząt deprywowanych wzrokowo we wczesnym okresie życia. Był autorem ponad 100 prac doświadczalnych dotyczących ośrodkowych mechanizmów warunkowania, właściwości mózgu izolowanego, fizjologii układu wzrokowego i neurofizjologii rozwojowej. Publikował w renomowanych czasopismach specjalistycznych, m.in. w Science, Behavioral Brain Review, Behavioral Neuroscience, Brain Research. Był także autorem 4 książek popularnonaukowych z serii Najnowsze Osiągnięcia Nauki, licznych rozdziałów w monografiach i podręcznikach, doniesień oraz artykułów poświęconych polityce naukowej.

Był promotorem 11 prac doktorskich. Większość jego uczniów kontynuuje pracę badawczą, dziś już na samodzielnych stanowiskach, w Instytucie Nenckiego i poza nim. Prowadził wykłady na wydziałach biologii i psychologii Uniwersytetów Łódzkiego i Warszawskiego oraz, w latach 70. i 80., wykłady w ramach Wszechnicy PAN.

Profesor wielokrotnie pracował w znakomitych ośrodkach naukowych za granicą, m.in. w Instytucie Fizjologii Uniwersytetu w Pizie, w Zakładzie Fizjologii Porównawczej Uniwersytetu Paryskiego, w Instytucie Fizjologii Uniwersytetu Chilijskiego w Santiago, w Instytucie Badań Mózgu Uniwersytetu w Rochester i na Uniwersytecie w Nicei. Kierował badaniami w ramach projektów finansowanych przez NIMH. W Jego laboratorium w Warszawie często gościli uczeni zagraniczni, kilkakrotnie organizował międzynarodowe konferencje naukowe. W ostatnich latach nawiązał, wciąż trwającą, współpracę z Zakładem Neuropsychologii Uniwersytetu Katolickiego w Leuven - w ramach wspólnego projektu prowadził doświadczenia na temat skutków wczesnej deprywacji wzrokowej kory drugorzędowej u dzieci i kotów.

Ważnym rozdziałem w życiu Profesora była praca redakcyjna w Acta Neurobiologiae Experimentalis - od 1973 do 1989 roku pełnił funkcję Redaktora Naczelnego. Zawsze zabiegał o wysoki poziom pisma, promował je skutecznie na forum międzynarodowym i wprowadził na listę filadelfijską.

Profesor był członkiem Międzynarodowego Komitetu Naukowego w European Training Programme in Brain and Behayiour Research przy European Science Foundation (1981-84), a także członkiem wielu krajowych i międzynarodowych towarzystw i organizacji naukowych m.in. Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, Polskiego Towarzystwa Badań Układu Nerwowego, Pavlovian Society of North America, International Brain Research Organization.

W latach 1993-95 pełnił funkcję Przewodniczącego Rady Naukowej Instytutu Nenckiego, był jej członkiem od roku 1967 i wiceprzewodniczącym w latach 1978-83. Był sekretarzem naukowym Komitetu Nauk Fizjologicznych PAN (1960-63) i przewodniczącym Komisji Neurofizjologicznej (1978-90). W latach 1984-87 był członkiem Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej.

Uhonorowany został wysokimi odznaczeniami państwowymi oraz nagrodą państwową zespołową II stopnia. Ponadto otrzymał nagrodę Polskiej i Czechosłowackiej Akademii Nauk oraz nagrody Sekretarza Naukowego PAN.

Profesor był dla nas ostoją i jednocześnie wzorem osobowym. Kilka pokoleń neurofizjologów wychowanych w Instytucie Nenckiego ceniło Go nieodmiennie za pasję poznawczą, wszechstronne zainteresowania, talent naukowy i organizacyjny, dzięki którym Zakład utrzymywał wysoką rangę w kraju i na świecie. Nasze wspomnienia nie ograniczają się jednak tylko do Jego osiągnięć. Będziemy Go pamiętać również za życiową mądrość, szlachetność i dobroć. Jego osobowość narzucała w Zakładzie atmosferę życzliwości i zrozumienia, dzięki której chciało się w nim być i pracować. Interesował się wszystkimi członkami Zakładu i nie zapominał doceniać ich sukcesów.

Profesor Bogusław Żernicki zmarł w Brwinowie dnia 23 kwietnia 2002. Trudno uwierzyć, że nie będziemy już wspierani jego uważną radą. Jego nauki i sposób widzenia świata pozostaną jednak głęboko w nas.

Przedruk z: „Kosmos” 51, 2002 s. i-ii



Professor Bogusław Żernicki (1931 – 2002)*

Jolanta Zagrodzka i Andrzej Wróbel

Bogusław Żernicki - fot

Bogusław Żernicki

Professor Bogusław Żernicki was born in Dąbrowa Górnicza on April 10, 1931. He spent his childhood in Warsaw. While still in high school, after being fascinated by scientific publications on mental activity, he decided to devote his professional efforts to research work. In 1954 he graduated from the Medical Academy of Łódź, where his family settled after World War II. As a medical student he started experimental work under the supervision of prof. Jerzy Konorski, who had just reestablished the Nencki Institute in Łódź;, its new location. Żernicki was formally employed there as an assistant in 1953. From this time on his professional life evolved in the Institute. He moved to Warsaw with Nencki when it received its new building in the capital. Here he defended his doctoral dissertation on the habituation of conditioned reflexes (1959), received his D.Sc. (habilitation) degree in 1966 and professorship (1972 and 1980). In 1991 he became a corresponding member of the Polish Academy of Sciences. He was deeply devoted to science but he admired also the spirit and glamour of many other aspects of life. He described himself as a "physician by education, physiologist by profession, but admirer of psychology and philosophy."

Professor Żernicki directed the Department of Neurophysiology for the last 27 years and at the same time headed the Laboratory of Visual Perception, which he had organized himself. His most known and cited discovery concerned the pretrigeminal preparation. He proved that the brain, isolated from sensory stimuli, preserves its basic behavioral functions, i.e., it continues to learn. Later on he studied the perceptive and associative mechanisms of learning after deprivation of pattern vision at early developmental stages. He was an author of more than 100 papers on central mechanisms of conditioning, isolated brain, physiology of the visual system and developmental neurophysiology, published in prestigious neuroscience journals including Science, Behavioral Brain Research, Behavioral Neuroscience and Brain Research. He also wrote four books in the Recent Discoveries of Science series, many chapters in monographs, and textbooks and articles on policy in science.

He conferred 11 doctoral degrees. Most of his pupils continue research work in tenured positions in and outside the Institute. He lectured at the biological and psychological faculties of the universities in Warsaw and Łódź and in the open lecture series organized by Polish Academy of Sciences.

Professor Żernicki frequently worked together with colleagues from abroad. He spent many months on sabbatical leaves in the Institute of Physiology of the University of Pisa, the Department of Comparative Physiology of the University of Paris, the Physiological Institute of the Chilean University in Santiago, the Brain Research Institute of the University of Rochester, and the University of Nice. He supervised grants in the Nencki Institute financed by NIMH, hosted many scientists from other countries in his laboratory, and organized several international conferences and meetings. In recent years he was engaged in a joint project with the Department of Neuropsychology at the Catholic University of Leuven concerning the effects of early visual deprivation in children and cats.

Editing of Acta Neurobiologiae Experimentalis was an important part of his professional activity. For a long time (1966-1972) he co-edited the Journal with prof. J. Konorski, and after becoming the Editor-in-Chief (1973-1989) he continuously cared for the high standard of accepted articles and successfully promoted ANE on the international market. This effort resulted in listing ANE on the ISI citation list where the journal is one of the most cited among publications from the former Eastern European countries.

Professor Żernicki was a member of ESF International Scientific Committee for European Training Program in Brain and Behavior Research (1981-1984), and an active member of many national and international scientific societies and organizations, including the Warsaw Scientific Society, Polish Neuroscience Society,Pavlovian Society of North America, and International Brain Research Organization.

He has been a member of the Scientific Council of the Nencki Institute since 1967, and was elected to the positions of its co-chairman (1978-1983) and chairman (1993-1995). He was also a Scientific Secretary of the Committee for Physiological Research of the Polish Academy of Sciences and the president of its Committee for Neurophysiology (1978-1990). From 1984 to 1987 he was a member of the Central Committee for Approval of Scientific Degrees.

He was honored with high state medals and prizes. He also received prizes from the Polish and Czechoslovak Academies of Science and scientific prizes from the Secre tary of the Polish Academy of Sciences.

Professor Bogusław Żernicki, known to many of us as Boguoe, was a mainstay and personal emblem of virtue for us. Several generations of neurophysiologists from the Nencki Institute were inspired by his scientific passion, broad concern, talent for research and organization, which allowed him to keep the high rank of the Department of Neurophysiology on a national and international scale. We will, however, remember him not only because of his achievements. We shall keep in mind his wisdom in everyday life, his goodness and warmth. His personality created in our community the sense of belonging and friendship. His passion for science was contagious. He cared for all members of the team and always appreciated their successes.

Professor Żernicki died in Brwinów on April 23, 2002. It is hard to believe he is gone... We will miss his support and advice. His thoughts and general attitude toward life will stay with us forever.

* Acta Neurobiol. Exp. 2002, 62: i-ii





do góry strony

Uaktualniono: 2008-11-13 12:09