|
Wspomnienia
Jolanty Barańskiej
Janiny
Dobrzańskiej i Jana Wojciecha Dobrzańskiego
Teresy Górskiej
Julity Czarkowskiej-Bauch
Belli Harutiunian-Kozak
Leszka Kuźnickiego -
autobiografia
Wandy Szczepańskiej
Gerty Vrbovej
Jolanty Zagrodzkiej i
Andrzeja Wróbla o Bogusławie Żernickim
Obituary -
Professor Bogusław Żernicki
WSPOMNIENIA związane z
INSTYTUTEM NENCKIEGO, lata 1958 - 1968
Jolanta
Barańska
W Instytucie
Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN pracuję nieprzerwanie od
września 1960r. Jednak moje związki z Instytutem są o dwa lata
wcześniejsze, bowiem już w 1958r rozpoczęłam w Instytucie, pod
kierunkiem prof. Włodzimierza Niemierki, specjalizację. Aby opisać te
początki muszę cofnąć się do roku 1953, w którym jako szesnastoletnia
dziewczyna (Jolanta Stępkowska) zdałam maturę i zostałam przyjęta na
Wydział Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Warszawskiego. W tym
czasie specjalizację wybierało się na czwartym roku studiów. W moim
przypadku, ponieważ na drugim roku studiów zaproponowano mi pracę w
postaci stałych prac zleconych w Instytucie/Muzeum Zoologii, kierowanym
przez prof. Tadeusza Jaczewskiego, uważałam, że po prostu nie wypada
abym nie wybrała zoologii, choć wiedziałam, że chcę studiować
biochemię. Upewniłam się jednak, że po skończeniu jednej specjalizacji
będę mogła zacząć drugą. Tak też się stało. W czerwcu 1958r obroniłam
pracę magisterską "Osowate (Vespidae) okolic Warszawy" i rozpoczęłam
starania, aby już na jesieni rozpocząć specjalizację z biochemii.
Katedrę Biochemii na Wydziale Biologii UW prowadziła wtedy prof. Irena
Chmielewska. Moja koleżanka, Monika Fonberg (późniejsza Broczek),
kończyła właśnie u niej studia. Monika zachęcała mnie do rozpoczęcia
specjalizacji nie u prof. Chmielewskiej, a w katedrze kierowanej przez
prof. Niemierkę.
Prof.
Niemierko, wraz z niewielką grupą profesorów, reaktywował po wojnie
Instytut Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego w Łodzi. Kiedy w
połowie lat pięćdziesiątych Instytut przeniósł się z powrotem do
Warszawy, prof. Niemierko, prócz funkcji Kierownika Zakładu Biochemii w
Instytucie, pełnił jednocześnie funkcję Kierownika Katedry Fizjologii
Zwierząt na Wydziale Biologii UW. Studenci, specjalizujący się pod jego
kierunkiem mogli wykonywać pracę magisterską w Instytucie. Tak było w
przypadku mojej innej koleżanki, Gabrysi Sarzały (późniejszej
Drabikowskiej). One obydwie, Monika Fonberg i Gabrysia Sarzała,
przytaczając wiele "za", a głównie mówiąc o serdecznej atmosferze,
zachęciły mnie abym zwróciła się do prof. Niemierki z prośbą o
przyjęcie na studia magisterskie. Prof. Niemierko wyraził zgodę i w ten
sposób jesienią 1958r. stałam się studentką czwartego roku Biologii UW,
specjalizacja – biochemia, (mimo, że profesor prowadził Katedrę
Fizjologii Zwierząt, zarówno jego studenci, jak i prof. Chmielewskiej
byli formalnie studentami tej specjalizacji).
To ja w latach
sześćcdziesiątych
Studia
czwartego roku obejmowały Pracownię Specjalizacyjną, tzw. Pracownię
Półdzienną, oraz oczywiście różne dodatkowe przedmioty, które należało
zaliczyć. Piąty rok - to była praca doświadczalna, którą wieńczyło
magisterium. Studia prowadzone przez prof. Niemierkę odbywały się w tym
czasie wyłącznie w gmachu Instytutu Nenckiego. Pracownia studentów
czwartego roku znajdowała się na drugim piętrze Instytutu, w bocznym
prawym skrzydle gmachu, tam gdzie później, a i obecnie, mieści się
Pracownia Izotopowa. Pracownię Półdzienną prowadziła pani mgr Janina
(zwana powszechnie Nuną) Saska, a asystentami byli mgr Tadeusz Kowalski
(pracujący później jako dziennikarz, używający pseudonimu Maciej
Iłowiecki), oraz mgr Krystyna Bogucka (moja późniejsza koleżanka z
Instytutu).
Jak już
powiedziałam, p. Nuna Saska prowadziła Pracownię, profesor natomiast
prowadził Seminaria Studenckie. Odbywały się one w Sali Konferencyjnej,
na drugim piętrze Instytutu. Seminaria te, to była dla mnie nowa
jakość! Profesor wymagał od każdego studenta omówienia określonej pracy
doświadczalnej, której odbitkę, drukowaną po angielsku i opublikowaną w
międzynarodowym czasopiśmie, nam dostarczał. Oznaczało to przede
wszystkim przyswojenie sobie angielskiej terminologii naukowej,
zrozumienie celu, metod i wyników danej pracy i opowiedzenie o tym
przystępnie na seminarium. Taki sposób postępowania nie wydaje się
obecnie niezwykły. Jednak w tamtym czasie to była rewolucja! Należy
pamiętać, że do roku 1956 uznawano oficjalnie jedynie naukę radziecką.
Prof. Niemierko uważał jednak, że student kończący u niego studia musi
umieć "poruszać się" w anglojęzycznej terminologii, i że umiejętność ta
jest dla jego rozwoju niezwykle ważna. Miał też głęboką pewność, że to
właśnie w tym języku będą pojawiać się najważniejsze prace drugiej
połowy XX wieku. Seminaria te, dlatego także były tak niezwykłe, bo
panowała na nich swoboda. Studenci mogli i byli zachęcani, aby zadawać
wiele pytań. Także osoba referująca pracę (nie było nigdy żadnych
uprzednich konsultacji z profesorem) mogła powiedzieć, że nie rozumie
jakiegoś wyniku, prosi o wytłumaczenie metody i nie zgadza się z
konkluzjami. Myślę, że znalezienie się w tej grupie ludzi było dla mnie
wielkim szczęściem.
Innym
szczęściem były studia w Pracowni Półdziennej pod kierunkiem p. Nuny
Saskiej. Później, gdy obroniłam magisterium i rozpoczęłam pracę w
Instytucie, w pewnym sensie przyjaźniłam się z p. Nuną, jeśli
przyjaźnią można nazwać jej serdeczny do mnie stosunek. Należy dodać,
że już w roku 1961, Katedra Fizjologii Zwierząt została przeniesiona do
gmachu Instytutu Geologii przy ulicy Banacha, a w 1963 rozwiązana i
ostatnie egzaminy magisterskie studentów prowadzonych przez prof.
Niemierkę, odbywały się w roku 1964 już bez jego udziału, a w obecności
prof. Chmielewskiej. Zarówno profesor, p. Nuna Saska, jak i Krystyna
Bogucka przestali wtedy być pracownikami Uniwersytetu. Krysia Bogucka
rozpoczęła studia doktoranckie w Instytucie, w pracowni prof. Lecha
Wojtczaka, a pani Nuna pracę w pracowni prof. Zofii Zielińskiej.
Obydwie te pracownie wchodziły w skład kierowanego przez prof.
Niemierkę Zakładu Biochemii. Nie jest łatwo opisać, na czym polegała
niezwykłość pani mgr Nuny Saskiej. Bardzo skromna, nieznosząca tytułów,
była urodzonym pedagogiem. Osoba szlachetna, mądra i prostolinijna.
Ucząca nie dyscypliny, a samodyscypliny, wiary w siebie, zgody na
ryzyko i odwagi cywilnej. Bardzo wiele jej zawdzięczam. Gdy po
habilitacji dziękowałam publicznie osobom, które mnie kształtowały i do
tego tytułu doprowadziły, dziękowałam jej także. Pisanie o Instytucie
Nenckiego bez wspomnienia o p. Nunie, byłoby uchybieniem jej pamięci.
Po zaliczeniu
IV roku studiów, rozpoczęłam rok V, decydując się na wykonanie pracy
magisterskiej w Instytucie. Ze wszystkich koleżanek, tylko Basia
Grzelakowska (późniejsza Sztabert), Ania Perlińska, Łucja Kitlas
(zmarła tragicznie w roku 1976), Lucynka Szwarc i ja podjęłyśmy pracę w
Nenckim. Reszta kolegów przeszła do innych Instytutów, jak np.
Instytutu Biochemii i Biofizyki, Instytutu Badań Jądrowych, czy
Instytutu Higieny. Prof. Niemierko, oraz władze Uniwersyteckie nie
miały nic przeciw temu. Basia i Ania rozpoczęły pracę w pracowni prof.
Zofii Zielińskiej, Lucyna u prof. Stelli Niemierko, Łucja u prof. Ireny
Kąkol, a ja u prof. Aleksandry (Lusi) Przełęckiej.
Pracownia pani
Lusi mieściła się w prawym skrzydle, na II piętrze Instytutu. Tuż obok
pracowała dr Anna Wroniszewska, a asystentką prof. Przełęckiej była
Gabrysia Sarzała. Ponadto, p. Lusia współpracowała ściśle z dr Janem
Karolczykiem i dr Haliną Dominas, uważaną za wybitnie zdolną. Te osoby,
plus ja, magistrantka, stanowiły grupę biorącą udział w
wewnątrzpracownianych seminariach i dyskusjach naukowych, b.
stymulujących. U p. Lusi zajmowałam się i taki był dokładnie tytuł
mojej pracy magisterskiej: "Lokalizacja cytochemiczna fosfolipidów i
fosfatazy alkalicznej w oocytach Galeria mellonella". Pracę tę
wykonywałam metodami cyto- i histo-chemicznymi, na owe czasy
nowoczesnymi. Ponieważ moja pierwsza praca magisterska dotyczyła
systematyki owadów, tematyka tej pracy wykonywanej także na owadach
(molu woskowym) była mi bliska. Otrzymywanie skrawków z oocytów,
barwienie ich metodami cytochemicznym, oglądanie preparatów pod
mikroskopem, robienie zdjęć – miło wspominam tę pracę. Ponadto,
ponieważ w poprzednim roku zaliczyłam wszystkie przedmioty i zajmowałam
się tylko praca magisterską, zaczęłam jako pracownik fizyczny,
godzinowo-płatny, pracować w Instytucie Onkologii, znajdującym się tuż
obok Instytutu Nenckiego. Rozpoczynałam tam pracę o godz. 8.00, o 13.30
szłam na obiad do stołówki szpitalnej, a o 14.00 zjawiałam się w
pracowni p. Lusi. Moja druga specjalizacja, nie dawała mi możliwości
otrzymywania stypendium z Uniwersytetu, toteż każda praca zarobkowa
była dla mnie czymś bardzo ważnym.
Przyjęcie w
Pracowni Pani Lusi, rok 1960 – siedzą od prawej: Jaś Karolczyk,
Gabrysia Sarzała, Pani Profesor Lusia Przełęcka (magisterium u niej w
1960 r.), Czech, który przyjechał w goście, ja, Halina Dominas, Hania
Wroniszewska. Stoi: Sławek Kurowski.
Cała pracownia
rozumiała to doskonale. Nigdy od nikogo nie słyszałam, że postępuję
niewłaściwie pracując popołudniami i wychodząc z Instytutu wieczorem.
Należy dodać, że wiele osób pracowało tak długo. Halina Dominas i
Gabrysia Sarzała, b. często wychodziły ze mną z Instytutu około godz.
20.00. Czasem, gdy wieczorem szłam na randkę, myłam sobie w pracowni
nad zlewem włosy i to także nie wydawało się nikomu nie na miejscu
(mieszkałam pod Warszawą). Opisuję to chcąc zwrócić uwagę na specjalną
atmosferę, jaka panowała w tej pracowni. Była to zresztą atmosfera
panująca w całym Instytucie – atmosfera zaufania, którego nie można
nadużyć.
W czerwcu 1960
roku obroniłam pracę magisterską. Obrona, uroczysta, odbyła się także w
Instytucie, w gabinecie prof. Włodzimierza Niemierki. Dostałam dyplom
magistra biologii, specjalność biochemia. Lipiec 1960 przepracowałam w
kawiarni na Towarze jako bufetowa, w sierpniu wyjechałam na wakacje.
Kiedy po powrocie, we wrześniu, przyszłam do Instytutu dowiedziałam
się, że mogę zostać przyjęta do pracy jako asystentka do Pracowni
Biochemii Lipidów, kierowanej przez prof. Paulinę Włodawer. Pracownia
ta wchodziła także w skład pracowni należących do Zakładu Biochemii,
kierowanego przez prof. Niemierkę. Oczywiście przyjęłam tą propozycję,
czułam się nią zaszczycona i bardzo szczęśliwa. Rozpoczynał się nowy
etap w moim życiu.
Moja druga Pani
Profesor – pani Pepa Włodawer (doktorat 1967)
Pod kierunkiem
prof. Włodawer (pani Pepy, jak ją nazywano) przepracowałam siedem lat.
W 1963r urodziłam syna – Pawła (mój drugi syn – Michał urodził się w
1969r) i przeszłam pod kierunkiem prof. Włodawer, jako promotora, na
studia doktoranckie. Ukończyłam je obroną pracy doktorskiej w czerwcu
1967r. W tym samym roku wyjechałam na roczne stypendium podoktoranckie
na Uniwersytet Harvarda w Stanach, skąd wróciłam do Polski w grudniu
1968r. Pani Pepa, z rodziną, zdecydowała się w 1968r opuścić Polskę i
na początku 1969r wyjechała na stałe do Szwecji. Jej pracownia została
rozwiązana, a ja przeniosłam się wtedy do pracowni prof. Lecha
Wojtczaka. Jednak są to już dalsze dzieje, których nie będę opisywać,
pragnę natomiast opisać pracę w pracowni p. Pepy.
Kiedy w 1960r
rozpoczynałam pracę w Instytucie, byłam w tej pracowni, za wyjątkiem
pani profesor, jedyną osobą. Dopiero później, w połowie lat
sześćdziesiątych, w charakterze doktorantek zostały przyjęte Elżbieta
Łągwińska i Zofia Szczęsna. Praca Elżbiety nad doktoratem była
zaawansowana; toteż, kiedy prof. Włodawer wyjechała z Polski, Elżbieta
szybko skończyła i obroniła pracę pod kierunkiem prof. Wojtczaka. Zosia
Szczęsna natomiast wyjechała z Polski w podobnym okresie czasu jak
prof. Włodawer. Ze znajomych, bliższych mi osób pracujących w
Instytucie, w wyniku wypadków marcowych wyjechała jeszcze Irena
Zawadzka-Kłodos, doktorantka prof. Stelli Niemierko. Wyjazd ich
wszystkich powodowany był różnymi względami osobistymi, czy rodzinnymi,
nigdy atmosferą nagonki panującej w Instytucie. Wręcz przeciwnie. W
Instytucie nie miały miejsca jakiekolwiek represje, wszystkie te osoby
żegnane były z wielkim żalem, odprowadzane masowo na dworzec.
Doktorat Hani
Wojtczak, rok 1961, sala Konferencyjna na II piętrze. Koło Hani stoi
prof. Dembowski w głębi prof. Stella Niemierkowa
Hani składa
życzenia prof. Wojtczak, ojciec Leszka, za nim stoi Jurek Chmurzyński i
prawdopodobnie Jurek Gruda.
Z życzeniami
dla Hani Wojtczakowej z okazji obrony doktoratu – Ewa Lenartowicz,
widać też Marysię Brutkowską
Pani profesor
Włodawer zajmowała się badaniami nad metabolizmem lipidów, używając
jako obiektu badawczego, podobnie jak prof. Przełęcka, gąsienic mola
woskowego, Galeria mellonella. Praca ta wymagała hodowli tych owadów, a
gdy pracowałyśmy na oocytach, ich preparatyki. Jednak, w odróżnieniu od
pracowni prof. Przełęckiej gdzie stosowano metody cytochemiczne, prof.
Włodawer stosowała metody stricte biochemiczne. Aby z oocytów otrzymać
wystarczającą do badań ilość wyekstrahowanych lipidów, należało
preparować wiele, wiele gąsienic i ta preparatyka zajmowała nam całe
dnie. Była to nudna i żmudna praca, którą robiłyśmy we dwie, toteż w
jej trakcie nieuniknione były rozmowy. Rozmowy te, na różne tematy,
bardzo nas zbliżyły. Pani Pepa opowiadała mi o swoim życiu, o bracie i
o mężu, panu Arturze, za którego wyszła przed wojną. Przed wojną także
skończyła studia na Uniwersytecie Warszawskim, na wydziale Biologii,
specjalizując się w Katedrze Fizjologii Zwierząt. Jej koleżankami,
podobnie jak ona urodzonymi w 1914, czy 1915 roku, były wspomniane już
p. Nuna Saska i Zofia Zielińska, a także p. dr Maria Dydyńska.
Wszystkie skończyły Fizjologię Zwierząt, i wszystkie po wojnie zgłosiły
swój akces do Instytutu Nenckiego. Pani Nuna Saska mówiła mi –
wszystkie byłyśmy koleżankami, ale Pepa była wśród nas najzdolniejsza –
i istotnie, pewnie tak było, bo jako młoda dziewczyna podziwiałam jej
wielki dar czynienia rzeczy złożonych, prostymi.
Wszystkie trzy
koleżanki, p. Nuna Saska, Zofia Zielińska i Maria Dydyńska były
przedwojennymi harcerkami i miały za sobą piękną kartę okupacyjną. Pani
Maria Dydyńska przeszła w czasie wojny przez ciężki obóz
koncentracyjny, gdzie, jak opowiadała mi p. Pepa była dla
współwięźniarek aniołem dobroci. Pani Maria Dydyńska pracowała w grupie
zajmującej się problematyką biochemii mięśni, do której należeli także
Irena Kąkol, Witold Drabikowski, Julian Gruda i Hanka
Strzelecka-Gołaszewska. W trakcie zebrań naukowych prof. Lech Wojtczak
miał zwyczaj słuchać wykładów z zamkniętymi oczami, które później
otwierał i zadawał pytania trafiające w samo sedno problemu, Był to
więc jego sposób na pełną koncentrację. Natomiast p. Maria Dydyńska
autentycznie czasami zasypiała. Nikogo to nie gorszyło. – Marysia tyle
przeszła – mówiła mi p. Pepa – cóż z tego, że zasnęła, przyzwoicie
pracuje, nic się nie stało – i dalej zwracając się do mnie – czy pani
wie, pani Jolu, że Marysia z całego świata dostaje listy od kobiet z
obozu, które piszą, że przeżyły tylko dzięki niej? - Była to dla mnie
lekcja (nie chcę wpadać w patos, ale muszę to napisać), nie tylko
tolerancji, ale po prostu człowieczeństwa. Nie zwracania uwagi na
rzeczy, tak naprawdę, nieistotne. Chcę jeszcze dodać, że wszystkie trzy
panie, Nuna, Zofia i Maria były głęboko wierzące, a ich religijność
cechowało absolutne otwarcie na inne religie i wyznania.
1977. Jubileusz
Profesora Włodzimierza Niemierki – 80–lecie. Pani prof. Zosia Zielińska
z Profesorem Niemierko.
W głębi po lewej prof. Wanda Buduchowska i prof. Stanisław Dryl, za
prof. Niemierko stoi prof. Witek Drabikowski, tyłem stoi Maciek Nałęcz,
wygląda zza niego Józef Zborowski, w prawym rogu prof. Konstancja
Raczyńska–Bojanowska.
Pani profesor
Włodawer, szczęśliwie, kiedy rozpoczęła się wojna wyjechała, uciekła, z
mężem i z bratem z Warszawy do Związku Radzieckiego. Tam spędzili wojnę
na stepach Kazachstanu. Brat wyszedł ze Związku Radzieckiego z Armią
Andersa, przeszedł z nią szlak bojowy i po wojnie osiedlił się na stałe
w Izraelu. Pani Pepa z mężem wrócili do Polski. Urodził im się syn,
Olek (Aleksander), wielka miłość jej życia. O tym wszystkim
rozmawiałyśmy w czasie preparatyki gąsienic.
Pani profesor
Włodawer, zajmując się metabolizmem lipidów, zainteresowała się
problematyką syntezy i degradacji kwasów tłuszczowych. Wydawało się nam
interesujące, aby sprawdzić, co w tym aspekcie dzieje się w organizmie
żab, które jako zwierzęta zmiennocieplne muszą zimą przystosowywać się
do niskich temperatur. Zagadnienie to stało się tematem mojej pracy
doktorskiej, w której badałam wpływ temperatury na skład kwasów
tłuszczowych w tkankach żaby i porównywałam między sobą żaby trzymane w
pracowni w słojach, w termostatach o różnej temperaturze. Tytuł mojej
rozprawy doktorskiej był "Wpływ temperatury na skład kwasów
tłuszczowych w niektórych tkankach żaby". Pani prof. Włodawer była
oczywiście promotorem tej pracy, a jednym z recenzentów był prof.
Tadeusz Korzybski z Instytutu Biochemii i Biofizyki, współpracownik
Jakuba Karola Parnasa we Lwowie, człowiek, o którym pisałam, pisząc w
2007r o życiu i twórczości Parnasa. W doświadczeniach wykonywanych w
trakcie pracy doktorskiej, do oznaczania składu kwasów tłuszczowych
używałam metody chromatografii gazowej. Aparatura ta została właśnie
zainstalowana w Instytucie. Metoda ta była wtedy bardzo nowoczesna,
tego typu aparatów było w Polsce niewiele. Pomiar po nałożeniu próby
wymagał stałej kontroli, toteż zdarzało się, że kilkakrotnie spędzałam
noce przy oznaczeniach. Obrona mojej pracy doktorskiej miała miejsce w
Instytucie, w czerwcu, 1967 roku.
Pisząc o pani
Pepie nie sposób pominąć jej serdecznych działań promocyjnych wobec
mnie, pracującej pod jej kierunkiem doktorantki. W 1963r odbywał się
Zjazd Polskiego Towarzystwa Biochemicznego w Łodzi. Na tym Zjeździe
prezentowałam, w wystąpieniu ustnym, swoje wyniki. W 1965, razem z p.
Pepą i jej mężem, pojechałam na Konferencję do Budapesztu.
Odwiedzałyśmy różne ośrodki naukowe. Pani Pepa przedstawiała mnie
różnym ludziom. Wymagała, abym czynnie posługiwała się angielskim. Był
to mój pierwszy w życiu wyjazd za granicę! To także p. Pepa wysłała
mnie po doktoracie na stypendium do Stanów.
Wspominając
panią Pepę myślę, że była wyjątkowo życzliwą osobą i to wobec
wszystkich otaczających ją ludzi, ufną i otwartą. Co najważniejsze,
była sprawiedliwa. Myślałam zawsze, że jeśli tak się zdarzy, że będę
miała swoją pracownię i będę kierować młodymi ludźmi, to muszę starać
się oddać im to wszystko, co od niej, mojego pierwszego szefa,
dostałam. Czy mi się to udało mogą ocenić tylko moi doktoranci, ci
młodzi ludzie, którzy pracowali ze mną w Instytucie wiele lat później,
w utworzonej przeze mnie Pracowni Przekaźników Sygnałów.
Kończąc te
wspomnienia pragnę zaznaczyć, że doskonale zdaję sobie sprawę, że
spotkało mnie wielkie szczęście. W tak trudnych czasach znalazłam się w
tak świetnym miejscu i poznałam tylu wspaniałych ludzi.
Warszawa,
styczeń 2008
do
góry strony
Wspomnienia
Janina
Dobrzańska i Jan Wojciech Dobrzański
Janina i Jan Dobrzańscy:
Profesor Jan
Dembowski zanim wciągnięto go w politykę, to znaczy za „czasów
łódzkich”, był pogodnym człowiekiem o ogromnym poczuciu humoru. Gdy
choroba przykuwała go do łóżka zapraszał swoich uczniów do domu – i
były to wspaniałe niezapomniane wieczory. Profesor wymyślał różne gry i
zawody, wygłaszał swoje utwory satyryczne. Pamiętamy jego „naukową”
interpretację listu miłosnego Tatiany do Oniegina, który zaczynał się
tak: „Eugeniuszu Onieginie, w moich żyłach lawa płynie...”
Niezwykle
sugestywne były jego reakcje na nieetyczne postępki.
Do naszego
pokoju wpadła laborantka cała we łzach, skarżąc się na zniewagę
uczynioną jej przez jednego z naszych kolegów. Miał on jakąś
uroczystość rodzinną i kazał jej przywieść do niego zakładowy aparat
fotograficzny. Gdy zadzwoniła do jego drzwi, otworzył je, odebrał
aparat i bez słowa zatrzasnął drzwi przed jej nosem.
Usiłowaliśmy
owego kolegę przekonać, ze zachował się skandalicznie i powinien
laborantkę przeprosić – ale nie przełamaliśmy jego uporu. Poszliśmy
więc z nim do Profesora. Profesor wysłuchał naszą relację i spytał
kolegę, czy to prawda. „Prawda – odpowiedział – ale...” Profesor wstał
na całą swoją wysokość i orzekł: „Panie kolego, Pan nie ma szacunku do
człowieka”. Kolega nie dokończył swojego „ale” i milcząc wyszedł z
gabinetu. Ażeby było śmieszniej: kolega ów nie napisał rozprawy
doktorskiej i musiał zrezygnować z pracy w Instytucie. A owa laborantka
wkrótce zaocznie obroniła magisterium i dorobiła się tytułu
profesorskiego.
Janina Dobrzańska (w drugim rzędzie, druga od lewej) i Jan Wojciech Dobrzański
(w trzecim rzędzie, trzeci od lewej) z Janem Dembowskim (w pierwszym rzędzie, trzeci od lewej)
na wycieczce Zakładu Biologii w ZSRR, lipiec, rok 1956
Janina Dobrzańska:
Trudno w to
uwierzyć, ale Profesor był człowiekiem naiwnym. Humanista starej daty,
uważał wojny za największą tragedię ludzkości i wierzył w sowieckie
deklaracje pokojowe. Ja pochodzę z rodziny komunistycznej, znałam wielu
uczciwych polskich komunistów i równie naiwnie uważałam, że uda się im
działać unikając strasznych sowieckich wypaczeń. Gdy jednak po
radosnych dniach 1956 roku Gomułka pochwalił rzeź na Węgrzech –
wystąpiłam z PZPR i poszłam zawiadomić o tym profesora. On pokiwał
smutnie głową i powiedział: „No tak, a ja przez takich jak Pani wdałem
się w tą ohydną politykę”.
Profesor Liliana
Lubińska miała opinię bardzo srogiej i niedostępnej osoby. Ja miałam
okazję poznać Ją od innej strony..
Obroniłam swą pracę magisterska i dałam ją do druku w „Acta Biologiae
Experimentalis”.
Pani Profesor, która była wówczas redaktorem tego pisma, wezwała mnie i
oświadczyła, że to się do druku nie nadaje. Gdy załamana chciałam
wyjść, kazała mi usiąść obok siebie i przez trzy godziny poprawiała mój
tekst, robiąc z tego dwa artykuły, które przyjęła do druku. Dała mi
konkretną lekcję, jak należy pisać rozprawy naukowe.
Jan Dobrzański:
Byłem wtedy
zastępcą młodszego asystenta. Co tydzień chodziliśmy na zebrania
naukowe u Profesora Jana Dembowskiego. Profesor bardzo nie lubił
spóźniania. Gdy nie było kogoś na czas, profesor w milczeniu czekał i
gdy spóźnialski wchodził zaczynał bez żadnej uwagi zebranie. Pewnego
razu wraz z żoną Janiną, która miała na zebraniu coś referować,
natrafiliśmy po drodze na wróbla ze złamanym skrzydłem, którego
musieliśmy zanieść do domu. Spóźnieni wpadliśmy do pokoju tłumacząc, że
musieliśmy zaopiekować się wróblem. Na to Profesor poważnie: „No,
jeżeli wróbel... ...jesteście usprawiedliwieni”.
Za czasów
komunistycznych był wielki kult nauki przez duże „N”. Nasi profesorowie
uczyli nas jednak krytycyzmu. Na jednym z zebrań zasypywałem prelegenta
pytaniami. W pewnej chwili odezwał się Profesor spokojnym głosem:
„Panie kolego, czyżby kolega chciał wiedzieć jak to jest naprawdę?”.
Profesor Jerzy Konorski też uczył nas dystansu do pewników naukowych.
Pewnego razu całym zespołem Zakładu Neurofizjologii szliśmy po schodach
na górę, a ponieważ szedł i profesor Konorski nie obyło się to bez
jakiejś dyskusji. W pewnej chwili jeden z kolegów powiedział: „Panie
profesorze, przecież Pan wczoraj mówił całkiem coś innego”. Na to
Profesor: „ Panie kolego – wczoraj? Ja idę po schodach i na pierwszym
piętrze myślę jedno, a jak wejdę na drugie piętro myślę już drugie, a
pan mi przypomina, co mówiłem wczoraj?”.
Profesor Jerzy
Konorski ekstrawertyk, człowiek szalenie emocjonalny dał się nam poznać
jako wybuchowy, ale dobry, niepamiętający urazów człowiek. Co jest
paradoksalne - przekonaliśmy się o tym podczas prawdziwej awantury, i
to właśnie z nami. A było to tak:
Profesor po
przejściach wojennych pierwszy raz pojechał do Ameryki. Kraj bez
powojennych ruin oczarował go. Niestety zachwyt jego był bezkrytyczny.
Na naszym zebraniu naukowym opisywał jakiś instytut naukowy i
powiedział, że trzymają tam młode rezusy od urodzenia przywiązane do
krzeseł. Stwierdził, że małpy wbrew oczekiwaniom są wesołe i dobrze się
czują. Moja żona Janina nie wytrzymała, wstała i powiedziała, że może
być czasem potrzeba zadać zwierzęciu cierpienie, ale trzeba zdawać
sobie z tego sprawę. Wiadomo, że w alei Szucha w Gestapo był pokój
zwany kinem, gdzie TYLKO kazali siedzieć na krzesłach i się nie ruszać.
Nawet filmy pokazywano, ale gdy ktoś się poruszył gestapowcy go bili.
Profesora to porównanie wprawiło w szalony gniew. Przerwał zebranie i
pierwszy wyszedł krzycząc na korytarzu, że trzeba nas wyrzucić z
Instytutu. Po trzech dniach dopiero na tyle się uspokoił, że wezwał
nas i powiedział, że na zebraniu starszych pracowników można o takich
sprawach dyskutować, ale nie wolno demoralizować młodzieży i zażądał,
aby Janka odwołała na zebraniu swoją wypowiedz. Janka odpowiedziała, że
właśnie o to jej chodziło, aby młody naukowiec zawsze pamiętał, że mają
do czynienia z żywym czującym stworzeniem a nie tylko z obiektem badań.
Powiedziała też, że jeżeli profesora coś uraziło, to jest gotowa
przeprosić go nawet na zebraniu Instytutowym, ale odwołać tego nie
może, bo jesteśmy przekonani o swojej racji. Wreszcie profesor po
trzech godzinach rozmowy powiedział: „Chciałem was strasznie ukarać
zabraniając wam przez kilka tygodni obecności na zebraniach naukowych,
ale tego nie zrobię”. Wychodząc podziękowaliśmy, że nas nie ukarze.
Nigdy potem nie doznaliśmy od niego żadnej przykrości, przeciwnie po
dwóch tygodniach zostałem awansowany.
Po kilkunastu latach kolega, który wówczas był młodym naukowcem,
powiedział nam, że nasze wystąpienie zrobiło na nim wielkie wrażenie i
wyciągnął z niego wnioski dla siebie.
W Instytucie
człowiek w tych ciężkich czasach czuł się bezpiecznie. Ja osobiście
doznałem objawów tej koleżeńskiej solidarności. Nasz kolega przyjechał
z Afryki gdzie zajmował się oświatą miejscowej ludzkości. Na zebraniu
opowiadał o swojej misji. Profesor, który nie był pracownikiem naszego
Instytutu, ale był członkiem naszej Rady Naukowej zabrał głos i
powiedział, ze nie potrzeba uczyć czarnuchów, bo i tak będą głupi. Nie
wytrzymałem i powiedziałem: „Jako biolodzy wiemy, że istnieje tylko
jeden gatunek człowieka. Pana ojciec - nauczyciel, którego znałem
osobiście, nigdy by nie zaakceptował takiej wypowiedzi”. Na to ów
profesor: „Kto nie jest szowinistą ten jest gnidą! Ja pana obleję na
przewodzie doktorskim!” Koledzy mnie pocieszali, że nic mi nie może
zrobić. Na początku mojego przewodu doktorskiego ów Profesor
powiedział, że on udowodni słabość mojej wiedzy i wobec tego proponuje,
aby mianować mnie doktorem bez przewodu doktorskiego.
Janina i Jan Wojciech
Dobrzańscy w terenie koło wsi Krześlin, rok 1991
Od lewej Julita
Korczyńska, Janina Dobrzańska i Jan Wojciech Dobrzanski
w terenie koło wsi
Krześlin, rok 1991
Była to
propozycja perfidna, ponieważ system doktoratu bez przewodu
doktorskiego był stworzony dla awansowania ludzi politycznie
„pozytywnych” a nie mających odpowiednich kwalifikacji. Rada naukowa
odrzuciła jego propozycję i został otwarty przewód doktorski. Ów
profesor zarzucał mnie gradem pytań, na które odpowiadałem, dodatkowo
zmobilizowany spodziewaną wielką agresją. Profesor w pewnym momencie
spytał, dlaczego nie zastosowałem fenomenu palca, żeby sprawdzić czy
mrówki kierują się węchem. Odrzekłem na to, że zastosowałem nie tylko
fenomen palca, ale i fenomen łopaty i badanym mrówkom to nie zakłóciło
ruchu. Wywołało to wybuch śmiechu na sali. Profesor jednak pokazał
klasę, na jaką nie każdego stać, stwierdzając, że omylił się, ponieważ
kolega Dobrzański jest dobrym zoologiem i że będzie głosować za
nadaniem mu stopnia doktora.
Zakład Neurofizjologii IBD
pół wieku temu. Wspomnienie
Teresa Górska
Poniższe
wspomnienie dedykuję przede wszystkim najmłodszym pracownikom
Zakładu Neurofizjologii, uczestnikom studium doktoranckiego i młodym
asystentom, dla których nazwisko Jerzego Konorskiego,
twórcy Zakładu, może być tylko pustym dźwiękiem
lub wywoływać mało skojarzeń, a okres w historii Polski,
który opisuję, jest znany jedynie z opowiadań ich
dziadków. Korzystam więc z rocznicy
90-lecia powstania Instytutu Biologii Doświadczalnej, by opisać jak
wyglądał Zakład Neurofizjologii przed 50 laty, by zdali sobie
sprawę, jak ogromny skok w tematyce i metodach badawczych
nastąpił w ciągu tego pół wieku, jak ogromnie
rozrósł się Zakład, a równocześnie, jak
bardzo się zatomizował i stracił tę niezapomnianą
atmosferę, którą potrafił kreować wokół
siebie prof. Konorski
i która
towarzyszyła memu pokoleniu w pracy naukowej w tamtych latach.
Teresa Górska i
Jerzy Konorski. W tle Stanisław Dryl.
Jak
wiadomo, Instytut Biologii Doświadczalnej im.
Marcelego Nenckiego
przeżywał w swojej historii trzy etapy:
1. okres
od swego powstania w 1918 r. do 1939 r., tj. początku II wojny
światowej;
2. okres odbudowy
Instytutu, który ze
względu na zniszczenie Warszawy został zlokalizowany w Łodzi i
3. okres, który trwa
do chwili obecnej, tj. od
momentu, gdy Instytut Nenckiego w 1956 r. przeniósł się z
Łodzi do specjalnie wybudowanego na ten cel budynku przy ul. Pasteura 3
w
Warszawie. Moje wspomnienie dotyczyć będzie tego ostatniego okresu,
a dokładniej okresu późnych lat 50. i
wczesnych lat 60., gdyż
lata te przypadły na
okres świeżo po moim zatrudnieniu (od 1957 r.) w Zakładzie
Neurofizjologii, kierowanym przez profesora Jerzego Konorskiego
i najlepiej utrwaliły się w mojej pamięci. Od razu powiem,
że okres ten był okresem rozkwitu Zakładu, Mekką
do której przyjeżdżali liczni naukowcy z zachodu i
wschodu oraz miejscem, w którym o nauce mówiło się
przez duże N i w którym panowała niezapomniana atmosfera
naukowa. Atmosfera ta była w ogromnej mierze wynikiem wybitnej
umysłowości
i osobowości prof. Konorskiego, gdyż umiał on w sposób
rzadko spotykany przekazywać swoim asystentom poczucie uczestniczenia w
wielkiej i ważnej sprawie.
Profesor Jerzy
Konorski
Do takiej
atmosfery Zakładu przyczyniało się także i to, że liczni
pracownicy
Instytutu zatrudnieni jeszcze w Łodzi, w tym prof. Jerzy Konorski i jego żona prof.
Liliana Lubińska,
prof. Włodzimierz Niemierko
i prof. Stella
Niemierko – oboje biochemicy, oraz m.in. wielu asystentów
Zakładu Neurofizjologii, np. W. Kozak, W. Ławicka, I.
Łukaszewska, B. Żernicki, E. Fonberg, R. Tarnecki
i in., a także laboranci, np. nieoceniony p. Rosiak, który zajmowal
się opieką pooperacyjną zwierząt, spędzając
bezsenne noce przy psach i kotach, p. Marysia Raurowicz,
jego córka, która była instrumentariuszką na sali
operacyjnej i uczyła nas, razem z prof. Lucjanem Stępniem,
neurochirurgiem, robienia operacji, p. Z. Wawryszewska, laborantka
prof.
Lubińskiej i inni, mieszkali w pokojach na terenie
Instytutu,
zarówno na III jak i częściowo na II piętrze
głównego gmachu Instytutu oraz w części mieszkalnej
budynku Zwierzętarni. Wynikało to z faktu, że w tym okresie nie
było mowy o zdobyciu mieszkania w Warszawie i dopiero w latach 60. pracownicy, przeniesieni z
Łodzi, dostawali mieszkania
przydziałowe i powoli zwalniali pokoje w głównym gmachu
Instytutu. W rezultacie Instytut był zarówno miejscem pracy jak i
miejscem zamieszkania, granice więc
między
czasem pracy a czasem prywatnym były płynne. Sprzyjało to
przechylaniu szali czasu w kierunku pracy naukowej, tym bardziej, że
świat nas otaczający w końcu lat 50. i
na początku lat 60. był
siermiężny, szary i bez pokus, przesiąknięty ideologią
marksistowsko-leninowską, biedny, nasze pensje były głodowe,
itp. Głównym strojem odróżniającym czas pracy od
czasu prywatnego był więc biały fartuch stale noszony w
laboratorium, zamieniany najwyżej na fartuch granatowy wkładany na
czas prowadzenia doświadczeń. Nic
więc
dziwnego, że w tak ubogiej i niezachęcającej rzeczywistości
praca naukowa pozbawiona elementów ideologizacji wydawała się
czymś niezwykle pociągającym, sprawą, której warto
się było poświęcić, która umożliwiała
samorealizację i dawała pole do kreatywności, otwierała
wrota do innego nieznanego nam wtedy świata (o wyjeździe
zagranicę dopiero pod koniec lat 50. można
było zacząć marzyć) i w której wyniki
zależały w większym stopniu, niż w innego typu pracy, od
włożonego wysiłku.
Profesor
Konorski i współpracownicy. Rząd pierwszy, od lewej - Stefan
Brutkowski, H.E. Rosvold (gość Zakładu z National Institutes of Mental
Health, Bethesda, USA), Jerzy Konorski, Zofia Afelt, drugi rząd - Hanna
Chorążyna, Elżbieta Jankowska, Elżbieta Fonberg, Bogusław Żernicki,
trzeci rząd - Stefan Sołtysik, Irena Łukaszewska, z tyłu - Kazimierz
Zieliński, Teresa Górska, Jadwiga Dąbrowska
Jak wyglądały więc badania naukowe
prowadzone w
Zakładzie Neurofizjologii w tym okresie?
Badania
te były
zdominowane przez problematykę analizy właściwości
ruchowych odruchów warunkowych, których istnienie i podstawowe
zasady opisał już w latach 1930. Jerzy Konorski
wraz ze swoim kolegą Stefanem Millerem. Jak to opisał w swej
autobiografii (4) J. Konorski
urodził się w
1903 r. jako syn adwokata mieszkającego w Łodzi.
Po
uzyskaniu matury w 1921 r zaczął studiować na Uniwersytecie
Warszawskim matematykę, ale po roku przeniósł się na
psychologię, a później znów po roku na medycynę,
którą ukończył w roku 1929 ze specjalizacją w psychiatrii.
Studia na tych dwóch ostatnich wydziałach podjął
poszukując odpowiedzi na nurtujące go od młodości pytanie,
jak funkcjonuje mózg i jakimi metodami można go badać. W
monografii swej pisze, że wiedza, jaką zdobył na Uniwersytecie,
nie przybliżyła go jednak do odpowiedzi na te pytania. Jednak
będąc na medycynie w 1927 r. przypadkiem trafił na
świeżo wydaną książkę I.P. Pawłowa,
wielkiego rosyjskiego fizjologa, badacza tzw. wyższych czynności
nerwowych z Leningradu, opisującą badania nad warunkowaniem
odruchów ślinowych. Książka ta wydała mu się
olśnieniem, gdyż jego zdaniem pokazywała metodę badania
zjawisk zachodzących w mózgu. Szybko jednak zdał sobie
sprawę, że warunkowanie odruchów ślinowych, w
których miarą wytworzenia się nowych połączeń
asocjacyjnych w mózgu jest reakcja wydzielania śliny na bodziec
początkowo obojętny, np. dźwięk metronomu, nie bierze pod
uwagę całej gamy innych zachowań organizmu, jak np.
różnych form zachowań ruchowych lub inaczej zachowania
dowolnego. Ogarnięty tą myślą, w prymitywnych warunkach
laboratoryjnych,
wypożyczonych mu przez prof. J.
Segala, kierującego
wydziałem psychologii na Wolnej Wszechnicy Polskiej w Warszawie,
wypróbował wraz ze swoim kolegą S. Millerem wyuczenia psa
(kupionego zresztą za własne pieniądze), wykonywania ruchu
zginania i unoszenia tylnej kończyny na początkowo obojętny
bodziec dźwiękowy. Ruch kończyny był wywoływany przez
drażnienie nogi zwierzęcia słabym prądem i po jego
wykonaniu pies dostawał kawałek kiełbasy. Ku uciesze Konorskiego
i Millera pies, po kilku dniach treningu, nauczył się wykonywania
ruchu unoszenia tylnej kończyny na bodziec dźwiękowy, bez
stosowania prądu, po czym zaraz zwracał się w kierunku miski w
oczekiwaniu na kiełbasę. Nauczono też tego samego psa drugiego
ruchu, tj. unoszenia przedniej łapy na bodziec świetlny, przez
wzmacnianie pokarmem ruchu, wywoływanego początkowo przez bierne
zginanie kończyny. Konorski i Miller nazwali takie wyuczone ruchy
odruchami warunkowymi II typu, w odróżnieniu od odruchów
wydzielania śliny badanych przez I.P. Pawłowa, które nazwali
klasycznymi, lub odruchami I typu. Istotną różnicą
między oboma typami tych odruchów był stosunek reakcji
warunkowej do bezwarunkowej: w odruchach warunkowych I typu reakcja
warunkowa
(np. wydzielanie śliny na jakiś bodziec warunkowy, np. dźwięk) była jakościowo
identyczna
z reakcją bezwarunkową (wydzielanie śliny na pokarm
znajdujący się w pysku),
podczas gdy w
odruchach warunkowych II typu reakcja warunkowa (np. wykonanie
wyuczonego ruchu
na jakiś bodziec początkowo obojętny) była jakościowo
odmienna od reakcji bezwarunkowej (wydzielanie śliny na pokarm
znajdujący się w pysku). Konorski
i Miller
zdawali sobie sprawę z ważności swoich wyników dla
badania funkcjonowania mózgu i pierwsze doniesienia o
możliwości wytwarzania odruchów warunkowych II typu
opublikowali już w 1928 r. (6). Napisali także do Pawłowa o
swoich osiągnięciach i Pawłow
przysłał im zaproszenie, dzięki któremu Konorski
przebywał przez 2 lata (1931-1933), a Miller
przez kilka miesięcy, w laboratorium Pawłowa w Leningradzie, gdzie
kontynuowali swoje doświadczenia nad odruchami warunkowymi II typu. Po
powrocie do Polski w 1933 r. Konorski
opublikował wraz z Millerem monografię (5), w której
przedstawili wyniki dotychczasowych badań i opisali dokładnie
procedury używane do wytwarzania tych odruchów. Monografię
tę zakończyli słowami ”Przez wprowadzenie do fizjologii
kory mózgowej odruchu warunkowego typu II-go, włączamy w
zakres badań fizjologicznych obszerną dziedzinę zachowania
ruchowego (postępowania) organizmów, dostępną dotychczas
jedynie psychologii”.
J. Konorski u
Pawłowa, I.P Pawłow - w pierwszym rzędzie piąty od lewej. J. Konorski -
w trzecim rzędzie pierwszy od prawej (w okularach). Leningrad, 1932.
Nazwiska pozostałych współpracowników Pawłowa patrz Acta
Neurobiologiae Experimentalis, 34:645-653.
Po
powrocie z Leningradu
Konorski został zatrudniony przez prof. Białaszewicza,
ówczesnego kierownika Zakładu Fizjologii w Instytucie Biologii
Doświadczalnej im. Nenckiego, gdzie kontynuował swoje
doświadczenia nad warunkami i efektywnością różnych
metod wytwarzania odruchów warunkowych II typu.
Wyróżnił cztery procedury doświadczalne wytwarzania tych odruchów:
1. wzmacnianie
bodźcem bezwarunkowym dodatnim, np. pokarmem, zespołu
składającego się z bodźca obojętnego np.
dźwięku metronomu ( tj. bodźca warunkowego) i ruchu biernego
(np. podnoszenia łapy), prowadzi do czynnego wystąpienia uczonego
ruchu na bodziec warunkowy; metoda ta nazywa się ćwiczeniem za
pomocą nagrody (ang. reward
training);
2.
wzmacnianie
bodźca obojętnego bodźcem bezwarunkowym dodatnim, a nie
wzmacnianie zespołu bodziec dodatni + ruch bierny, prowadzi do
powstrzymania się od ruchu na bodziec warunkowy, a nawet do aktywnego
przeciwstawiana się ruchowi; metoda ta nazywa się ćwiczeniem za
pomocą pozbawienia nagrody (ang. omission
training);
3. wzmacnianie
bodźca obojętnego bodźcem bezwarunkowym ujemnym np. prądem
elektrycznym, a nie wzmacnianie ujemnie zespołu bodziec warunkowy +
ruch
bierny, prowadzi do wytworzenia się odruchu warunkowego II typu w
postaci
ruchu wykonywanego celem uniknięcia wzmocnienia ujemnego (kary); metoda
ta
przyjęła nazwę ćwiczenia reakcji unikania (ang. avoidance
training
);
4. wzmacnianie
ujemnie, np. szokiem elektrycznym, zespołu składającego się
z bodźca warunkowego + ruch bierny, a nie wzmacnianie ujemnie samego
bodźca warunkowego prowadzi do zahamowania ruchu uczonego, a nawet
pojawienia się ruchu przeciwstawnego np. ekstensji, w celu uniknięcia
kary np. w postaci szoku elektrycznego zastosowanego na te kończynę;
metoda ta przyjęła nazwę ćwiczenia za pomocą kar (ang.
punishment
training)
(5, 9). Łatwo zauważyć, że te cztery procedury
doświadczalne wyczerpują metody uczenia określonych ruchowych
form zachowania się zwierząt. Oczywiście w badaniach
najczęściej stosuje się sposoby wyuczenia ruchu czynnego poprzez
wzmacnianie dodatnio w treningu bodźca obojętnego plus ruch bierny,
oraz wytwarzanie odruchu unikania, w którym brak ruchu na określony
bodziec jest wzmacniany ujemnie. Te dwie formy odruchów II typu
zostały także opisane przez amerykańskiego psychologa B.F. Skinnera, który nadał im nazwę
odruchów
(reakcji) instrumentalnych, ponieważ wzmocnienie dodatnie (nagroda) lub
brak wzmocnienia ujemnego (kary) zależą od wykonania odpowiedniej
reakcji ruchowej. Skinner
opublikował swoje
wyniki nieco później (w 1935r.) niż Konorski,
ale ponieważ zrobił to w języku angielskim, nazewnictwo
wprowadzone przez Skinnera
jest bardziej
rozpowszechnione w literaturze niż odruchy II typu, wprowadzone przez Konorskiego i Millera. W
dalszej części tego
wspomnienia obie te nazwy będą traktowane zamiennie.
W świetle powyższych
danych nietrudno zrozumieć, że badania prowadzone w Zakładzie Neurofizjologii w późnych
latach 50. i początku
lat 60. skoncentrowane
były wokół problematyki ruchowych odruchów warunkowych.
Zakład miał jednolitą strukturę z profesorem Konorskim jako
kierownikiem Zakładu i szeregiem asystentów (w sumie ok. 20
osób), z których większość zaczęła
pracować w Instytucie jeszcze w Łodzi i mieszkała na terenie
Instytutu. Każdemu z asystentów prof. Konorski przydzielał
"article_text"osobne zadanie badawcze, mające na celu sprawdzenie lub
rozbudowanie
niektórych hipotez dotyczących mechanizmu odruchów
warunkowych II typu, przy czym zostawiał on swoim
współpracownikom duże pole do samodzielności w ustawieniu
doświadczeń. Jako zwierzęta doświadczalne, zgodnie z
tradycją badań Pawłowa, dominowały psy, kupowane od ludzi z
ulicy, prawdopodobnie od hyclów (dla porządku spisywane były
dane z dowodu osobistego sprzedawcy); doświadczeń na kotach było
początkowo niewiele, podobnie jak szczurów, których
używano w zasadzie tylko do doświadczeń labiryntowych.
Każdy eksperymentator posiadał kilka
(co
najmniej 5) psów doświadczalnych, na których robił
codziennie doświadczenia, co zajmowało mu w zasadzie całe
przedpołudnie. Badania na psach prowadzono w dźwiękoszczelnych
kamerach doświadczalnych budowanych na wzór kamer w laboratorium
Pawłowa. Zajmowały one cały korytarz boczny na parterze.
Każda kamera doświadczalna składała się z 2
części: jednego mniejszego pomieszczenia dźwiękoszczelnego,
w którym znajdował się pies oraz drugiego większego
nazywanego przedkamerą,
w której
znajdował się eksperymentator. Kamera dźwiękoszczelna
wyposażona była w duży stojak, na którym stał pies,
ustawiony przed psem obrotowy karmnik uruchamiany przez
eksperymentatora z
otworem umożliwiającym dostęp do miski z pokarmem (pokarm
gotowany był w kuchni w Zwierzętarni w postaci kaszy z mięsem)
oraz szereg urządzeń do prezentacji bodźców
przeważnie dźwiękowych (metronom, głośniki i
generatory dźwięków). W drugim większym pomieszczeniu
siedział eksperymentator, który przez okno weneckie obserwował
zachowanie psa, włączał bodźce i rejestrował
zachowanie się zwierzęcia. Każdemu eksperymentatorowi
przydzielona była osobna laborantka, której zadaniem było
przyprowadzanie
psów z boksów w Zwierzętarni (każdy pies miał
swój boks) przez podziemny tunel do kamery doświadczalnej,
ustawianie go na stojaku w specjalnych
lejcach, uniemożliwiających zejście ze stołu, pomoc w
zakładaniu opaski na nogę rejestrującej ruchy zwierzęcia
lub w przypadku badania odruchów ślinowych, przylepianie specjalnym
klejem zwanym ”zamazką„ (którego nazwa i receptura
pochodziła
jeszcze z laboratorium Pawłowa) tzw. balonika, do którego
ściekała ślina z wypreparowanej uprzednio przetoki
ślinianki przyusznej. W przypadku odruchów ślinowych
wielkość odpowiedzi na bodziec warunkowy, poprzedzający bodziec
bezwarunkowy, jak i odpowiedzi na bodziec bezwarunkowy (wydzielanie
śliny
w trakcie jedzenia) była rejestrowana za pomocą systemu odpowiednio
skalowanych rurek. W przypadku ruchowych odruchów warunkowych
wzmacnianych
pokarmem najczęściej posługiwano się ruchem
położenia na karmnik przedniej prawej kończyny (trenowanej przy
pomocy ruchów biernych wykonywanych przez laboranta znajdującego
się w kamerze) rzadziej unoszenia tylnej prawej kończyny. Oba te
ruchy służyły także jako wskaźnik wytworzenia odruchu
warunkowego w odruchach obronnych wzmacnianych stosowaniem prądu w
kończynę. Dla rejestracji ruchów na dystalną
część kończyny zakładano opaskę, do której
przyczepiona była gumka połączona z bębenkiem Marey’a.
Ruchy pisaka zamocowanego na błonie
bębenka rejestrowano w przedkamerze
na okopconym
walcu kimografu przesuwającego się z określoną
prędkością. Równe okopcenie walców
kimografów było wielką sztuką i zajmowała się
tym specjalnie jedna laborantka (p. Celinka
Borkowska,
późniejsza laborantka prof. Tarneckiego).
Specjalny duży narożny pokój na parterze był przeznaczony
na składowanie świeżych i odkładanie zapisanych
walców, dla ich utrwalenia. W późniejszym okresie zapis na
okopconych walcach zastąpiono zapisem atramentowym na papierze, co
było dziełem istniejącego w Instytucie dużego warsztatu
mechanicznego (a także stolarskiego, elektrycznego, a później
i elektronicznego), gdyż o zakupie przyrządów w tym okresie
nie było mowy.
Pomimo
tak prymitywnych
warunków doświadczalnych badania prowadzone w Zakładzie
miały często charakter nowatorski na danym etapie rozwoju nauki i
doprowadziły do rozwiązania określonych zagadnień
dotyczących wyższych czynności nerwowych bądź
znaczenia funkcjonalnego określonych struktur mózgowych. Z braku
miejsca omówię tu skrótowo niektóre z nich, natomiast
dokładniejsze omówienie tych zagadnień znajduje się w
referacie wygłoszonym przez prof. Konorskiego
na
pięćdziesięciolecie działalności Instytutu Biologii
Doświadczalnej im M. Nenckiego 1918-1968 (3). Do najważniejszych z
tych osiągnięć należały:
1.
Opracowanie nowego
teoretycznego modelu pokarmowego odruchu warunkowego II typu, wg którego istniejące
połączenia
(asocjacje) między „ośrodkiem” bodźca warunkowego a
„ośrodkiem” reakcji ruchowej mają charakter
zarówno bezpośredni, jak i pośredni, przebiegający
poprzez „ośrodek pokarmowy” (badania W. Wyrwickiej i wsp. na
kozach, u których drażniono boczne podwzgórze). Połączenia
bezpośrednie, tj. asocjacje między ośrodkiem bodźca eksteroceptywnego a ośrodkiem
ruchu, określają jaki
ruch powinien się
pojawić, natomiast połączenia pośrednie, poprzez
ośrodek pokarmowy, wyzwalają ruch zdeterminowany przez pierwsze
asocjacje. W dalszych badaniach wysunięto (S. Soltysik) hipotezę,
że ośrodkiem pośredniczącym w odruchu warunkowym II typu
jest ośrodek głodu, należący do kategorii odruchów
napędowych, który zawiaduje czynnościami związanymi ze
zdobywaniem pokarmu, natomiast drugi ośrodek nazwany ośrodkiem konsumacyjnym, który zawiaduje
aktem spożywania
pokarmu, powoduje zahamowanie ośrodka głodowego. Stwierdzono
także, że połączenia asocjacyjne między ośrodkiem
bodźca a ośrodkiem ruchu mogą być różnej
siły. Np. odruch II typu, w postaci zgięcia kończyny,
wywołany działaniem rytmicznego bodźca dotykowego (tzw.„dotykałki”) umieszczonego na dystalnych
częściach kończyny uczestniczącej w odruchu,
mógł występować u
względnie nasyconych zwierząt , a
więc
głównie poprzez pobudzenie drogi bezpośredniej.
Właściwości te zanikły po przecięciu
włókien nerwowych łączących okolicę
czuciową i ruchową kory mózgowej i po tej operacji bodziec
dotykowy zrównał się swą siłą z innymi
stosowanymi bodźcami eksteroceptywnymi,
jak np.
słuchowymi lub wzrokowymi (C. Dobrzecka, J. Konorski).
Koza z
implantowanymi elektrodami, obok Czesława Dobrzecka.

Prof. Konorski
przypatruje się doświadczeniom na kozach - koza zachowała się zgodnie z
przewidywaniami.
2.
W szeregu prac
poświęconym roli
bodźców kinestetycznych w odruchach warunkowych II typu, wykonanych
u szczurów, kotów i psów stwierdzono (E. Jankowska
, T. Górska, W. Kozak), że aferentacja
z kończyny wykonującej ruch nie jest
konieczna ani dla wywołania wyuczonej reakcji ruchowej, ani nawet dla
wytworzenia ruchowego odruchu warunkowego, z wyjątkiem odruchów
wytwarzanych przy użyciu ruchów biernych. Inne odruchy wytwarzane
metodą wzmacniania pokarmowego ruchowych odruchów bezwarunkowych
(jak np. odruchu drapania lub czyszczenia) można było wytworzyć
równie łatwo u deafferentowanych zwierząt, jak u zwierząt
nie operowanych,
jakkolwiek ruch instrumentalny
był mniej precyzyjny. Ponadto stwierdzono (R.Tarnecki),
że wzmacnianie pokarmowe ruchu unoszenia kończyny, wywołanego
drażnieniem prądem elektrycznym okolicy czuciowej kory
mózgowej, łatwo przekształca się w odruch instrumentalny,
podczas gdy drażnienie okolicy ruchowej kory mózgowej nie prowadzi
do wytworzenia się odruchu instrumentalnego. Doświadczenia te
wykazały, że pierwotna koncepcja Konorskiego i Millera
zakładająca, iż bodziec kinestetyczny generowany przez wykonanie
ruchu jest niezbędny do wytworzenia się ruchowego odruchu warunkowego
jest niesłuszna i wymaga korekty modelu
tych
odruchów.
3.
Badania nad rolą szlaku korowo-rdzeniowego w odruchach instrumentalnych
wykazały, że ogólnie przyjmowana wówczas teza o
niezbędności dróg piramidowych w ruchowych odruchach
warunkowych, stanowiących model
dowolnego
zachowania, wymaga także modyfikacji (T. Górska, E. Jankowska,
badania na psach i kotach). Zależnie od rodzaju badanego odruchu
warunkowego
drogi piramidowe bądź nie grają istotnej roli w wykonywaniu
ruchu (jak np. w prostych, globalnych ruchach kończyn typu zginania),
bądź wywierają na te ruchy wpływ torujący (jak np. w
warunkowym odruchu drapania), bądź też są niezbędne do
wykonania ruchu (jak np. w ruchach chwytania pokarmu).

Przykłady
ruchowych odruchów warunkowych u kotów i psów: w górnym rzędzie od
lewej - odruch drapania; odruch czyszczenia; odruch pocierania
pyszczka, wszystkie wzmacniane pokarmem. W dolnym rzędzie od lewej -
odruch kładzenia łapy na karmik, wzmacniany pokarmem; odruch unikania w
postaci pocierania pyska przednią łapą; odruch unoszenia tylnej łapy,
wzmaniany pokarmem bądź formie odruchu unikania.
4.
Szczególnie ważne i spektakularne wyniki otrzymano w badaniach nad
funkcją tzw. okolicy przedczołowej (badania kompleksowe J. Konorski, W. Ławicka, S.Brutkowski,
I. Stępień i inni). Usunięcie tej okolicy wywoływało
dwa typy zaburzeń: a) silne rozhamowanie hamulcowych odruchów
warunkowych pokarmowych zarówno II typu, jak i I
typu, tj. odruchów ślinowych oraz b) silne zaburzenie reakcji
odroczonych, uwidaczniające się szczególnie wyraźnie
wówczas, kiedy w okresie odroczenia stosuje się bodźce dystrakcyjne (W. Ławicka i J. Konorski,
badania na psach i kotach). Te ostatnie badania prowadzono przy użyciu
metody potrójnego wyboru: zwierzęta miały w okresie odroczenia
pamiętać, w którym z trzech rozstawionych w pewnej odległości
karmników (lewego, środkowego i prawego) zastosowano bodziec
dźwiękowy sygnalizujący miejsce wzmocnienia pokarmowego. Test
ten przeszedł do literatury światowej pod nazwą aparatu
Nenckiego (ang. Nencki apparatus). Wybiórcze uszkodzenia okolicy
przedczolowej
wykazały, że usunięcie części przyśrodkowej tej
okolicy wywołują zespól rozhamowania, natomiast usunięcie
jej części bocznej powodują zaburzenie reakcji odroczonych. Te i
dalsze wyniki doświadczalne nad funkcją okolic przedczołowych
wykonane przez współpracowników J. Konorskiego weszły
na trwale do literatury światowej i stały się podstawą do
zorganizowania w Jabłonnie k/Warszawy w 1971 r. międzynarodowego symposium poświęconego funkcji
okolic
czołowych, w którym uczestniczyli wszyscy wybitni specjaliści
zajmujący się tym zagadnieniem – m.in. W.J.H. Nauta,
H.E. Rosvold, P.S.
Goldman, H.-L. Teuber
z USA; z Kanady B. Milner,
ze Szwajcarii K. Akert
i
wielu innych (7).
5.
Kolejnym dużym
zagadnieniem badawczym był udział podwzgórza i układu
limbicznego w odruchach warunkowych (badania na psach i kotach: E.
Fonberg, S.
Brutkowski, A. Romaniuk). Stwierdzono, że zarówno w
podwzgórzu jak i w jądrze migdałowatym istnieją okolice,
które kontrolują napęd głodowy u zwierząt.
Drażnienie słabym prądem elektrycznym określonych
pól wywołuje wzmożenie pobierania pokarmu (hyperfagia), a ich
usuwanie powoduje czasowe zmniejszenie łaknienia. Odwrotnie istnieją
także punkty, których drażnienie powoduje zahamowanie aktu pokarmowego
i nawet awersje do pokarmu (afagia), a ich usunięcie wzrost
łaknienia. Inne okolice w obrębie podwzgórza i ciała
migdałowatego zawiadują funkcjami obronnymi organizmu, przy czym
dają się wydzielić zarówno okolice, których drażnienie
wywołuje reakcje strachu i ucieczki, jak i okolice, których drażnienie
wywołuje reakcje agresji. Analiza zmian w ruchowych odruchach
warunkowych,
zarówno pokarmowych jak i obronnych, wykazała, że
usunięcie okolic mających związek z pobieraniem pokarmu lub
zachowaniem obronnym organizmu upośledza także odpowiednie odruchy
warunkowe, przy czym zmiany w reakcjach instrumentalnych trwają na
ogół dłużej aniżeli upośledzenie odpowiednich
reakcji bezwarunkowych.
Omówione
wyżej
wyniki w żadnym przypadku nie wyczerpują problematyki badawczej
Zakładu Neurofizjologii w omawianym okresie. Zainteresowane osoby
odsyłam do przeglądowego artykułu Konorskiego
(3). Uzyskane wyniki publikowano prawie wyłącznie po angielsku, ale
głównie w Acta Biologiae Experimentalis (przekształconym w
roku 1970 w Acta Neurobiologiae Experimentalis), czasopiśmie wydawanym
przez Instytut Nenckiego od 1928 r. i wznowionym po wojnie, począwszy
od
roku 1947, a
regularnie dopiero w latach pięćdziesiątych. Dla przykładu,
łączna liczba prac opublikowanych przez pracowników
Zakładu Neurofizjologii w latach 1959-1968 wynosiła ok. 120, z czego
około 70% drukowane było w Acta Biologiae
Experimentalis, około 20% w Biuletynie PAN bądź w doniesieniach
ze zjazdów w krajach Europy wschodniej (z wyjątkiem zjazdów
w ZSSR), a tylko ok. 6% było opublikowanych w czasopismach wydawanych w
krajach Europy zachodniej bądź USA. Ta ogromna przewaga publikacji w
Acta Biologiae Experimentalis była spowodowana izolacją naukową
i brakiem dostępu do szerokiej literatury światowej i wymiany
informacji wynikającej z istnienia „żelaznej kurtyny”. Należy
jednak podkreślić, że dzięki wymianie Acta Biologiae
Experimentalis
z innymi
bibliotekami naukowymi na świecie, Instytut nasz był względnie
nieźle zaopatrzony w czasopisma, co zawdzięczamy ogromnej pracy
ówczesnych pracowników Biblioteki: H. Adlerowi, R.
Głowackiej, J. Sikorskiej i J. Drajsajtelowi.
Warto też dodać, że o ile prof. Konorski
zachęcał nas i nieraz pomagał w pisaniu publikacji, nie
przykładał on żadnej wagi do pisania prac doktorskich,
tłumacząc nam, że ważne są wyniki, a nie stopnie
naukowe. Jednak u większości z nas zdrowy instynkt
zwyciężył, m.in. dlatego
że Polska
Akademia Nauk zezwalała na długotrwale wyjazdy zagraniczne tylko
osobom ze stopniem doktora. Nie istniały też w tym okresie żadne
harmonogramy badań ani też rozliczenia roczne, tak
że pracowało się spokojnie, bez zewnętrznych
przymusów i we względnym komforcie psychicznym.
Nasz
dzień codzienny
był dość typowy dla pracownika naukowego. Nie było, o ile
pamiętam, dyscypliny pracy, pomimo zewnętrznych nacisków
odgórnych jej wprowadzenia, tak że
rozpoczynało się pracę w laboratorium między godz. 9.00 a
10.00.
Doświadczenia kończyły się zazwyczaj koło godz. 13.00
bądź 14.00. Po zakończeniu doświadczeń szło
się do stołówki, (stołówka zajmowała obecny
bufet oraz sale A i B), która była także centrum życia
towarzyskiego. Stołówka (kierowana z poświęceniem przez
p. J. Kwiecińską) była hojnie dotowana przez Instytut i obiad w
niej podawany był podstawowym pożywieniem w ciągu całego
dnia, tak że prawie
wszyscy pracownicy Instytutu
odżywiali się w stołówce. Menu obiadowe nie było
zbyt urozmaicone i składało się zawsze z trzech dań:
zawiesistej, pożywnej zupy, drugiego dania z mięsem za wyjątkiem
poniedziałku, który władze ówczesne ze
względów ekonomicznych ogłosiły dniem bez mięsa,
oraz piątku, z nieśmiertelnym kompotem jako deserem. Wyboru dań
nie było. Czas po obiedzie był przeznaczony na opracowywanie
wyników, czytanie literatury itp. Prace kończyło się
koło godz. 19.00. Wynikało to nie tylko z naszego zamiłowania do
nauki, ale także z pewnej presji wywieranej przez zwyczaje prof. Konorskiego. Sam bardzo dużo
pracując,
wymagał tego bezwzględnie także i od pracowników
naukowych. Było normą, że ok. godziny 17.00 prof.
Konorski, po odpoczynku, wzywał do siebie indywidualnie pracowników
naukowych pytając się ich, jakie mają nowe wyniki.
Przychodził też w czasie doświadczeń do kamer zobaczyć
jak idą doświadczenia i entuzjazmował się, jeśli
wyniki doświadczeń potwierdzały jego robocze hipotezy wyraźnie okazując
radość. Posiadał też rozbudowaną
umiejętność wzmacniania dodatnio swoich asystentów,
cieszył się z każdego nawet najmniejszego wyniku i potrafił
go tak przedstawić w szerokim aspekcie wiedzy, że robił z tego
prawie powieść sensacyjną; wychodziło się
więc od niego z przeświadczeniem, że uczestniczy się
w wielkim procesie poznawczym, znacznie więcej wartym niż inne
przyjemności, w które zresztą życie ówczesne nie
obfitowało. Równocześnie, przy całym zamiłowaniu do
nauki, Konorski
rozumiał zwykle potrzeby
życiowe, troszczył się o nas, pożyczał pieniądze
itp. Przeznaczał też na potrzeby Zakładu pieniądze,
które przysługiwały mu jako członkowi PAN. Był
więc nie tylko mistrzem, ale i przyjacielem,
choć zawsze zachowywano w stosunku do niego należny dystans.
Zgodnie
z
tradycją z laboratorium Pawlowa, w którym w każdą
środę odbywały się zebrania naukowe, także i w naszym
Zakładzie w każdą środę od godz. 16.00 do 19.00. odbywały się tego typu
zebrania. Na zebrania te
przychodziła także grupa neurochirurgów,
współpracowników prof. Lucjana Stępnia z Centrum
Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej PAN w Warszawie, gdyż Konorski żywo interesował się
neuropsychologią kliniczną, w tym szczególnie afazją.
Przychodzili też różni zaproszeni goście, zajmujący
się np. psychologią czy informatyką, którymi to dziedzinami
Konorski
także bardzo się interesował.
Na zebraniach przedstawialiśmy wyniki badań, które Konorski zawsze komentował
wygłaszając
obszerny koreferat. Był on także często jedynym referentem na
zebraniach, na których przedstawiał nam swoje koncepcje dotyczące
pracy mózgu.
Środowe zebranie
zakładu. Stefan Sołtysik dyskutuje z prof. Konorskim.
Środowe zebrania
zakładu.
Od lewej - prof.
Liliana Lubińska, Hanna Chorążyna, Genowefa Szwejkowska, Czesława
Dobrzecka. Po prawej - referuje Guy Santibanez (z Chile).
Do
1956 r.
Polska była krajem zamkniętym, praktycznie bez możliwości
wyjazdu zagranicę, zarówno prywatnego jak i służbowego.
Zmieniło to się w 1957 r. z chwilą objęcia przez W.
Gomułkę funkcji I Sekretarza PZPR (Polskiej Zjednoczonej Partii
Robotniczej). Od tego czasu otworzyły się dla obywateli polskich
pewne możliwości wyjazdu zagranicę. Prof. Konorski
nawiązał wtedy kontakty z Zakładem Fizjologii
Czechosłowackiej Akademii Nauk w Pradze kierowanym przez E. Gutmanna oraz Instytutem
Wyższych Czynności
Nerwowych i Neurofizjologii Radzieckiej Akademii Nauk kierowanym przez
E.
Asratiana, które zaowocowały wspólnym zjazdami naukowymi.
Była to dla nas pierwsza możliwość prezentowania na większym
forum naszych wyników i przełamania izolacji naukowej. Pierwsze
trzy zjazdy odbyły się kolejno: w 1959 r. w Polsce, w 1961 r. w
Czechosłowacji i w 1964 r. w ZSRR (w Armenii). W okresie
późniejszym Zjazdy te odbywały się także
co 3-4 lata w kolejnych krajach i stały się
źródłem licznych przyjaźni i współpracy
naukowej.
prof. J.
Konorski i prof. E.A. Asratian (z prawej), z tyłu Piotr Korda.
Ze zbiorów R. Tarneckiego.
Zdjecie
uczestników IV Konferencji Trzech Instytutów; w centrum na schodach
profesorowie J. Konorski i E.A. Asratian.
Pod
koniec roku 1957, w
ramach „odwilży” politycznej, Konorski
wyjechał na 3 miesiące do
USA celem zwiedzenia
ośrodków
naukowych zajmujących się badaniem czynności mózgu.
Wizyta ta była wielkim sukcesem Konorskiego, gdyż jego fizjologiczne
podejście do analizy zachowania się organizmu znane było z jego
książki pt. ”Conditioned reflexes
and
neuron organization”, wydanej w 1948 r. w
Londynie (1), w której zreinterpretowal wyniki osiągnięte
przez Pawłowa w duchu fizjologii sherringtonowskiej, opartej na neuronalnej strukturze układu
nerwowego. W
odróżnieniu od C.S. Sherringtona,
Pawłow
traktował mózg, a w
szczególności korę mózgową, jako obszar
amorficzny, bez uwzględniania właściwości
poszczególnych komórek nerwowych, w którym
promieniowały, rozlewały się, wzajemnie antagonistyczne procesy
pobudzenia i hamowania, tworząc określone mozaiki punktów
pobudzeniowych i hamulcowych, decydujących o aktualnym stanie
czynności kory. W tym świetle znamienna jest dedykacja swej
książki przez Konorskiego
„I.P.
Pawłowowi i C.S. Sherringtonowi w nadziei, że przyczyni się do
przerzucenia mostu pomiędzy osiągnięciami każdego z
nich”. Warto zaznaczyć, że wydanie tej książki
było źródłem także kłopotów i
przykrości dla Konorskiego. W niektórych kręgach naukowych,
hołdujących ortodoksyjnie marksizmowi, a w fizjologii bezkrytycznie
nauce Pawłowa, zarzucano mu uprawianie „burżuazyjnej
nauki”, co było wtedy przymiotnikiem dyskwalifikującym. Na
szczęście po śmierci Stalina w 1953 r., wraz z nastaniem w 1955
r. „odwilży” w ZSSR, w skutek odcięcia się Chruszczowa
od Stalina, tendencje te ustały, tak
że w 1955 r. Konorski
został wybrany na członka Polskiej Akademii Nauk, czego uprzedniomu
odmawiano.
Pobyt
Konorskiego
w Ameryce w połączeniu ze zmianami politycznymi w Polsce
sprawił, że od roku 1958 Zakład Neurofizjologii i Instytut
Nenckiego stał się miejscem odwiedzanym przez wielu gości
zagranicznych, zarówno ze wschodu jak i zachodu. Dla pierwszych Polska
była przyczółkiem zachodu, dla drugich miejscem styku wschodu
i zachodu. Prof. Konorski był autorytetem, jeśli chodzi o
znajomość badań szkoły Pawłowa, a nasz Zakład
ośrodkiem badań nad fizjologicznymi mechanizmami zachowania się
organizmu. J. Konorski
miał także
renomę wybitnego naukowca. Posiadał niesłychany talent systematyzowania
faktów i tworzenia z nich spójnych teorii, a także rewizji
swoich teorii pod wpływem nowych faktów. Miał przy tym
łatwość słowa i żywy sposób zachowania, co
czyniło go niezapomnianym dyskutantem na wszystkich kongresach i
zjazdach.
Jerzy Konorski
dyskutuje z Mortimerem Mishkinem (z National Institute of Health,
Bethesda, USA), tyłem Wanda Wyrwicka, sala konferencyjna IBD. Ze
zbiorów R. Tarneckiego.
Jerzy Konorski z
Mortimerem Mishkinem w kamerze doświadczalnej.
Jerzy Konorski i
goście: od lewej - C. Pfafmann, N.E. Miller, J. Konorski i H.
Schlosberg. sala konferencyjna w IBD, 1960.
W
sumie w okresie od 1959 do
1972 r. włącznie odwiedziło Zakład Neurofizjologii ok. 315
naukowców z zagranicy (średnio ok. 21 osób rocznie) w tym
36% z USA i Kanady, 22% z krajów Europy zachodniej, 16% z ZSRR, 23% z
tzw.
krajów Demokracji Ludowej i 3 % z innych krajów.
Wśród gości zagranicznych należy wymienić prawdziwe
ówczesne autorytety naukowe, jak M.Brazier,
H.
Grundfest,
H.W. Magoun,
N.E. Miller, J.E. Rose,
H.E. Rosvold, M.
Mishkin,
E. Stellar z
USA; H. Jasper, B. Milner,
W. Penfield
z Kanady; sir E.D. Adrian i H.W. Thorpe
z Anglii; D. Albe-Fessard
i P. Buser z
Francji; R. Granit i A. Lundberg
ze Szwecji; G. Moruzzi
z Włoch; K. Akert i
M. Wiesendanger ze
Szwajcarii; M. Ito
z Japonii; P. Bishop
z Australii; E.A. Asratian
i A.R. Łuria z
ZSRR, i wielu innych. Około 10% gości spędzała w
Zakładzie dłuższe okresy, od 3 tygodni do
3 miesięcy, a 5
osób (wszystkie z USA bądź krajów zachodnich)
przebywała tu od 1-2.5 lat
celem zrobienia
doktoratu lub odbycia stażu po doktoracie (12).
prof. J.
Konorski i Neru.
Ze zbiorów Rekha Photos.
Dla
nas, asystentów
prof. Konorskiego, możliwość słuchania referatów
eminentnych gości zagranicznych na środowych zebraniach naukowych i
opowiadanie im o naszych wynikach było bezcenne, tak ze
względów językowych jak i naukowych. Zaowocowało to
później możliwościami wyjazdu zagranicę do renomowanych
ośrodków, na roczne lub dłuższe staże zagraniczne,
celem prowadzenia doświadczeń i uczenia się nowych metod,
gdyż nazwisko Konorskiego
wszędzie
otwierało nam drzwi. Toteż lata 1960-1970 były okresem licznych
naszych wyjazdów zagranicę. Przyczyniło się to jednak
pośrednio do zmniejszenia spójności Zakładu, gdyż
większość z nas po powrocie, chciało kontynuować
problematykę bądź metody, których się nauczyło
zagranicą i aspirowało do własnych Pracowni. Prof. Konorski
był nadal dla nas wielkim autorytetem naukowym, ale problematyka
związana z teoretycznymi mechanizmami odruchów instrumentalnych
powoli się wyczerpywała na korzyść konkretnych
zagadnień budowy i funkcji różnych układów
czuciowych i ruchowych, zagadnień pamięci, układu limbicznego,
itp. Prof. Konorski mniej uczestniczył w codziennym życiu
Zakładu, gdyż zajęty był pisaniem swej wielkiej monografii pt. „Integrative
activity
of the brain” (2) wydanej w Chicago, w
której zawarł obszerną, ogólną koncepcję
pracy mózgu człowieka i zwierząt. Uznawany był na
całym świecie jako wielki autorytet naukowy, czego wyrazem były
przyznane mu odznaczenia, honorowe członkostwo szeregu zagranicznych
towarzystw naukowych, doktorat honoris causa na Uniwersytecie z
Filadelfii (8),
znalazł się również na ścisłej liście
kandydatów do nagrody Nobla (10). Zmarł w 1973 r. po
ciężkiej chorobie, ale jego szkoła przetrwała i stale
się twórczo rozwija (10, 11). To ostatnie zagadnienie wykracza
jednak poza ramy niniejszego wspomnienia.
Piśmiennictwo
1. Konorski J. (1948) Conditioned
reflexes and neuron organization. Univ.
Press. Cambridge, s.267.
2. Konorski J. (1967)
Integrative activity of the brain. An
interdisciplinary
approach. Univ. Chicago Press, Chicago p. 531. Second
ed. 1970; Tłumaczenie polskie: Integracyjna działalność
mózgu. (1969) PWN Warszawa, 518 s.
3.
Konorski
J. (1968) Badania w dziedzinie fizjologii
mózgu. W: Pięćdziesiąt lat działalności Instytutu Biologii
Doświadczalnej im. M. Nenckiego 1918-1968. PWN Warszawa, s.25-59
4.
Konorski
J. (1974) Jerzy Konorski.
In:
A history of psychology in autobiography. Vol.6.
Appleton-Century Crofts, New York
p. 185-217. Tłumaczenie
polskie: Autobiografia. Kwart. Hist. Nauki 1977, 22: 215-250.
5.
Konorski
J. i Miller S. (1933) Podstawy
fizjologicznej teorii ruchów nabytych. Ruchowe odruchy warunkowe.
Książnica Atlas TNSW, Warszawa, s. 167.
6. Miller
S. i Konorski J. (1928) Sur une
forme
particuliere
des reflexes conditionnels.
Compt.
Rend. Soc. Biol. 99:1155-115.
7. The
frontal granular cortex and behavior. International
Symposium. J. Konorski, H.-L. Teuber,
B.
Żernicki (eds). Acta Neurobiol.
Exp.,
32 (1972) p.117-656
8.
Zieliński K. (1974) Jerzy Konorski
1903-1973.
Acta Neurobiolog. Exp.,
34: 645-653.
9.
Zieliński K. (1984) Teoria odruchów warunkowych Jerzego Konorskiego. Kosmos, 431- 445.
10.
Żernicki B. (1984) Konorskiego
Szkoła
Fizjologii mózgu – Zakład Neurofizjologii Instytutu
Nenckiego. Kosmos, 445-452.
11. Żernicki B. (1994)
Past and present of the Department of Neurophysiology in the Nencki Institute. Acta
Neurobiol.
Exp.,
54:183-190.
12.
Zestawienie zrobione przez autorkę (T.G.) w oparciu o wpisy do
książki gości Zakładu Neurofizjologii prowadzonej przez
prof. J. Konorskiego,
obejmującej lata
1958-1973.
Warszawa,
maj 2008
do
góry strony
Addenda do
wspomnień prof. Teresy Górskiej
Julita
Czarkowska-Bauch
Piękne
wspomnienie napisane przez Panią profesor Teresę Górską o Zakładzie
Neurofizjologii za czasów profesora Konorskiego, skłoniło i mnie do
napisania paru słów.
Moje pokolenie
zetknęło się z profesorem
Konorskim pod koniec lat sześćdziesiątych, a więc po napisaniu przez
niego książki „Integracyjna działalność mózgu”. Na seminaria środowe
ściągali ludzie z najróżniejszych ośrodków w kraju i za granicą.
Przychodziło się, prawdę mówiąc, dla posłuchania profesora. Nawet
najnudniejszy prelegent lub najmniej zrozumiałe seminarium nabierało
fantastycznych barw po zabraniu głosu przez profesora Konorskiego. Był
zawsze przygotowany. Rekapitulował to, co powiedział prelegent w tak
ciekawy sposób, że często dopiero wtedy stawało się jasne (nie rzadko
również dla prelegenta) „co poeta miał na myśli”. Profesor był nie lada
wizjonerem i entuzjastą neurofizjologii i dla młodych ludzi, o niezbyt
ugruntowanej jeszcze wiedzy, jego sposób prowadzenia seminariów był
ogromnie pomocny i atrakcyjny.
Chciałam jeszcze
wspomnieć o innych
zasługach profesora Konorskiego, może prozaicznych, ale dla nas bardzo
ważnych. Trzeba wiedzieć, że staranie się o wyjazd na zachód np. na
staż podoktorski, to była gehenna rzadko uwieńczana sukcesem. Wyjątkiem
był Instytut Nenckiego, bo nazwisko profesora Konorskiego otwierało
drzwi najlepszych laboratoriów na świecie, a równocześnie jakoś
cudownie pomagało przełamać opór władz polskich przed wysyłaniem
naukowców do zagranicznych laboratoriów. Kiedy moje pokolenie dorosło
do „postdoca” czyli w latach siedemdziesiątych, okazało się, że
profesor załatwił dla nas kilka stypendiów fundacji Sloana, które
umożliwiały odbycie staży podoktorskich na Uniwersytecie Pensylwańskim
w Filadelfii. Stało się to możliwe dzięki pomocy profesora Elliota
Stellara (wówczas rektora Uniwersytetu Pensylwańskiego w Filadelfii),
który dobrze znał nasz Instytut, bardzo wysoko go cenił, współpracował
z profesorem Konorskim i profesor Elżbietą Fonberg. W grupie
szczęśliwców znaleźli się: Małgorzata Kossut, Andrzej Michalski,
Krzysztof Turlejski, Andrzej Wróbel i ja. Dziś, kiedy stypendia i
propozycje dla młodych naukowców leżą na ulicy, a świat stoi otworem,
nie są to może fakty wywierające duże wrażenie, ale w tamtym okresie o
tym się marzyło i tylko nielicznym udało się te marzenia spełnić.
Prof. Elliot
Stellar
Podczas
pobytu w Filadelfii, w laboratorium profesora George’a Gersteina,
miałam okazję dowiedzieć się także i o tym, że pod koniec lat
sześćdziesiątych profesor Konorski, po otrzymaniu honorarium za
amerykańskie wydanie książki „Integracyjna działalność mózgu”,
przekazał je do depozytu prof. Stellarowi. Pieniądze te miały zostać
przeznaczone na zakup aparatury badawczej do badań
neurofizjologicznych. Jeśli dobrze pamiętam, chodziło o aparaturę,
która wniosłaby jakąś nową jakość do prowadzonych w Zakładzie
Neurofizjologii badań. Decyzja była niełatwa i zapadła kilka lat po
śmierci prof. Konorskiego, podczas mojego pobytu w Stanach. Na rynku
amerykańskim pojawiły się wówczas komputery tzw. osobiste i
profesorowie Stellar i Gerstein wspólnie zdecydowali, że komputer do
obsługi stanowiska elektrofizjologicznego, to byłoby to! Prof. Gerstein
doszedł jednak do wniosku, że lepiej byłoby za niemal te same pieniądze
kupić dwa komputery w częściach i złożyć je w Polsce. Do realizacji
tego celu potrzebna była nie tylko pewna pomoc finansowa z jego strony
i dobra znajomość komputerów, ale też pomoc na miejscu, w Polsce.
George Gerstein
i Andrzej Wróbel. Warszawa, rok 2004.
Profesor
Gerstein zdecydował się przeznaczyć swój sabbatical na
przyjazd do Polski. Razem z kolegami „wzrokowcami” z Instytutu
Nenckiego złożył i uruchomił komputery, pomógł napisać oprogramowanie
do analizy danych elektrofizjologicznych i po roku zostawił dwa
pracujące stanowiska i przeszkoloną grupę wdzięcznych mu uczniów.
Piszę
o tym, ponieważ bohaterowie mojego krótkiego wspomnienia wyznaczali i
wyznaczają standardy postępowania i cieszę się, że miałam szczęście do
spotkania ich na mojej drodze życiowej.
Warszawa,
lipiec 2008
do
góry strony
Wspomnienia o
Instytucie
Bella
Harutiunian-Kozak
Instytut
Nenckiego jest wyjątkowym ośrodkiem naukowym. Gdy tylko znalazłam się w
Nenckim, odczułam to od razu. Byłam jedną z tych osób, które miały
szczęście pracować w Nenckim w okresie, gdy Instytutem kierowali
Profesorowie Niemierko i Konorski. Instytut był doskonale
zorganizowany, poczynając od biblioteki, a kończąc na warsztatach i
zwierzętarni. Personel techniczny i administracyjny Instytutu tworzyli
wspaniali ludzie. Byli kompetentni i można było na nich polegać. Myślę,
że oni także mieli znaczący udział w osiągnięciach naukowych Instytutu.
Ja i pan
inżynier Józef Folga. Rok 1974.
Już na początku
mojej pracy w Instytucie byłam zaskoczona, jak wielu wybitnych
naukowców zatrudniał Instytut. Panowała w nim wyjątkowa atmosfera
wzajemnej życzliwości pomiędzy pracownikami i kierownictwem Instytutu.
Ja miałam przyjemność być w pracowni W. Kozaka, od którego wiele się
nauczyłam. Wszystko, czego później dokonałam w badaniach nad fizjologią
wzroku i w ogóle w nauce, zawdzięczam wiedzy, którą mi przekazał.
Pracowałam w Nenckim prawie dziewięć lat. Przez pierwsze lata w
Instytucie Nenckiego, starałam się odkryć, w czym tkwi „tajemnica” jego
wspaniałej organizacji pracy naukowej. Kiedy pytałam przyjaciół (a
miałam wielu) wszyscy jednym głosem mówili, „to tradycje Nenckiego”. I
tradycje te były konsekwentnie podtrzymywane przez kolejne pokolenia
naukowców Instytutu. Ogromna w tym była zasługa prof. J. Konorskiego.
Pracownicy
Zakładu Neurofizjologii i goście, pierwszy rząd od lewej, Janek Divac
(gość z Belgradu), prof. Liliana Lubińska, Ida Karmanowa (gość z
Leningradu), Ela Fonberg, Janusz Kulikowski (nad glową Fonberg) i p.
Mosidze (gość z Tbilisi) w tylnym rzędzie, pierwszy z lewej, obok drzwi
- Bolek Srebro. Zdjęcie wykonane w latach 1968-1969.
Goście z Rosji,
uczestnicy Sympozium w Nenckim. W pierwszym rzędzie, od lewej - druga z
rzędu Irena Łukaszewska, nad głową Ireny - Kazik Zeliński (tylko
głowa), z prawej od Ireny w drugim rzędzie Ela Fonberg, następny w
pierwszym rzędzie prof. E. Hasratian z profilu (z Moskwy), obok niego w
ciemnym garniturze - prof. Konorski, obok - Jadzia Dąbrowska, Pavel
Simonow (profil). Zdjęcie wykonane w latach 1968-1969.
Myślę, że
epizod, który teraz przypomnę, pozwoli osobom, które nie znały prof.
Konorskiego osobiście, zrozumieć dlaczego została po nim pamięć
wielkiego Człowieka i genialnego naukowca. Zacznę od tego, że miałam
poważny konflikt z prof. Konorskim. Był rok 70., i prof. Konorski już
wtedy sformułował hipotezę o „gnostic units” („jednostkach
poznawczych”), zgodnie z którą jedna komórka nerwowa w mózgu (neuron)
może odbierać informację wzrokową dotyczącą całości obiektu, na
przykład ręki, lub twarzy i wyspecjalizować się, mieć własny mechanizm
różnicowania i dyskryminacji informacji wzrokowej. Prof. Konorski był
wręcz „zakochany” w swojej hipotezie. Stale mówił o niej na wykładach.
Tak się jednak stało, że raz w rozmowie ze mną, zapytał o moją opinię
na ten temat. Więc powiedziałam mu wprost, że „nic takiego nie ma w
mózgu i być nie może!” Był zaskoczony, ale poprosił o dowód.
Powiedziałam, że zbadałam tysiące komórek wzrokowych i ani jednego
„gnostic unit” nie widziałam. Poza tym informacja wzrokowa ma bardzo
skomplikowane mechanizmy przekształcania i kodowania, nawet jednej
cechy obrazu, a co dopiero całokształtu. Od tego dnia zaczęła się
pomiędzy nami długa dyskusja na ten temat, która trwała kilka miesięcy.
Prof. Konorski zdecydował się uczestniczyć w naszych doświadczeniach.
Uczestniczył w nich dwa miesiące. To było zdumiewające, jak on, mając
ponad 60 lat, jak młody entuzjasta, z niesamowitą energią i ogromnym
zainteresowaniem dążył do wyjaśnienia istoty problemu, poszukując
przekonywujących dowodów istnienia „gnostic units”. To był przykład
prawdziwego naukowca, poświęcającego się w pełni nauce. Niestety,
„gnostic units” nie udało się znaleźć. Myślałam że dyskusja skończyła
się i kontynuowałam pisanie pracy habilitacyjnej, której wkrótce miałam
bronić. Aż tu nagle, Prof. Konorski poprosił mnie do swojego gabinetu.
Okazało się, że absolutne nie zrezygnował ze swojej hipotezy i miał
zamiar kontynuować ze mną dyskusję teoretyczną. Ustalił sam, że mam
codziennie (oprócz środy) przychodzić do jego gabinetu dokładnie o 5-ej
po południu i do 7-ej wieczorem mamy dalej dyskutować na temat tego
problemu. Zaczęła się długa, fundamentalna dyskusja naukowa, a raczej
batalia. Nie miałam zamiaru ustąpić. Byłam pewna, że to ja mam rację,
mimo że przede mną był światowej sławy naukowiec, słynny Konorski. Po
paru dniach ze zdumieniem dowiedziałam się, że cały Instytut z
zainteresowaniem śledzi naszą dyskusję i oczekuje na jej rezultat. Już
po pierwszym tygodniu intensywnych, dosyć emocjonalnych rozmów
telefonowali do mnie naukowcy spoza Warszawy; interesowali się - „kto
zwycięża?”. Mówiłam, że „jeszcze się trzymam”. To trwało dwa tygodnie.
W końcu drugiego tygodnia, gdy zaczęliśmy naszą rozmowę, wyczułam że
Konorski jest rozgniewany. Więc ja też (jak typowa Ormianka)
rozgniewałam się. W pewnym momencie, nie pamiętam już po jakiej mojej
odpowiedzi na Jego kolejne pytanie, Konorski zerwał się z krzesła,
zamachał gwałtowanie rękoma i powiedział zagniewany: „pani Belu, to już
cios poniżej pasa! Koniec dyskusji!”
Prof. Bella
Harutiunian-Kozak. Zdjęcie wykonane w latach 1972-1973.
Wróciłam do
pracowni bardzo przygnębiona. Ze smutkiem rzuciłam napisaną już pracę
habilitacyjną do kąta. Byłam absolutne pewna, że Konorski nigdy nie
pozwoli mi bronić habilitacji. Ale po pewnym czasie przyszła do
pracowni pani prof. L. Lubińska i zapytała, dlaczego jeszcze nie
złożyłam mojej pracy habilitacyjnej. Z wielkim smutkiem w głosie
powiedziałam, że zrezygnowałam z obrony, będąc pewna, że prof. Konorski
nie pozwoli mi bronić pracy. Pani prof. Lubińska ze zdziwieniem
odpowiedziała; „myślałam że jesteś mądrą dziewczyną. Jak można do
takiego stopnia nie znać Konorskiego?!. Przecież to on poprosił mnie,
żebym przyszła do ciebie. Niepokoi się, że opóźniasz kolokwium
habilitacyjne. Masz kilka dni, by złożyć pracę”! Byłam absolutne
zaskoczona. Nagle zrozumiałam, kto zwyciężył. Zwyciężył właśnie
Konorski i to w dziedzinie o wiele ważniejszej, w dziedzinie humanizmu,
szlachetności i sprawiedliwości.
Obroniłam pracę habilitacyjną! I Prof. Konorski był jednym z
recenzentów. W dniu, w którym miałam otrzymać dyplom, w trakcie
posiedzenia rady naukowej, jej przewodniczący, pan prof Niemiecko, był
chory. Dyplom otrzymałam z rąk prof. J. Konorskiego. Dotąd pamiętam
jego słowa: „Pierwszy raz w życiu cieszę się, że Niemierko choruje i
mogę własnoręczne wręczyć ten dyplom Pani Belli Harutiunian-Kozak”. I
taki właśnie był Prof. J. Konorski.
Bella
Harutiunian-Kozak, prof. Aszot Kozak (kiedy mał cztery lata) i prof.
Stanisław Dryl. Rok 1971.
Przywołując
moje wspomnienia z tamtych czasów, chciałam, by ci, którzy je dzisiaj
czytają, widzieli, że tradycja Instytutu Nenckiego to nie tylko jego
osiągnięcia naukowe. Wspaniałe osiągnięcia naukowe Instytutu powstały
nie tylko dzięki oddaniu nauce takich osób jak Prof. J. Konorski, ale
także dzięki szlachetność ich charakterów.
Następne
pokolenie kontynuowało te piękne tradycje. Dla Prof. K. Zielińskiego i
P. prof. B. Żernickiego dobro Instytutu było rzeczą najważniejszą.
Dzięki temu udało się im przeprowadzić Instytut przez lata trudne.
Fotografia grupy
badawczej kierowanej przez Bellę Harutiunian-Kozak. Od lewej - Andrzej
Wróbel, Basia Stachelska (laborantka), B. Harutiunian-Kozak, Krysia
Dec, Krzysztof Turlejski. Rok 1974.
Z kolegami z
Zakładu, od lewej - Janka Dobrzańska, Krysia Dec, B. Harutiunian-Kozak,
Jadzia Dąbrowska, Wojtek Dobrzański. Rok 1974.
Gdy wróciłam do
Armenii w 1974 r., przyszła do mnie po roku, do Erewania, wspaniała
wiadomość. Dowiedziałam się, że dostałam nagrodę Sekretarza Naukowego
PAN za dorobek naukowy. Zostałam przedstawiona do nagrody przez
Instytut Nenckiego. Dowiedziałam się, że niezbędna, bardzo obszerna
dokumentacja została przygotowana i przekazana do komisji przez prof.
B. Żernickiego. Na coś tak wspaniale życzliwego mógł zdobyć się tylko
Boguś Żernicki i mogło stać się to tylko w Instytucie Nenckiego!
Wzruszona, napisałam list do Rady Naukowej z podziękowaniem. Może
zachował się w archiwach? Był skierowany do dyrektora Prof. K.
Zielinskiego.
Mogłabym
jeszcze długo pisać o Instytucie. Mam o nim jeszcze wiele innych,
pięknych wspomnień. Nie sposób jednak przywołać je wszystkie w jednym w
krótkim wspomnieniu. Muszę kończyć. Najważniejsze jednak zostawiłam na
koniec. Po prawie 40 latach badań w dziedzinie fizjologii wzroku,
dopiero teraz mam pewne wyniki, które wskazują, na możliwość istnienia
„gnostic units” Konorskiego. Owszem, jeszcze muszę to sprawdzić, ale
czuję, że Konorski zwyciężył ostatecznie! Był naprawdę genialny!
Erevan,
marzec 2008
do
góry strony
Początki
Stacji Hydrobiologicznej w Mikołajkach*
Wanda Szczepańska
Przeglądając w
Archiwum PAN dokumenty dotyczące Stacji zdałam sobie sprawę, że nie
jest to tylko historia działalności tej placówki, ale wplatać się w nią
będą również wątki z historii naszego kraju z tego okresu z jej
wszystkimi aspektami. Głównie jest to opowieść o człowieku tworzącym
podwaliny tej placówki naukowej i bardzo z nią związanym, historia
życia człowieka nieprzeciętnego, człowieka wielkich pasji, człowieka,
który kochał ludzi i przyrodę , który potrafił syntetyzować zjawiska
przyrodnicze i fakty, tworzyć całościowe obrazy zachodzących procesów
na różnych ich poziomach. Dorobek Stacji powstawał jednak w trudzie
wielu ludzi dobrej woli, ludzi światłych, zdających sobie sprawę ze
znaczenia Nauki.
Sięgam pamięcią
do rozmowy, która odbyła się na Uniwersytecie Warszawskim w gabinecie
dr Kazimierza Tarwida w 1950 r. Poproszono na tę rozmowę Andrzeja
Szczepańskiego i mnie, jego żonę. Oboje jeszcze wtedy studiowaliśmy
zoologię na tej uczelni. Padło wówczas pytanie, czy chcemy wyjechać z
Warszawy i pracować na Stacji Hydrobiologicznej nad zagadnieniami
hydrobiologicznymi. Wśród naukowców zrodziła się bowiem myśl o
rekonstrukcji Stacji Wigierskiej. Stacja ta cieszyła się przed II wojną
światową dużymi osiągnięciami naukowymi o znaczeniu międzynarodowym.
Pracowali tam w tym okresie wspaniali ludzie o wielkich umysłach,
sercach i niezłomnym charakterze, co udowodnili swą postawą podczas
wojny. Historię tych ludzi i ich działalności opisał prof. G. Brzęk.
Decyzja o kontynuacji działalności Stacji Hydrobiologicznej musiała
zapaść, bo rozpoczęto pierwsze ruchy na szachownicy zdarzeń.
Dr K. Tarwid i
A. Szczepański wyruszyli, aby zorientować się w stanie Stacji
Wigierskiej. Oględziny musiały jednak wypaść niekorzystnie, bo obaj
panowie pojechali dalej w poszukiwaniu innego miejsca. Po wielu
wędrówkach znaleźli się w centrum Pojezierza Mazurskiego w Mikołajkach.
Na wschód od Mikołajek znajduje się największe jezioro w Polsce –
Śniardwy, na zachód i na północ – jeziora różnej wielkości i trofii. A
ponadto wielka rozmaitość drobnych i okresowych zbiorników leśnych i
śródpolnych – co za bogactwo możliwości badań w tak różnorodnych
ekosystemach wodnych! Wróć my jednak do sprawy Stacji Wigierskiej.
Tereny, na których umiejscowiona była ta Stacja były jeszcze wtedy
(1948-1950) pełne powojennego niepokoju, jeszcze niezbyt bezpieczne. W
tej sytuacji zdecydowano się ostatecznie na umieszczenie Stacji
Hydrobiologicznej w Mikołajkach. 11 lipca 1951 roku Departament Nauki w
Ministerstwie Szkół Wyższych i Nauki wydał dokument o utworzeniu Stacji
Hydrobiologicznej w Mikołajkach. Pismo to skierowano do Instytutu
Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego, jednostki macierzystej tej
świeżo powołanej Stacji. Dyrektorem Instytutu im. M. Nenckiego był
wówczas prof. Jan Dembowski.
A co ze Stacją
Wigierską? Budynek byłej Stacji Hydrobiologicznej został przekazany w
marcu 1953 roku na cele szkolnictwa. Przekazania tego dokonał prof. J.
Dembowski, który był wówczas marszałkiem Sejmu R.P. Wracam do
osobistych wspomnień, cofając się nieco w czasie. W 1950 roku
przychodzi na świat nasz syn Marek. Oboje z Andrzejem kontynuujemy
jeszcze studia. Andrzej w tym czasie pracuje równie ż jako asystent w
S.G.G.W. u prof. Michajłowa organizując ćwiczenia dla studentów tej
uczelni. Za mną są dwa lata pracy w Zakładzie Zoologii Uniwersytetu
Warszawskiego u prof. T. Jaczewskiego. Po zajściu w ciążę
skoncentrowałam się na pracy magisterskiej pod tytułem „Wpływ ścieków
na faunę unoszoną w Wiśle”. Podobnie jak moja, praca magisterska
Andrzeja związana była z badaniami zanieczyszczenia Wisły. Andrzej
opracowywał wpływ ścieków na skąposzczety, ja – na chruściki. Do
Mikołajek wyjechaliśmy z Warszawy we wrześniu 1951 roku. Mareczek, nasz
syn, miał wówczas prawie rok i był dla nas dodatkowym jasnym promieniem
w tym pełnym słońca i bardzo ciepłym wrześniu, pierwszym miesiącu
naszej wspólnej pracy na Stacji. Protokół zdawczo-odbiorczy Stacji
został spisany 18 września 1951 roku. Zawierał on dość dokładne dane
dotyczące budynków i ich stanu. Obiekt wybrany na siedzibę Stacji
Hydrobiologicznej należał wtedy do Zarządu Ośrodków Akademickich.
Upoważnionym do przekazania obiektu Instytutowi im. M. Nenckiego był
Edward Dąbrowski z Z.O.A. w Olsztynie. Przekazanie nastąpiło odpłatnie.
Instytut Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego przekazał do
wypłacenia na konto Ekspozytury ZOA w Olsztynie kwotę 34 351 zł.
Ponieważ na przekazywanym terenie pozostało trochę rzeczy po ośrodku
żeglarskim, który miał w Mikołajkach swoją bazę, Ministerstwo
Szkolnictwa Wyższego wyraziło zgodę na, tym razem nieodpłatne,
przekazanie Stacji Hydrobiologicznej sprzętu wodnego, a mianowicie: 2
motorów do łodzi, 1 śrubokrętu, 1 siekiery, 4 pilników, 1 przecinacza
do drzewa i 1 młotka żelaznego. Jeśli podaję te dane, to czynię to by
uświadomić czytelnikom, z jakim majątkiem zaczynaliśmy pracę na Stacji.
Główny budynek stacyjny był to dość duży, dwupiętrowy gmach z wieloma
pokojami i dodatkowymi zabudowaniami. Niedaleko znajdowała się przystań
na łodzie. Pokoje zastaliśmy nie umeblowane. Zajęliśmy dwa pokoje na
parterze z małą łazienko-kuchnią . Początkowo do spania służyły dwa
rozłożone na podłodze sienniki. Chyba dopiero po dwóch latach
dostaliśmy prycze wojskowe oraz szafki. Z Warszawy zabraliśmy jedynie
trochę garnków, pościeli i nieco ubrań . Byliśmy bardzo młodzi, więc
sprawy bytowe nie były dla nas ważne. Był w nas wielki entuzjazm, a u
mnie jeszcze wiara w możliwości Andrzeja, wiara w życie i wartość tego,
czego zamierzaliśmy dokonać . Oboje też ufaliśmy sobie nawzajem. I na
tym budowaliśmy zręby naszego wspólnego życia i wspólnej pracy. Są więc
w tych wspomnieniach zawarte nie tylko fakty, ale również nasze myśli i
emocje. Już w 1951 roku zaczęły napływać kwoty pieniężne na
zagospodarowanie. Prezydium Rady Ministrów przekazało Stacji kwotę w
wysokości 150 000 zł. W lipcu 1952 roku Stacja otrzymała następne kwoty
– najpierw 100 000 zł, następnie 30 000 zł. Ta ostatnia kwota powinna
była być rozliczona już w sierpniu tego samego roku, w przeciwnym razie
dotacja ta zostałaby cofnięta, a dalsze subwencje zatrzymane. Piszę o
tym, aby przypomnieć, jakie wtedy napotykaliśmy ograniczenia w
dysponowaniu pieniędzmi. W rezultacie kupowało się często rzeczy
niezbyt potrzebne, czasem niezbyt dobrej jakości. Musimy też zdać sobie
sprawę ze skromnego wówczas zaopatrzenia firm, jak i z tego, że wybór
firm upoważnionych do sprzedawania Instytutom swoich produktów był
bardzo ograniczony. Pociągało to za sobą dużą i niepotrzebną
rozrzutność w wykorzystaniu funduszy państwowych. Kierownik Stacji
starał się kupować sprzęt rzeczywiście potrzebny, a kwota 30 000 zł
została chyba dobrze rozliczona, bo Stacja otrzymała dalsze sumy
pieniężne – na inwentarz (szafy, stoły i łóżka – 15 000 zł) i na dalsze
urządzenia, początkowo 10 803 zł, a następnie jeszcze 14 671 zł. W
tymże 1952 roku sfinansowane zostały również badania nad zachowaniem
larw Molanny, jednego z gatunków chruścików. Prace te prowadzone były
przez A. Grębeckiego, L. Kuźnickiego i R. Kinastowskiego, wówczas
pracowników prof. J. Dembowskiego. Pod koniec grudnia 1952 roku Stacja
otrzymuje kolejną kwotę pieniężną, 4 890 zł. Zostały zakupione między
innymi mikroskop i lornetka. Jednocześnie otrzymaliśmy też przydział na
kupno samochodu terenowego „Lublin” i przydział bonów na paliwo. Bony
na paliwo ważne były na terenie zamieszkiwanego województwa.
Ograniczenia dotyczyły również zużycia prądu. Bardzo dokuczliwy był
ponadto brak wystarczającej ilości środków czystości, mydła i proszku
do prania. W 1952 roku zatrudnieni zostają nowi pracownicy –
Kraszewska, Gutowska, Wolert. Krystyna Gutowska zostaje zatrudniona
jako kucharka w miesiącach letnich, gdy przy okazji badań terenowych
wzrasta liczba osób. Manfred Dżeik pracuje jako laborant. Tadeusz
Gortatowski, który pracuje od samego początku jako mechanik przechodzi
na etat kierowcy. Pod koniec 1952 roku Stacja odstępuje Polskiemu
Towarzystwu Geograficznemu dwa pokoje i „zielony domek”. Stacja ma
również udostępnić pomieszczenia na kursy naukowe dla studentów
geografii. PTG ma prowadzić na terenie Mazur badania morfometryczne,
klimatologiczne i hydrograficzne. Pracownikami zostają Maria i Adam
Synowcowie. Pod dokumentem zatwierdzającym współpracę podpisali się
profesorowie Jan Dembowski, S. Leszczyński i J. Kondracki. W 1953 roku
rozpoczynają pracę na Stacji Inga Wasilewska i Albina Kosicka. Wśród
papierów z 1953 roku znalazłam ciekawą adnotację, cytuję: „Niniejszym
komunikuję, że Maks Dżeik (również pracownik od chwili powstania
Stacji) został zatrzymany przez organa Milicji Obywatelskiej za zabicie
świni bez zezwolenia”. Wydaje mi się, że został wtedy zatrzymany na dwa
tygodnie. Nie muszę chyba dodawać, że Dżeikowie hodowali świnie na
własny użytek. No cóż, takie to były czasy... . Wróćmy raz jeszcze do
roku 1952. Już wtedy Andrzej dostaje upoważnienie do występowania w
imieniu Instytutu w sprawach Stacji. Jeszcze jedna sprawa z tego okresu
warta jest wspomnienia.
Nowy
gospodarz na tle głównego budynku Stacji
Chcę trochę
więcej powiedzieć mianowicie o naszym samochodzie marki „Lublin”. Był
to duży samochód terenowy, nadający się do przewozu i ludzi i sprzętu,
z małą łodzią włącznie. Przewóz pracowników odbywał się na odkrytej
platformie, nawet w chłodne i deszczowe dni. Jego kierowcą został
Tadeusz Gortatowski, który już wcześniej pełnił funkcję mechanika.
Wspominam jego osobę ze szczególnym sentymentem. Był on pracownikiem
Stacji od samych jej początków aż po swoje przejście na emeryturę.
Żadne słowa nie są w stanie wyrazić głębokiej wdzięczności, jaką jestem
mu winna za uratowanie życia mojemu starszemu synowi Markowi.
W 1953 roku
Stacja dokonuje dalszych zakupów. Kupujemy sprzęt pożarniczy, od
Ministerstwa Żeglugi otrzymujemy tokarkę i trzy silniki benzynowe
przyczepne do łodzi. Występujemy o przydział pokostu, minii i bieli
cynkowej – dóbr ściśle reglamentowanych, a tak niezbędnych do
konserwacji taboru pływającego. Wśród pism z tego okresu znalazłam też
i takie z prośbą o dostarczenie na potrzeby Stacji 2 kg mydła i 5 kg
proszku do prania. W związku z pracami nad Molanna
i jej geograficznym rozmieszczeniem. Stacja otrzymuje łódź desantową,
łatwą w obsłudze i dość szybką. Na Stacji zaczynają być organizowane
kursy szkoleniowe. Pierwszy kurs zorganizowany przez Ministerstwo Szkół
Wyższych dla 40 studentów odbył się w 1952 roku i trwał dwa letnie
miesiące. W lecie 1953 roku odbył się następny kurs, a kilku
pracowników naukowych przy tej okazji wykonało również własne badania
terenowe. Profesor Jan Dembowski w piśmie do II Wydziału PAN podkreśla
znaczenie Stacji i konieczność jej rozbudowy. Wkrótce Stacja otrzymuje
1 500 000 zł na inwestycje, takie jak założenie centralnego ogrzewania,
odnowienie budynku, umeblowanie, wyposażenie pracowni chemicznej.
Zamierzano też wybudować warsztat, garaż i magazyn z materiałów
pochodzących z rozbiórki poniemieckich baraków wojskowych. Kupiono
ponadto deski na remont pomostu w przystani. W tym samym okresie
zaczęto też myśleć o rozbudowie Stacji – budowie 25 mieszkań 3-izbowych
i adaptacji do celów mieszkaniowych istniejących budynków. Pismo w tej
sprawie zostało podpisane przez dyrektora administracyjnego Instytutu,
B. Gastmana. Jednak we wrześniu 1953 roku sprawy rozbudowy zostają
odłożone na późniejszy termin z powodu braku kredytów. Do dzisiaj
planów tych w ich postaci sprzed 50 lat nie udało się zrealizować .
Personel Stacji w latach 1951 – 57 przedstawiał się następująco: Mgr A.
Szczepański, p.o. kierownika pracujący od 1951 r.; mgr W. Szczepańska,
st. asystent, pracująca od 1951 r.; mgr St. Kosicki, st. asystent (od
1953 r.); mgr A. Kosicka, st. asystent (od 1953 r.); mgr Z. Malanowski,
adiunkt (od 1957 r.). Personel techniczny: technik 1 etatu, 2
laborantów, 2 pracowników warsztatu. W roku 1953 Stacja posiadała dwie
motorówki i 4 małe łodzie wiosłowe. Pracownie wyposażone były w
niezbędny sprzęt naukowy. Ogrodzono też teren obejmujący znaczny obszar
lasu. Jednocześnie z prowadzeniem prac remontowych, gromadzeniem
aparatury i sprzętów i tworzeniem warunków dla przyjmowania gości z
zewnątrz, pracownicy Stacji prowadzili własne prace badawcze. Kiedy na
Stacji pojawił się w otoczeniu swych asystentów prof. Marian Gieysztor,
zaczęliśmy wraz z nim badania nad fauną drobnych zbiorników śródleśnych
i śródpolnych. Andrzej rozpoczął przygotowania do druku pracy: „Analiza
populacji skąposzczetów dna Wisły pod Warszawą”, wspólnie zaś
wykańczamy prace prowadzone przez dr. K. Tarwida: „Ocena rybacka
stosunków biocenotycznych w jeziorze Tajty”, przy czym Andrzej
opracowuje Oligochaeta, ja – Trichoptera.
Kończę też opracowanie pracy magisterskiej. W 1955 roku zostaje
wydrukowana praca Andrzeja „Die schwebende Fauna des Krutynia-Flisses”.
Zbierając materiały do tej pracy zastosowano zmodyfikowaną siatkę
Apsteina. Tej zmodyfikowanej siatki użyto po raz pierwszy zbierając
materiały do pracy „Uwagi o makrofaunie unoszonej w Wiśle”
przygotowanej przez K. Tarwida, J. Fabiszewską i W. Szczepańską
(Polskie Archiwum Hydrobiologii, 1953). Andrzej, aby lepiej rozpoznać i
zrozumieć występujące w jeziorach zróżnicowania fauny rozpoczyna
badania fizycznych warunków je powodujących, poczynając od
przezroczystości i temperatury wód jeziornych. A ja... pamiętam –
siedziałam kiedyś na pomoście i zastanawiałam się nad swoimi planami
badawczymi. Ciężko mi było przestawić się z ruchliwych wód Wisły na
pozorny bezruch wód jeziora. Marzyłam, więc o powrocie do tak bliskich
mi zagadnień ruchu. I tak powstała myśl, by badać wpływ falowania na
larwy chruścików osadzające się na stałych przedmiotach. Nie wiedziałam
jednak jak mierzyć wielkość falowania w określonym miejscu. Z pomocą
przyszedł mi Andrzej. Opracował aparat do mierzenia wysokości fal.
Wszystkie wymyślone przez Andrzeja aparaty były proste w konstrukcji i
doskonale funkcjonowały. Niestety uległy one zniszczeniu, a Stacja nie
posiada ich prototypów
Kierownictwo
Stacji nie mogło zapomnieć o sprawach związanych z budową i remontami.
W roku 1955 przeprowadzono prace przy pogłębieniu przystani. Nadal
jednak część zabudowań i niektóre urządzenia nie nadawały się do
dalszej eksploatacji. W 1958 roku rozebrano 2 baraki, w których mieścił
się warsztat i garaż, a rozbiórka dwóch dalszych stawała się coraz
bardziej nieunikniona. Główny budynek był niewystarczająco uzbrojony,
brakowało w nim wody i gazu, słabe były instalacje elektryczne, a piece
czynne były tylko w części budynku. Odczuwaliśmy też dotkliwy brak
mieszkań dla pracowników naukowych. Coraz bardziej zdawaliśmy sobie
sprawę z konieczności doinwestowania Stacji. W związku z tym w 1958
roku dokonano oszacowania trwałości budynków. Trwałość głównego budynku
określono na 90 lat i miał być on poddany kapitalnemu remontowi.
Trwałość budynku letniego, przebudowanego w 1934 roku ze stodoły
została oszacowana na 30 lat (budynek ten został ostatecznie rozebrany
w 1998 roku). Tymczasem w porcie zbudowano hydrofornię i magazyn
materiałów pędnych. Wyremontowano też altanę. Na te remonty
przeznaczono 59 922 zł. Głównym tematem naukowym przedstawianym przez
Andrzeja na Radzie Naukowej Instytutu, nad którym jego zdaniem winna
pracować Stacja Hydrobiologiczna był „Bilans energetyczny jezior”. Rada
zaakceptowała ten temat. Andrzej zdawał sobie jednak sprawę , że
podejmując ten temat zderzy się z trudnościami w zdobyciu nowoczesnej
aparatury. Próbując ją zdobyć , napisał w uzasadnieniu:
„Wyposażenie
Stacji w sprzęt i aparaturę potrzebną do prowadzenia tych prac drogą
zakupu w większości przypadków nie jest możliwe, gdyż ani przemysł, ani
zakłady zagraniczne nie produkują większości potrzebnej aparatury na
sprzedaż. Znajdujące się na różnych stacjach aparaty są przeważnie
prototypami skonstruowanymi bądź przez warsztaty odpowiednich placówek,
bądź przez specjalistyczne warsztaty precyzyjne, np. heliostat do
pomiaru zachowania się energii promienistej w masie wodnej znajduje się
jedynie w Biologicznej Stacji Morskiej w Sewastopolu. Limnofotometr do
pomiarów wygaszania światła znajduje się w Instytucie Botaniki
Fizjologicznej w Uppsali, ponieważ tam go skonstruowano.
Limnoaktynometr pomysłu prof. E. Stenca znajduje się w Zakładzie
Geofizyki U.W. Zakup takiego aktynometru nie jest możliwy ponieważ
istnieje on w jednym egzemplarzu. Jeśli Stacja do swych badań będzie
musiała zastosować limnoaktynometr, to jedynym rozwiązaniem będzie
wykonanie go. Oczywiście termostat potrzebny do tego trzeba będzie
zakupić. Sprowadzenie aparatury z zagranicy za wszelką cenę wydaje mi
się niewskazane, choćby ze względu na dewizy. Należy podnieść jeszcze
jedną okoliczność. Na Stacji istnieje bardzo duża dysproporcja między
wyposażeniem do badań terenowych i laboratoryjnych. Aparatura
laboratoryjna, nawet najwyższej precyzji, jest znormalizowana i
dostępna drogą zakupu (np. mikroskopy czy mikrotomy). Natomiast sprzęt
do prac terenowych nie jest znormalizowany i nie produkuje się go
seryjnie, ze względu na dużą zmienność typów, które muszą być
dostosowane do warunków terenu. Pewnym rozwiązaniem jest budowa tego
rodzaju aparatów w warsztatach Politechniki. Warsztaty te traktuj ą
takie zamówienia jako dodatek do głównych zadań i wykonanie przyrządu
trwa dlatego bardzo długo, wymaga przygotowania dokumentacji i wskutek
polityki finansowej jest bardzo kosztowne. Przykładowo wymienić można
kołowrót Altmana, za którego Politechnika bierze 2 500 zł . Wykonany w
warsztatach Stacji kalkulował by się około 200 zł, czas wykonania około
tygodnia. W takim samym stopniu pozostają koszta batometru Bernatowicza
4500 do 500 zł. Oparcie się o warsztaty Politechniki utrudnia znacznie
wprowadzenie racjonalizacji w toku prowadzonych badań, gdyż należałoby
wówczas wysłać aparat na szereg tygodni do Politechniki, co w czasie
badań terenowych nie jest możliwe. To samo dotyczy konserwacji i
remontów bieżących aparatury. Dlatego też wydaje się słusznym
wykonywanie tego rodzaju prac we własnych warsztatach Stacji. Należy
zaznaczyć, że Stacja posiada warsztaty i odpowiednio wykwalifikowanych
robotników. Planowane maszyny przeznaczone są na unowocześnienie
warsztatu. W Mikołajkach nie ma stoczni i wszystkie prace remontowe
zmuszeni jesteśmy prowadzić we własnym zakresie sposobem gospodarczym.
Dotyczy to remontów bieżących, jak też i okresowych. Polski Rejestr
Statków kontrolujący stan taboru i nadzorujący remonty stawia duże
wymagania, a nie usunięcie usterek powoduje cofnięcie świadectwa
zdolności żeglugowej i tym samym unieruchomienie jednostki. Wykonanie
postawionego przed Stacją planu badań naukowych w dużym stopniu zależne
jest od sprawności taboru pływającego. Jako ilustracja niech posłuży
następujący przykład. W dniu 17.08.1955 wskutek najechania na mieliznę
uległ zgięciu wał napędowy motorówki „Bielik”. Naprawa wału trwała 2
godziny, a poszukiwania warsztatu posiadającego większą tokarnię trwały
2 dni. Przez te 2 dni samochód nasz jeździł od POM-u do POM-u i nikt
nie chciał się podjąć naprawy. Dopiero okręgowe warsztaty PGR
udostępniły swe maszyny pracownikom Stacji dla przeprowadzenia naprawy.
Najbliższa stocznia znajduje się w Płocku... Sprawność naszego taboru
pływającego w dużym stopniu zależna jest od sprawności naszych
warsztatów. Warsztaty nasze poza pracami dla Stacji obsługują potrzeby
Zakładu Hydrobiologii Doświadczalnej oraz na podstawie umowy między
Instytutem Nenckiego a Instytutem Geografii PAN, Stację Naukową IG PAN,
znajdującą się także w Mikołajkach.”
Wypowiedź tę
zacytowałam niemal w całości, ponieważ dobrze ona charakteryzuje, i
trudności, z jakimi borykał się wtedy Andrzej, i tło
społeczno-gospodarcze ówczesnej Polski. Oświadczenie Andrzeja zostało,
jak się wydaje, przychylnie przyjęte przez kierownictwo Instytutu
Nenckiego. Warsztaty Stacji produkowały bowiem później wiele
potrzebnych do badań aparatów, prowadziły też remonty silników.
Niewiele więcej dokumentów z początków Stacji uchowało się w Archiwum
PAN. Jedną z ostatnich informacji z tego okresu jest datowana na
7.02.1959 roku wiadomość , że Stacja otrzymała barkę (tzw. koszarkę).
Na barce tej, ciągniętej za motorówką, przewędrowaliśmy wiele jezior
naszego pojezierza. Wspominam te wyprawy z wielkim rozrzewnieniem,
lubiłam bowiem to cygańskie, wędrowne życie. Profesor Jan Dembowski do
chwili swojej śmierci był nie tylko dyrektorem placówki macierzystej,
ale i naszym duchowym opiekunem. Podkreślał on zawsze wielkie znaczenie
Stacji i otaczał pracowników serdeczną opieką. Wspominam jego i jego
żonę jako ludzi o nieprzeciętnej kulturze i wiedzy i wielkiej
skromności. Z chwilą ich odejścia Stacja przestała mieć opiekunów.
Następny dyrektor Instytutu nie był zainteresowany badaniami
hydrobiologicznymi, toteż Stacja stała się Instytutowi niepotrzebna. 24
kwietnia sporządzony został protokół zdawczo-odbiorczy pomiędzy
Instytutem Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN w Warszawie,
reprezentowanym przez dyrektora Instytutu prof. Włodzimierza Niemierko
i z-cę dyrektora ds. administracyjnych Ludwika Choińskiego i Zakładem
Ekologii PAN w Warszawie, którego dyrektorem by ł prof. Kazimierz
Petrusewicz – z-cą dyrektora ds. administracyjnych Zbigniewem
Chomiczem. Wydawało nam się wówczas, że kończy się coś wspaniałego dla
nas i dla Stacji. Były to, zwłaszcza dla Andrzeja, bolesne chwile.
Trzeba jednak się było znaleźć w nowej rzeczywistości, więc historia
Stacji potoczyła się dalej, a my pracowaliśmy pod dyrekcją profesora
Petrusewicza.
Autbiografia
Leszek Kuźnicki
Leszek
Kuźnicki
NA
STACJI HYDROBIOLOGICZNEJ W MIKOŁAJKACH*
W okresie
1952-56 działalność badawczą prowadziłem w laboratorium i w „terenie”.
„Terenem” była Stacja Hydrobiologiczna Instytutu Nenckiego w
Mikołajkach oraz Wielkie Jeziora Mazurskie. Obiektem badań
laboratoryjnych w Łodzi, a od jesieni 1954 w Warszawie, był orzęsek
Paramecium caudatum, a w Mikołajkach przede wszystkim larwa chruścika
Molanna angustata.
Stacja
Hydrobiologiczna w Mikołajkach powstała dzięki Andrzejowi
Szczepańskiemu, jej wieloletniemu kierownikowi, i Janowi Dembowskiemu.
Pierwszy był pasjonatem limnologii i nie wyobrażał sobie życia
osobistego i naukowego poza obszarem Wielkich Jezior Mazurskich, drugi
uważał, że placówka biologiczna o takiej tradycji jak Instytut
Nenckiego nie może istnieć bez stacji hydrobiologicznej. Było więc
sprawą oczywistą, że odradzający się po zniszczeniach wojennych
Państwowy Instytut Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego powinien,
podobnie jak przed 1939 rokiem, obejmować również stację
hydrobiologiczną. Przed wojną w jego ramach działały aż trzy stacje: na
Wigrach, w Helu i w Pińsku.
O tym, że Stacja
w Mikołajkach podjęła pracę, a wszystkie formalności związane z
przejęciem budynków i terenu zostały pokonane, dowiedziałem się,
uczestnicząc w rozmowie Jana Dembowskiego i Andrzeja Szczepańskiego. 2
lipca 1951, w przerwie obrad ostatniego dnia I Kongresu Nauki Polskiej1
profesor zapowiadał Szczepańskiemu rychły przyjazd na Mazury z
paroosobową ekipą. Z Janem Dembowskim do Mikołajek wyjechali wkrótce:
żona Wiktoria Stanisława oraz asystenci – Jadwiga Dąbrowska, Barbara
Fedecka i Andrzej Grębecki. Moja nieobecność w tym składzie wynikała ze
zmiany stanu cywilnego. W sierpniu 1951 wyjechałem na pierwsze
małżeńskie wakacje do Ustki. Mój kontakt ze Stacją Hydrobiologiczną
rozpoczął się w ostatnich dniach czerwca 1952. Wraz z Andrzejem
Grębeckim i Włodzimierzem Kinastowskim tworzyliśmy trójkę, która miała
realizować letni program badawczy, zaprojektowany przez Dembowskiego
nad etologią larwy chruścika Molanna angustata. Uzupełniała nas w
niektórych tygodniach Władysława Chodorowska, asystentka z Zakładu
Hydrobiologii tworzonego przez Romualda Klekowskiego w Instytucie
Nenckiego.
Larwa Molanny
buduje domek z piasku, który jest jej stałym schronieniem aż do czasu
przekształcenia się w owada. Po odwróceniu domku na grzbiet larwa
próbuje, wychylając się, przywrócić go do położenia normalnego.
Dembowski postanowił sprawdzić, czy w możliwie jednorodnych warunkach
istnieją indywidualne preferencje zachowań larw po odwróceniu domku na
grzbiet. Pracowaliśmy w pokojach o szczelnie zasłoniętych oknach, przy
jednorodnym świetle padającym z góry, notując zachowanie larw
umieszczonych na przesianym piasku. Larwę odwracało się delikatnie na
grzbiet i zapisywało kierunek udanych i nieudanych wychyleń. Prace te
nie przyniosły spodziewanych wyników. Rozkład wychyleń larw Molanna
angustata był przypadkowy.
Po tych
niepowodzeniach namówiliśmy prof. Dembowskiego, aby w następnym sezonie
letnim 1953 wyraził zgodę na przeprowadzenie przez naszą trójkę
ilościowych badań rozmieszczenia Molanna w strefie brzegowej jeziora
Mikołajskiego, Bełdanów, Śniardw i jezior do Śniardw przyległych. Same
prace na jeziorach zajęły nam prawie dwa miesiące. Związane to było z
chorobą Włodka, który nie był w stanie całymi godzinami przebywać na
łódce lub w wodzie. Efektem tych badań było doniesienie zamieszczone w
„Ekologii Polskiej” (1954) oraz obszerna publikacja w „Polskim Archiwum
Hydrobiologii”2.
Leszek
Kuźnicki z Dembowskimi, rok 1952
Larwy Molanna
występowały w osłoniętych trzciną i sitowiem zatoczkach, unikały
stanowisk otwartych, w szczególności na Śniardwach. Wbrew
dotychczasowym twierdzeniom, dominującym w piśmiennictwie, domek z
piasku nie stanowi żadnego przystosowania wobec silnego falowania, co
potwierdziliśmy również w warunkach eksperymentalnych. Istniała
natomiast wyraźna korelacja w wyborze materiału. Na stanowiskach
osłoniętych ziarenka piasku, z których zbudowany był domek, były
mniejsze, na bardziej otwartych – większe. Praca dotycząca
rozmieszczenia larw Molanna była moją pierwszą dużą publikacją naukową.
W roku 1955, w
drodze na konferencję Młodej Kadry Biologów w Kortowie, byłem w
Mikołajkach „przelotem”. W 1956 nasza działalność na Stacji miała
charakter wyłącznie dydaktyczny. Wiosną tegoż roku prof. Dembowski
wystąpił z inicjatywą zorganizowania w Mikołajkach kursu dla studentów,
poświęconego problematyce regeneracji i etologii zwierząt bezkręgowych.
Część pierwszą, dotyczącą regeneracji, prowadziłem wspólnie z
Włodzimierzem Kinastowskim, część etologiczną – przede wszystkim doc.
Rasza Szlep i prof. Dembowski. Organizacja była sprawna, wyżywienie
znakomite, a zajęć z etologii niezbyt wiele.
Profesor
Dembowski po Zgromadzeniu Ogólnym Polskiej Akademii nauk w czerwcu 1956
był, jak nigdy przedtem, przygnębiony i apatyczny. Po krytyce
dotyczącej działalności PAN on sam i całe kierownictwo Akademii podało
się do dymisji. Docent Rasza Szlep była już myślami w Izraelu, dokąd
wyjeżdżała na stałe. Opuszczając Mikołajki pod koniec sierpnia, nie
miałem wątpliwości, że zakończyłem pewien etap w życiu naukowym.
STARCIE
Z ŁYSENKIZMEM
Ideologizacja
biologii zaczęła się w ZSRR od sierpniowej sesji Wszechzwiązkowej
Akademii Nauk Rolniczych im. W. I. Lenina w roku 1948, na której Trofim
Denisewicz Łysenko wygłosił odczyt O sytuacji w biologii. Do Polski
nowa biologia dotarła ze znacznym opóźnieniem. W 1949 pod różnymi
hasłami, jak „genetyka miczurinowska”, „nowa genetyka”, „czynny
darwinizm”, była promowana przede wszystkim przez Kazimierza
Petrusewicza, Włodzimierza Michajłowa i Jana Dembowskiego. Wkrótce
większość czołowych biologów polskich przyłączyła się do grona
rzeczników „nowej biologii”, m.in. Teodor Marchlewski, Stanisław
Skowron, Bolesław Skarżyński, a nawet Edmund Malinowski.
W dwa lata po
ogłoszeniu przez Łysenkę (1950) artykułu pt. Nowe poglądy na
gatunek biologiczny3 w ZSRR odezwały
się głosy krytyczne wobec koncepcji „zaradzania”. Na podstawie
pojawiania się w kłosach pszenicy pojedynczych ziaren żyta Łysenko
twierdził, że jest to przykład uniwersalnego w przyrodzie „skokowego”
powstawania gatunków. Poglądy te kwestionowano, ale nadal łysenkizm
energicznie upowszechniano.
W Polsce do
kształcenia młodej kadry badawczej w duchu „nowej biologii”
przywiązywano szczególną uwagę. W tym celu zorganizowano kilka
ogólnopolskich konferencji. Przedstawiając na nich szereg problemów
specjalistycznych, jednocześnie upowszechniano poglądy marksistowskie i
„nową biologię”. Taki charakter miał miesięczny kurs w Dziwnowie
(7.07.-7.08.1952) i konferencja Młodej Kadry Biologów w Kortowie
(18.08-28.08.1953)4. W Dziwnowie nie byłem,
uczestniczyłem natomiast w pierwszej konferencji kortowskiej. Tamże
poznałem moich rówieśników zaliczanych do młodej kadry oraz liczne
grono profesorskie. Uczestniczyli w niej nieznani mi dotychczas
osobiście: Stefan Białobok, Wacław Gajewski, Tadeusz Jaczewski,
Władysław Kunicki-Goldfinger, Teodor Marchlewski, Włodzimierz
Petrusewicz, Zdzisław Raabe, Stanisław Skowron, Wanda
Stęślicka-Mydlarska, Kazimierz Tarwid.
Od schematu
ideologiczno-biologicznego odbiegała II Konferencja w Kortowie latem
1955. Tym razem miała ona charakter typowego zjazdu naukowego,
połączonego z konkursem wyboru 15 najlepszych prac, referowanych przez
przedstawicieli młodej kadry biologów.
Na tę
konferencję Andrzej Grębecki i ja zgłosiliśmy podsumowanie naszych
wspólnych badań eksperymentalnych prowadzonych na pierwotniakach pt. Zagadnienie
stosunku organizmu do środowiska na tle fizjologii »Paramecium
caudatum«. Problem był zasadniczy – czy istnieją zjawiska
grupowe, których nie można wyjaśnić jako sumy reakcji osobniczych, tzn.
czy reakcja osobnika i zespołu są różne jakościowo.
W naszych
badaniach wykazaliśmy jednoznacznie, że ochronny wpływ skupiania
pierwotniaków wobec niektórych czynników toksycznych jest następstwem
kumulowania się ich reakcji. Podwyższona odporność pierwotniaków,
sztucznie 50-krotnie zagęszczonych, nie jest specyficzną reakcją
biologiczną, lecz następstwem warunków eksperymentalnych5.
Nasze wyniki wywołały żywą dyskusję i dość ostry atak ekologów
skupionych wokół prof. Kazimierza Tarwida, którzy byli rzecznikami
hipotez istnienia specyficznych zjawisk populacyjnych i gatunkowych. Z
tej dyskusji wyszliśmy obronną ręką, a uczestnicy konferencji w tajnym
głosowaniu przyznali naszemu wystąpieniu trzecie miejsce.
Nagrodą dla
wyróżnionej piętnastki był pięciotygodniowy wyjazd do ZSRR pod
przewodnictwem prof. Petrusewicza. Liczba miejsc w tej wycieczce
naukowej była ograniczona. Wśród naszej współautorskiej dwójki profesor
Petrusewicz wskazał na Andrzeja. Ten jednak po konferencji w Kortowie
stawał na ślubnym kobiercu i dzięki temu z początkiem września wsiadłem
do pociągu podążającego do Moskwy. Podróż do ZSRR obejmowała zwiedzanie
placówek naukowych w Moskwie, Tbilisi, Erewaniu i Leningradzie oraz
wyprawy terenowe w Gruzji i Armenii. Był to mój pierwszy wyjazd za
granicę i mocno utkwił mi w pamięci. Podczas niego nawiązałem przyjaźń
z kilkoma osobami, w szczególności z Adamem Urbankiem i Zofią
Kielan-Jaworowską.
Najistotniejszym
wydarzeniem tej wycieczki było 5-godzinne spotkanie z T. D. Łysenką w
jego gabinecie na terenie Wszechzwiązkowej Akademii Nauk Rolniczych.
Dyskusja, która się wówczas wywiązała, chwilami przypominała awanturę,
a Trofim Denisowicz w zapale wymachiwał pompką rowerową, która leżała
na biurku. W „pyskówce” z Łysenką uczestniczyli głównie: Adam Urbanek,
Zdzisław Kochański, Gustaw Kerszman, no i sam Kazimierz Petrusewicz.
Dla mnie, Wacława Gajewskiego i kilku innych osób przeszkodę stanowiła
słaba znajomość rosyjskiego. Dzięki roli obserwatora mogłem wiele
dostrzec i wykonać kilka zdjęć. Nagle zrozumiałem, że Łysenko jest w
pewnym sensie znanym już w Rosji fenomenem – powieleniem Rasputina. Z
jednej strony był to człowiek, z którego przebijał prymitywizm
niedouczonego chłopa, a z drugiej głębokie przekonanie o swojej racji i
misji tak w nauce, jak i w praktyce rolniczej ZSRR. Kiedy Łysenko mówił
lub krzyczał, można było łatwo ulec wpływowi jego osobowości i uwierzyć
w niesprawdzone hipotezy.
Kiedy wróciliśmy
do Warszawy, rzuciły mi się w oczy zmiany, jakie zaszły w tym krótkim
czasie w Polsce. Wyraźnie zaczęła narastać fala krytycyzmu do
komunistycznej rzeczywistości. Jednym z jej przejawów było nagłe
przekształcenie się „Po Prostu” z zetempowskiej cegły, której nikt poza
redakcją nie czytał, w rozchwytywany tygodnik polityczny. Po naszym
powrocie redakcja „Po Prostu” zwróciła się do kilku uczestników naszej
wyprawy z propozycją podzielenia się wrażeniami ze spotkań i dyskusji.
Nikt poza mną nie podjął tej propozycji, ale i ja nie byłem szaleńczo
odważny. Tekst, który przygotowałem dla „Po Prostu” ograniczał się
wyłącznie do ostrej krytyki Łysenki na temat mechanizmów ewolucji jako
nieudowodnionych, niespójnych i nie mających nic wspólnego z
darwinowską teorią doboru naturalnego. Poza zdjęciem Łysenki z
zamieszczonym podpisem nie wspomniałem o przebiegu dyskusji, jaka miała
miejsce w Moskwie. Byłem tak ostrożny, że nie potępiłem wszystkiego, co
zaliczano do „nowej biologii”. Wręcz przeciwnie, wyrażałem się z
uznaniem o wcześniejszych publikacjach Łysenki, w szczególności na
temat jarowizacji.
18 grudnia 1955
ukazał się mój artykuł pt. Przerwijmy zmowę milczenia. Darwinizm a
łysenkizm6. To, co po tym nastąpiło, przeszło
wszelkie moje oczekiwania. 19 grudnia rano poprosił mnie do swego
gabinetu w Instytucie profesor Dembowski. Na biurku leżało „Po Prostu”,
a profesor przystąpił do sedna sprawy. „W sprawie pana artykułu
interweniowała Ambasada Radziecka. Miałem przykrą rozmowę. Moim
współpracownikom zostawiam pełną swobodę wypowiedzi na każdy temat, ale
pod pana nazwiskiem jest zamieszczone stanowisko i miejsce pracy. A to
nadaje zupełnie inny charakter artykułowi”. Jedyną sankcją, jaką
otrzymałem za krytyczny stosunek do Łysenki, było pozbawienie mnie
możliwości ponownego wyjazdu do ZSRR.
Na czerwiec 1956
był zaplanowany czterotygodniowy wyjazd wszystkich pracowników Zakładu
Biologii Ogólnej do naszego wschodniego sąsiada. W Zakładzie, nie
licząc Dembowskich, było 15 pracowników naukowych: Maria Brutkowska,
Barbara Fedecka, Jerzy Chmurzyński, Jadwiga Dąbrowska, Janina
Dobrzańska, Jan Dobrzański, Marek Doroszewski, Stanisław Dryl, Andrzej
Grębecki, Włodzimierz Kinastowski, Leszek Kuźnicki, Mala Lasman, Irena
Nowakowska, Rasza Szlep i Eugeniusz Szulc. Pod wodzą profesora cała
czternastka, poza mną, spędziła miesiąc w ZSRR. Jedna sprawa pozostała
dla mnie tajemnicą – czy pozostawienie mnie w kraju było własną
inicjatywą profesora, czy też działał pod wpływem sugestii ludzi z
ambasady ZSRR.
Osoby
interweniujące już 19 grudnia u profesora Dembowskiego miały, jak się
okazało, swoje racje. Po ukazaniu się mojego artykułu nastąpiła lawina
wypowiedzi zamieszczanych zarówno na łamach „Po Prostu”, jak i w innych
pismach. Krytyczna dyskusja wokół łysenkizmu i tak zwanej „nowej
biologii” nabrała takiego rozgłosu, że redakcja „Po Prostu” uznała za
konieczne zwołanie ogólnopolskiej narady. Materiały z jej przebiegu
zostały wydane i stanowią ważny dokument czasów. Przytaczam pierwszą
stronę tego wydawnictwa pod znamiennym tytułem Biologia i
Polityka.
„Dnia 17
kwietnia 1956 w Pałacu Staszica w Warszawie odbyła się narada biologów
zorganizowana przez redakcję „Po Prostu” wspólnie z grupą młodych
biologów. Wzięli w niej udział nie tylko młodzi naukowcy ze wszystkich
ośrodków uniwersyteckich w Polsce, ale także profesorowie, największe
autorytety w kraju. Powstaje pytanie: dlaczego redakcja „Po Prostu” –
pisma młodej inteligencji – zorganizowała tę naradę?
Na temat
sytuacji w biologii, w związku z krytyką Łysenki i Lepieszyńskiej w
ZSRR, było dużo żarliwych wystąpień, ale głównie w kuluarach. Młodzi
naukowcy pragnęli przerwać tę oficjalną „zmowę milczenia”. Jeszcze w
grudniu 1955 ukazał się pod tym tytułem w „Po Prostu” artykuł L.
Kuźnickiego. Artykuł ten zainicjował dyskusję o sprawach biologii. Na
łamach pisma wzięli w niej udział tylko młodzi pracownicy naukowi.
Podsumowanie poruszonych problemów było sprawą trudną, a nawet
niemożliwą ze względu na ich wagę i złożoność. W tej sytuacji grupa
młodych biologów poprosiła redakcję o zwołanie narady, która stałaby
się niejako rozwinięciem i podsumowaniem dyskusji prowadzonej na łamach
pisma”7.
17 kwietnia
byłem w Pałacu Staszica, ale w dyskusji nie uczestniczyłem, chyba
trochę z oportunizmu, aby nie pogarszać stosunków z profesorem
Dembowskim. Po tej naradzie „kręgosłup” łysenkizmu w Polsce został
nieodwracalnie złamany, mimo iż w ZSRR i innych krajach tzw. obozu
socjalistycznego słabł powoli i zamilkł dopiero w połowie lat
sześćdziesiątych.
Mój artykuł,
który stał się przysłowiowym kamykiem uruchamiającym lawinę, nie
podawał żadnych faktów, które nie byłyby uprzednio znane. Nawet
pierwsze wydanie naszego skryptu Ewolucjonizm
(1954) zawierało już wątpliwości co do łysenkowskiej koncepcji
„zaradzania się” gatunków. Jaka więc była przyczyna jego sukcesu? Mój
tekst nie był zuchwały, ale był wolny od serwilizmu wobec symbolu nauki
radzieckiej, którą utożsamiał T. D. Łysenko. Dzięki temu przełamał
barierę strachu. O całej sprawie piszę szerzej, aby odeprzeć padający
współcześnie zarzut, że środowisko ludzi nauki poddawało się biernie
presji ideologii komunistycznej. W moim przekonaniu, właśnie wśród
młodej inteligencji próby nieposłuszeństwa ujawniły się najwcześniej i
z dużą ekspresją. Narada 17 kwietnia 1956 w Pałacu Staszica była w
istocie bardziej polityczna niż naukowa, a jej ostrze skierowane
przeciwko ideologicznej dyktaturze w nauce i pośrednio przeciwko ZSRR.
A miało to miejsce na dwa i pół miesiąca przed krwawo stłumionym buntem
robotników Poznania i na pół roku przed polskim październikiem.
POCZĄTKOWE
BADANIA NA PARAMECIUM CAUDATUM
Badania nad
fizjologią i etologią orzęsków zapoczątkował w Polsce w latach 1919-22
Jan Dembowski studiami nad fizjologią wchłaniania oraz wyborem pokarmu
przez Paramecium caudatum8.
Następnie zajął się problematyką prawidłowości ruchu poziomowego oraz
mechanizmami warunkującymi ujemną geotaksję tego pierwotniaka. Ostatnią
pracę eksperymentalną na Paramecium caudatum prof.
Dembowski wykonał w roku 1945 podczas pobytu w Moskwie9.
Po powrocie do
Polski jesienią 1947, sam już prac eksperymentalnych nie prowadził.
Spośród uczniów Dembowskiego, którzy pracowali w drugiej połowie lat
pięćdziesiątych w Zakładzie Biologii Ogólnej Instytutu im. Nenckiego,
badaniami dotyczącymi fizjologii orzęska Paramecium caudatum
zajmowali się oprócz mnie: Maria Brutkowska, Stanisław Dryl, Andrzej
Grębecki i Mala Lasman10.
Z początkiem
roku 1953 prof. Dembowski zaproponował mi temat rozprawy doktorskiej:
„Analiza zjawisk ochronnego wpływu skupiania Paramecium
caudatum wobec niektórych związków nieorganicznych i
organicznych”11. Proponowany zakres badań był po
mojej myśli, pojawił się jednak pewien problem. Temat, który w tym
samym czasie otrzymał Andrzej Grębecki: „Analiza zjawisk adaptacyjnych Paramecium
caudatum w roztworach związków nieorganicznych i organicznych”12,
był zbliżony do mojego. Nie ulegało wątpliwości, że nasze badania będą
się zazębiać, a nawet w pewnych zakresach pokrywać się ze sobą.
Natychmiast podjęliśmy z Andrzejem zgodną decyzję – pierwszy etap prac
wykonamy wspólnie, a następnie rozdzielimy się. Efektywność współpracy
była dla nas i wszystkich kolegów w Zakładzie zaskoczeniem. W latach
1955-56 opublikowaliśmy, nie licząc doniesień, trzy obszerne prace
eksperymentalne13 oraz na tej podstawie
napisaliśmy dwa teoretyczne podsumowania po polsku i jedno po angielsku14.
Trwałe znaczenie
serii prac ogłoszonych z A. Grębeckim w latach 1955-1956 polegało
przede wszystkim na ustaleniu prawidłowości toksycznego działania jonów
na Paramecium caudatum oraz wyjaśnieniu przyczyn
ochronnego wpływu skupień wobec niektórych czynników trujących.
Na „rynku”
krajowym odnieśliśmy sukces, o czym już wspominałem, referując udział w
Konferencji Młodej Kadry Biologów w Kortowie (1955), natomiast nasza
praca po angielsku przeszła bez większego echa w środowisku
międzynarodowym15.
O ile moja
współpraca z Andrzejem z punktu widzenia efektywności okazała się
bardzo korzystna, o tyle uzyskanie na tej podstawie doktoratu było
pułapką. Chcę z całą mocą podkreślić, iż było to następstwem mojego
wyboru i założonej naiwnie tezy, że zjawiska występujące u Paramecium
dadzą się jednoznacznie rozróżnić na trzy sposoby regulacji równowagi w
układzie pierwotniak-środowisko, a tym samym łatwo będzie rozdzielić
uzyskane przez nas wyniki na dwa doktoraty16.
Założyłem, że w
kulturach pierwotniaczych po pierwsze, występują oddziaływania na
chemizm środowiska, polegające na neutralizacji szkodliwego czynnika, a
dokonujące się poza komórką. Po drugie, samoobrona orzęsków może
polegać na izolacji fizjologicznej, czyli na względnym niedopuszczeniu
szkodliwego czynnika do wnętrza organizmu. Po trzecie, regulacja
naruszonych stosunków może dokonywać się dzięki adaptacji,
umożliwiającej bytowanie w warunkach dość swobodnej penetracji
szkodliwego czynnika do komórki.
Zebrałem duży
materiał doświadczalny, który mógł być uważany za przejaw izolacji Paramecium
caudatum od wpływu toksycznego działania środowiska. Na tej
podstawie przygotowałem maszynopis dwóch publikacji. Krytyczna analiza
wyników przekonała mnie jednak, że bez ilościowych badań nad
przepuszczalnością błony komórkowej zjawiska zaliczane przeze mnie do
izolacji fizjologicznej nie dają się jednoznacznie wyróżnić od
adaptacji orzęsków oraz ich wpływu na środowisko. W efekcie, wyników
badań dotyczących izolacji fizjologicznej pantofelków nigdy nie
opublikowałem. Tym samym nieaktualne stało się wykorzystanie tego
materiału jako podstawy rozprawy doktorskiej.
W 1958 zmieniłem
tematykę badań prowadzonych na Paramecium,
koncentrując uwagę na jego efektorach ruchu, którymi są rzęski. Te
drobne struktury w liczbie kilku tysięcy pokrywają cała powierzchnię
pierwotniaka. Aparat rzęskowy pełnił dwie funkcje: napędową i
sterującą, to znaczy umożliwia pływanie i zmianę kierunku pływania, jak
również zatrzymanie się pierwotniaka. Bez czynników zakłócających Paramecium
pływa, spiralizując w lewo. Natrafiając na przeszkodę lub pod wpływem
czynników chemicznych, odwraca położenie rzęsek (wykazuje rewersję
rzęskową) i w jej następstwie płynie tyłem.
W okresie
1958-61 zajmowałem się poszukiwaniem czynników pozwalających
przyżyciowo unieruchomić pantofelki. W tym celu badałem wpływ działania
wielu związków na aparat rzęskowy. Dwa z nich dały w pełni zadawalający
efekt. W roztworach o odpowiednim stężeniu wodzianu chloralu pantofelki
zostają unieruchomione w wyniku utraty rzęsek17.
Po przeniesieniu do środowiska bez wodzianu chloralu aparat ruchowy
zostaje zregenerowany18. Sole niklawe w
odróżnieniu od wodzianu chloralu okazały się skutecznym immobilizatorem
również i dla wielu innych gatunków pierwotniaków. Stwierdziłem, że
występujące w środowisku jony magnezu i wapnia wykazują wobec jonów
niklawych działanie antagonistyczne i ułatwiają renormalizację funkcji
ruchowych pierwotniaków19.
Opracowane
przeze mnie metody immobilizacji pierwotniaków zostały wykorzystane w
kraju i za granicą do badań elektrofizjologicznych i morfogenetycznych
orzęsków. 20 maja 1962 na podstawie badań dotyczących odwracalnej
immobilizacji Paramecium caudatum, wywołanej przez
niektóre narkotyki i sole nieorganiczne, Rada Naukowa Instytutu
Nenckiego nadała mi stopień doktorski.
Po doktoracie
zainteresowania przeniosłem na problem jonowego podłoża zjawisk
pobudzenia oraz hydrodynamiki ruchu pantofelków. U Paramecium
pobudzenie, któremu towarzyszy zmiana potencjału membranowego, pociąga
za sobą zmiany we wzorach lokomocji: np. w pływaniu tylnym końcem ciała
naprzód (ciągła rewersja rzęskowa), pływanie alternatywne: naprzód - do
tyłu (periodyczna rewersja rzęskowa). Zebrałem wiele faktów
doświadczalnych, wskazujących na podstawową rolę jonów wapnia na
pobudliwość i zachowanie się pantofelków. Niezależnie od charakteru
bodźca reakcja pierwotniaków zależy od poziomu jonów wapnia
zaadsorbowanych na błonie Paramecium. Przy
całkowitym odwapnieniu środowiska pantofelek staje się niewrażliwy na
działanie wszelkich bodźców chemicznych i mechanicznych z wyjątkiem
samych jonów wapnia20, których wzrost stężenia w
wodzie przywraca pantofelkowi zdolność do reakcji na czynniki chemiczne
i drażnienie mechaniczne.
W odróżnieniu od
moich prac indywidualnych, dotyczących odwracalnej immobilizacji Paramecium
i roli jonów wapnia w zjawiskach ruchowych, badania nad zmianami
wzorców pływania pantofelków miały charakter zespołowy. Wpływ surowicy
odpornościowej z królików analizowałem z Jerzym Sikorą21,
natomiast oddziaływania metylocelulozy i jonów niklawych z Andrzejem
Grębeckim i Ewą Mikołajczyk22.
Uwzględnienie
tak zróżnicowanych czynników pozwoliło nam ustalić ogólne prawidłowości
dotyczące zmian wzorców w hydrodynamice ruchu orzęsków kilku gatunków z
rodzaju Paramecium. W środowiskach naturalnych i
warunkach kultur hodowlanych pantofelki te pływają, spiralizując w
lewo, tzn. przeciwstawnie do ruchu wskazówek zegara i przeciwstawnie do
morfologicznego skrętu ciała. Wszystkie czynniki utrudniające pracę
aparatu rzęskowego (homologiczna surowica odpornościowa, jony niklawe,
wzrost lepkości środowiska) wywołują przejście do ruchów
efektywniejszych z punktu widzenia hydrodynamiki, to jest ruchu do
przodu ze spiralizacją prawoskrętną lub do rewersji rzęskowej.
Prace nad
hydrodynamiką ruchu były ostatnimi, które wykonałem z zespołem,
kierowanym przez doc. Andrzeja Grębeckiego i w ogóle ostatnimi, w
których byliśmy współautorami23. 30 czerwca 1967
wyjechałem na roczny staż w Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles.
WYDARZENIA
Z LAT 1965-1967
W lipcu 1966
otrzymałem oficjalne zawiadomienie oraz dokumenty o przyznaniu mi
stypendium NIH na roczny staż „podoktorski” w Department of Zoology,
University of California Los Angeles. Złożyłem wniosek wyjazdowy do
Biura Współpracy z Zagranicą Polskiej Akademii Nauk, która wystąpiła o
promesę wizy amerykańskiej. Kiedy z początkiem października szykowałem
się do drogi za ocean, pracownik Instytutu Nenckiego załatwiający
sprawy wyjazdowe został powiadomiony, że nie ma zgody na mój wyjazd, że
sprawa stażu do USA jest analizowana i decyzja prawdopodobnie nie
zapadnie przed końcem roku. Zrozumiałem, że „czarne chmury” zebrały się
nad moją głową. W Instytucie Nenckiego był to pierwszy wypadek braku
zgody na wydanie paszportu przy wyjeździe na staż podoktorski do Stanów
Zjednoczonych Ameryki. Sprawa miała jednoznacznie charakter polityczny,
gdyż mój wyjazd nie stanowił żadnego obciążenia finansowego dla strony
polskiej. Z dniem wyjazdu otrzymywałem urlop bezpłatny, koszt podróży w
obie strony pokrywałem sam, a stypendium było amerykańskie.

Delegacja polska na doroczne plenarne posiedzenie European Science Foundation. Od lewej: Jacek Kornacki, Monika Haman, Leszek Kuźnicki, Janusz Komender, Jerzy Langer. Strasburg, grudzień 1966.
ROK W
USA
Ukoronowaniem
moich wielomiesięcznych zmagań o zgodę na wyjazd do Ameryki była pełna
przygód podróż do Los Angeles. O świcie pojechaliśmy Wartburgiem na
Okęcie w czwórkę, Basia, Dziunia24, Witek25
jako kierowca i ja z wielką walizką. W tym czasie nasz port lotniczy
był małą, obskurną budą, ale przepisów przestrzegano z wielką
surowością. Moja walizka ważyła ponad 25 kg. Dopłata (w dolarach) za
pięciokilową nadwagę była dla mnie wówczas sumą astronomiczną, nie
miałem jej z czego zapłacić. Na podbój Ameryki ruszyłem z 35 dolarami
diety do zwrotu. Rozpakowaliśmy walizkę i nerwowo selekcjonowaliśmy jej
zawartość. Bez żalu zostawiłem butelkę Wyborowej przeznaczoną na
prezent, a z wielkim żalem książki i słowniki. We łzach pożegnanie i
punktualny start do Londynu. Po godzinie lądowaliśmy na Grünfield pod
Berlinem z powodu awarii radaru w naszym samolocie. Ponowny start odbył
się dopiero po czterech godzinach. Zdawałem sobie sprawę, że wszystkie
moje połączenia: Londyn – Nowy Jork – Nowy Jork – Los Angeles stały się
nieaktualne. Po wylądowaniu na Heathrow zacząłem dramatycznie
poszukiwać przedstawiciela LOT-u, którego nie było przy naszym
spóźnionym samolocie. Heathrow był w okresie wielkiej przebudowy, a 29
czerwca szczytowym dniem przelotów w sezonie letnim. Zupełnie
przypadkowo trafiłem na człowieka ze znaczkiem LOT-u. Ten posadził mnie
w tłumie pasażerów i zabrał bilet. Miałem czekać, aż ktoś z obsługi
lotniska przyniesie mi nowy bilet oraz moją walizkę, która była nadana
na samolot amerykańskiej linii lotniczej PANAM. Jak na szpilkach
czekałem ponad godzinę. Nagle usłyszałem, że ktoś wykrzykuje jakieś
słowo, które może być moim nazwiskiem. Po chwili nie miałem
wątpliwości, gdyż ten ktoś toczył moją walizkę. Pobiegliśmy długimi
korytarzami, wyszliśmy na płytę lotniska. Z walizką w ręku zostałem
załadowany do samolotu linii TWA, z jednym wolnym miejscem. Po paru
minutach kołowaliśmy na pasie startowym.
Port lotniczy
TWA na lotnisku J. F. Kennedy’ego w Nowym Jorku zrobił na mnie
piorunujące wrażenie, nie tylko w porównaniu z Okęciem, ale i Heathrow.
Klimatyzacja, spokój, zamożność, obsługa jak na pokazie mody.
Spojrzałem na zegarek, minęła pora, o której miałem przylecieć do Los
Angeles. Pomyślałem, że prof. Jahn czekający na lotnisku sądził, że po
raz kolejny nie został dotrzymany termin mojego przylotu. Mimo wszystko
byłem w doskonałym humorze, dotarłem do Ameryki, a dopiero dzień
następny byt ostatnim dniem zgłoszenia się. Na lotnisku JFK napisałem
list do Jadzi Dąbrowskiej26 z prośbą o
natychmiastową pożyczkę 200 dolarów przesłaną na adres UCLA.
Lot Nowy Jork –
Los Angeles przespałem i o północy zakończyłem podróż powietrzną.
Minęło 27 godzin od wystartowania z Okęcia. Taksówkarzowi podałem adres
„fraternity”, małego domu bractwa studenckiego, w którym Julek Gruda27
miał zamówić mi lokum. Budynek zastałem ciemny, zamknięty na cztery
spusty. Zdesperowany poszedłem do najbliższego taniego hotelu i
przespałem w nim resztę nocy. Rano zadzwoniłem do pracowni prof. Jahna;
przy telefonie sekretarka Lynn Barnett28.
Przedstawiam się, Lynn jest zaskoczona i natychmiast przechodzi na
szkolny, wyraźny angielski. Sprawdza dokładnie, gdzie się znajduję i
zawiadamia, że za piętnaście minut przyjedzie po mnie Jim Fonseca29.
Jest co do minuty, przedstawiamy się sobie i ruszamy w przejażdżkę po
kampusie uniwersyteckim. Za godzinę mamy dotrzeć na spotkanie z prof.
Tedem Jahnem.
W porównaniu z
licznymi budynkami rozległego kampusu UCLA czteropiętrowy Life Sciences
wydaje się skromną budowlą. Łącznik nad ulicą Buenos Aires Drive
prowadził od niej bezpośrednio z ogromnego kompleksu Health Science.
Pracownia prof. Jahna, Physiology of Protozoa, znajdowała się na
czwartym piętrze. Kiedy przyjechałem w lipcu 1967 pracowało w niej 9
osób: czterech pracowników – prof. T. L. Jahn, dr J. Bovee, J. Fonseca
i L. Barnett, dwóch doktorantów i trzech studentów. Profesor Jahn
powitał mnie nadzwyczaj serdecznie. W czasie następnych sześciu godzin
załatwiałem szereg formalności. Otrzymałem własny, duży samodzielny
pokój laboratoryjny oznaczony numerem 4811. Był bez okna, jak wiele
innych sąsiednich, ale ze znakomitą klimatyzacją, utrzymującą
temperaturę w granicach 21-22°C. Dostałem pięć kluczy do różnych
pomieszczeń w pracowni i drzwi frontowych budynku Life Sciences. Szef
zagranicznych stypendystów (Mr. Hooks) UCLA, wyjaśnił mi konieczność
przedłużenia mojego paszportu, tak aby jego ważność była dłuższa o pół
roku od terminu opuszczenia przeze mnie Stanów. Musiałem też
niezwłocznie się ubezpieczyć.
Julek Gruda
wywiązał się z zadania i miałem zarezerwowane lokum na terenie
„fraternity KKPsi” przy ul. Strathmore Drive 11024. Próba zamieszkania
tamże „z marszu” okazała się jednak niemożliwa do zrealizowania. W
związku z przedłużonym weekendem – l lipca była sobota, a 4 lipca to
święto narodowe, menedżer „fraternity” wyjechał i zabrał ze sobą klucze
do mojego pokoju. Dla mnie był to szczęśliwy zbieg okoliczności.
Jahnowie zabierają mnie na pięć dni do siebie. Wraz z nimi uczestniczę
w dwóch „party”, w sobotę l lipca i w poniedziałek 3 lipca. Była to
znakomita okazja do poznania wszystkich członków Department of Zoology,
ich żon i kilku profesorów z innych wydziałów UCLA. Dodatkową atrakcją
tych dni była wielogodzinna przejażdżka samochodem od Santa Monica do
downtown. Po powrocie do Westwood Village, gdzie mieszkali Jahnowie i
znajduje się UCLA, okazało się, że przejechaliśmy ponad 90 km, a był to
zaledwie niewielki fragment rozległego kompleksu Los Angeles.
Te pięć dni
nadały przyjacielski charakter moim stosunkom z Tedem Jahnem i jego
żoną, Frances30. Było to bezdzietne małżeństwo,
które zaczęło traktować mnie jak swego syna. Ja z kolei starałem się
być im pomocny i zająłem się uporządkowaniem uroczego, ale nieco
zapuszczonego ogrodu Jahnów, znajdującego się na stromym zboczu
wąskiego kanionu. Podczas pracy Ted mnie przestrzegał: „bądź ostrożny,
bo na szczycie czasami wygrzewają się grzechotniki”.
Dom przy
Strathmore Drive 11024, który w tym czasie był wynajmowany przez
„fraternity KKPsi”, stał na dość pochylonym zboczu, wśród imponujących
drzew, platanów. Dla mnie miał same zalety. Przede wszystkim, w
zależności od tempa marszu, znajdował się w odległości 15-20 minut od
budynku Life Sciences. Miesięczny koszt mojego, jedynego zresztą
indywidualnego pokoju z osobnym wyjściem wynosił 100 dolarów, a od
września, kiedy płaciłem kwartalnie z góry, tylko 90. W tej cenie
miałem nie tylko mieszkanie, ale i pełne wyżywienie przez pięć i pół
dnia w tygodniu, to znaczy bez obiadu w sobotę i posiłków w niedzielę.
Prawie wszyscy mieszkający ze mną chłopcy studiowali na wydziale
muzycznym. Bractwo było wesołe i sympatyczne. Wśród trzydziestu
chłopaków znajdował się jeden Murzyn i jeden Indianin. Nie było nikogo,
kto prowadziłby hippisowski styl życia, tak modny w tym okresie i tak
rozpowszechniony wśród młodzieży w Los Angeles. W budynku nikt nie
ćwiczył na żadnym instrumencie. W ciągu roku odbyło się jednak kilka
koncertów zbiorowych.
W kampusie UCLA
były liczne ośrodki sportowe. Regularnie korzystałem tylko z jednego,
pięknie usytuowanego kompleksu basenowo-rekreacyjnego31,
na który wykupiłem sobie roczną kartę wstępu za 8 dolarów. Inną, prawie
darmową atrakcją były regularne przeglądy klasyki filmowej.
Zawdzięczaliśmy ją działającemu na uczelni wydziałowi filmu. Dzięki
temu mogłem raz jeszcze obejrzeć „Kanał” Andrzeja Wajdy i „Nóż w
wodzie” Romana Polańskiego oraz inne nieznane mi osiągnięcia
amerykańskiej i europejskiej produkcji filmowej32.
Wkrótce po
przybyciu do Los Angeles zostałem zaproszony do Foreign Student Center
na spotkanie z nowo przybyłymi na staż podoktorski w UCLA osobami. W
większości byli to naukowcy z Azji. Kraje zza żelaznej kurtyny miały
skromną reprezentację. Z Polski poza mną była pani Chachulska-Julien,
lektor z Uniwersytetu Warszawskiego oraz po jednej osobie z Bułgarii,
Czechosłowacji i ZSRR.
W pierwszych
dniach lipca omówiłem z Tedem tematykę badawczą, którą pragnąłem
realizować podczas rocznego pobytu w jego pracowni oraz sprawy
organizacyjne. Szczególnie istotne było ustalenie, że wykorzystując
nowoczesną aparaturę mikroskopową i filmową, będę kontynuował badania,
zapoczątkowane przeze mnie w Warszawie. Tematem podstawowym będzie więc
forma pracy rzęsek Paramecium podczas pływania w
warunkach hodowli (normalnych) oraz przy mechanicznym zwalnianiu ruchu
w środowisku o podwyższonej lepkości, bądź jonami niklu podczas ich
przyżyciowej immobilizacji. Drugim tematem zaś weryfikacja
eksperymentalna dotychczasowych hipotez wyjaśniających mechanizm
orientacji wertykalnej Paramecium, wykazującego
geotaksję ujemną. Pierwszy temat będzie wspólny, natomiast geotaksją
zajmę się ja. We wszystkich badaniach dotyczących analizy pracy rzęsek
współpracuję z Jimem Fonseca.
Moje plany
badawcze zrealizowałem całkowicie, a uzyskane wyniki miały znaczącą
wagę poznawczą. Do grudnia 1967 zakończyłem indywidualne badania nad
geotaksją. Ujemna geotaksja Paramecium była
problemem badawczym od końca XIX wieku. Wśród wielu proponowanych
wyjaśnień tego zjawiska największe uznanie zdobyła sobie hipoteza
mechaniczna. Zgodnie z nią orientacja „góra-dół” Paramecium
zachodzi dzięki przewadze ciężaru tylnej połowy orzęska, czyli na
zasadzie boi33.
Eksperymentalną
podstawę hipotezy mechanicznej stanowiły obserwacje nad opadaniem
pierwotniaków zabitych lub ich modeli. Wyniki te poddałem weryfikacji,
stosując precyzyjniejsze metody. Wykorzystałem technikę immobilizacji
pierwotniaków solami niklawymi w celu ustalenia pozycji i szybkości
swobodnie opadających żywych orzęsków. U żadnego z badanych gatunków (P.
caudatum, P. aurelia, P. multimicronucleatum, P. bursaria)
nie potwierdziłem założeń teorii mechanicznej. Immobilizowane
pierwotniaki podczas opadania przyjmowały różne pozycje. Szybkość
orientacji kątowej, jak i szybkość opadania wskazywały również, że
mechanizm orientacji przestrzennej Paramecium w
stosunku do pola grawitacyjnego nie może być różnicą ciężarów obu
połówek ciała. Publikacja dotycząca geotaksji Paramecium34
była dobrze przyjęta i wielokrotnie cytowana. Praca ta stworzyła bowiem
podstawy do wysunięcia przez wielu autorów nowej hipotezy wiążącej
geotaksję ujemną z orientacją „góra-dół”, wynikającą z momentu
obrotowego podczas ruchu pierwotniaka.
Podczas pobytu w
pracowni Jahna główny wysiłek skoncentrowałem na znalezieniu metody
bezpośredniej obserwacji i fotografowania rzęsek na powierzchni komórki
pierwotniaka pływającego. W odróżnieniu od ruchu wici, ruch rzęsek był
opisywany jako nieciągły, tzn. składający się z fazy uderzenia
efektywnego i fazy ruchu powrotnego. Taki charakter pracy występuje u
rzęsek, pokrywających komórki różnych organizmów zwierzęcych i u
człowieka. U pierwotniaków, stosunkowo szybko pływających i
wykonujących jednocześnie ruch obrotowy, uchwycenie formy bicia rzęski
jest zadaniem wyjątkowo trudnym. Powszechnie przyjmowano, że u Paramecium
jest on taki sam jak u organizmów tkankowych. Pogląd, że u pływających
pantofelków praca rzęsek pokrywających w liczbie do kilku tysięcy
powierzchnię komórki jest również nieciągła, taka sama jak na
powierzchniach tkanek człowieka i zwierząt, opierał się na obrazach
martwych orzęsków, uzyskanych metodą szybkiego utrwalania za pomocą
roztworu tlenku osmu i chlorku rtęci. Bezpośrednie obserwacje żywych
osobników ograniczały się do stroboskopowego śledzenia rzęsek z profilu
na krawędzi Paramecium. Nikomu do roku 1967 nie
udało się jednak wykonać zdjęć mikroskopowych rzęsek u osobników
pływających.
Zastosowałem
prostą technikę, pozwalającą przezwyciężyć dotychczasowe trudności.
Rzęski (o długości 10-12 µm i przekroju 0,24-0,40 µm) stają się dobrze
widoczne na całej powierzchni u tych Paramecium,
które przebywają przez okres 3-24 godzin w roztworach metylocelulozy o
stężeniu 0,8-1,5%. Zastosowanie przez nas obiektywów immersyjnych
fazowo kontrastowych pozwoliło zarejestrować rzęski na błonie filmowej
lub w postaci fotomikrografów. Ponadto, roztwory metylocelulozy
przyniosły trzy jednoczesne i korzystne dla filmowania efekty. Przede
wszystkim redukowały szybkość pływania samego pierwotniaka, zwalniały
ruch rzęski oraz zwiększały kontrast – rzęska-powierzchnia
pierwotniaka.
Uzyskane przez
nas obrazy podważyły dotychczasowe poglądy na formy ruchu rzęski i jej
odrębność funkcjonalną od wici. U Paramecium
multimicronucleatum pływającego w środowisku o podwyższonej
lepkości rzęska nie wykonuje ruchu naprzód i do tyłu, lecz uderza w
postaci fali spiralnej, wędrującej od podstawy do wierzchołka. Zdjęcia
powierzchni pierwotniaka pływającego w środowisku kultury wykonane z
szybkością 700-4000 klatek na sekundę nie były tak wyraźne, jak w
roztworach metylocelulozy. Można było mimo to sądzić, że ta sama forma
ruchu może mieć również miejsce w warunkach środowiska, a więc przy
normalnej lepkości. U osobnika nieruchomego, który żeruje i napędza
bakterie do swego peristomu, rzęska obserwowana z profilu uderza w
postaci stożkowej. Jest to prawdopodobnie zmodyfikowana i spolaryzowana
fala spiralna mająca postać ślimacznicy o wzrastającym przekroju od
podstawy do wierzchołka.
Nasze wyniki
wywołały duże zainteresowanie, żywą polemikę i w konsekwencji
spowodowały podjęcie dalszych badań w pracowni prof. Jahna oraz w kilku
innych ośrodkach amerykańskich i niemieckich. Przychylano się do naszej
hipotezy, że w środowiskach o podwyższonej lepkości rzęski somatyczne Paramecium
mogą pracować w formie helisy; jednocześnie też większość oponentów
była zdania, że przy normalnej lepkości rzęski pantofelków uderzają w
sposób nieciągły – uderzenie efektywne, a po nim faza ruchu powrotnego,
czyli tak samo, jak u organizmów tkankowych35.
Podczas pobytu w
Stanach wygłosiłem cztery wykłady dotyczące helikalnej natury pracy
rzęsek u Paramecium multimicronucleatum – dwa w
UCLA oraz w Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley i na Uniwersytecie
w Carbondale (Illinois). Każdy był ilustrowany materiałem filmowym. W
rok później cztery filmy tworzące cykl obserwacji dokonanych w UCLA
przedstawiłem podczas III Międzynarodowego Kongresu Protozoologicznego
w Leningradzie (2-10.VII.1969)36. Profesor Jahn
nie uczestniczył w Kongresie Leningradzkim, ale w latach 1968-69
pięciokrotnie na kongresach krajowych i międzynarodowych przedstawiał
nasz film zatytułowany Ciliary activity of »Paramecium
multimicronucleatum«. Body cilia. Pełna
publikacja dotycząca naszych obserwacji rzęsek na powierzchni Paramecium
ukazała się jednak dopiero w roku 197037.
Wynikało to w dużym stopniu z ostrożności prof. Jahna i charakteru
gorących dyskusji, które towarzyszyły prezentacjom filmu.
Roczny pobyt w
Ameryce był dla mnie korzystny nie tylko ze względu na działalność
badawczą w UCLA. Przede wszystkim poznałem wiele osób, z którymi
nawiązałem przyjazne kontakty, a z niektórymi w późniejszych latach
współpracowałem38.
Uzupełnieniem
mojego stypendium była kwota 500 dolarów, które mogłem wydać na udział
w tygodniowej konferencji naukowej. Po konsultacjach z Tedem
postanowiłem wziąć udział w dorocznym zjeździe American Society of
Zoologists, połączonym z Winter Meeting AAAS39.
Obie konferencje odbywały się w Nowym Jorku między 26 a 31 grudnia.
Obrady toczyły się na terenie hotelu Americana, ale część uczestników
zamieszkała również w pobliskim Hiltonie. Należałem do tych ostatnich.
Muszę przyznać, że oba pięćdziesięciopiętrowe hotele, niedawno
zbudowane, zrobiły na mnie duże wrażenie, podobnie jak podczas
zwiedzania Rockefeller University widok działającego komputera.
Na zjeździe
miałem szesnastominutowe wystąpienie i pokazałem czterominutowy film na
temat geotaksji40. Nikt nie mógł mieć
wątpliwości, że u żadnego z czterech badanych gatunków Paramecium
punkt ciężkości nie jest przesunięty do tyłu. Bezpośrednio po mnie
przedstawiał swoje wyniki dr Yutaka Naitoh41,
który był na stażu podoktorskim u prof. Roberta Allena. Od tego czasu
nawiązaliśmy przeszło dwudziestoletnią przyjaźń. Jesienią 1967 poznałem
w UCLA byłych stażystów prof. Jahna: dr. Roberta Rinaldiego i dr.
Donalda Millera. I te kontakty miały swoją późniejszą historię42.
Donald był również uczestnikiem zjazdu w Nowym Jorku i zaproponował mi
wspólny powrót jego samochodem, połączony z parodniowym pobytem w
Carbondale (Illinois).
DROGA
DO NAUKOWEJ SAMODZIELNOŚCI
Po powrocie do
kraju uderzyły mnie duże zmiany jakie zaszły w Akademii i w Instytucie
Nenckiego między czerwcem 1967 a wrześniem 1968. Odwołano ze stanowisk
znane postacie – prof. Stefana Żółkiewskiego, sekretarza Wydziału I;
dyrektora generalnego Edwarda Hałonia; zastępcę sekretarza Wydziału II
– prof. Adama Drozdowicza i szereg innych osób. Na zwolnione stanowiska
zostali powołani młodzi ludzie z mojego pokolenia. Wojciech
Zielenkiewicz został dyrektorem generalnym, zastępcami sekretarzy
wydziałów zostali: w Wydziale II – Kazimierz Zieliński, w Wydziale V –
Henryk Jasiorowski, w Wydziale VI – Mirosław Mossakowski. Zaistniały
też możliwości intensyfikacji kształcenia w placówkach Akademii.
Rozporządzeniem z 15 lutego 1968 Minister Oświaty i Szkolnictwa
Wyższego otworzył możliwości ustanowienia studiów doktoranckich w
placówkach mających uprawnienie do nadawania stopnia doktora
habilitowanego.
Wkrótce po
przyjeździe prof. Jerzy Konorski zaprosił mnie do swojego gabinetu i w
obecności dwóch zastępców do spraw naukowych, prof. Stelli Niemierko i
dr. hab. Kazimierza Zielińskiego, zaproponował objęcie stanowiska jego
zastępcy do spraw ogólnych. Przyjąłem to z nieukrywaną radością. Nie
miałem jednak stopnia doktora habilitowanego i w konsekwencji nie byłem
samodzielnym pracownikiem, a więc otrzymałem tymczasową nominację na
stanowisko pełniącego obowiązki.
Pierwszym
zadaniem do wykonania, do którego się przyłączyłem, było przygotowanie
uroczystości i konferencji 50-lecia istnienia naszego Instytutu43.
Uroczystości jubileuszowe odbywały się w dniach 9-14 grudnia 1968.
Przebieg uroczystości opisałem szczegółowo w „Kwartalniku Historii
Nauki i Techniki”44.
W ramach
obchodów jubileuszowych odbyły się 4 międzynarodowe sympozja. Tematyka
sympozjów odpowiadała problemom badawczym rozwijanym w czterech
zakładach Instytutu Nenckiego: Biochemii (I), Neurofizjologii (II),
Hydrobiologii Eksperymentalnej (III), Biologii Ogólnej (IV).
Podczas
sympozjum IV pt. Fizjologia ruchu pierwotniaków wygłosiłem referat
oparty na wynikach uzyskanych podczas pobytu na UCLA. Dyskusja była
żywa, a główni dyskutanci to: Robert Allen z USA, Michael Sleigh i
Michael Holwill z Anglii.
W pierwszych miesiącach 1969 przygotowałem dysertację habilitacyjną,
która ukazała się w wersji polskiej45 i
angielskiej46. Rozprawa była podsumowaniem i
uogólnieniem prac eksperymentalnych, które w latach 1963-68 wykonałem w
Warszawie i w Los Angeles. Wykazałem w niej, że rzęski u Paramecium
spełniają dwie funkcje: organelli napędowych oraz organelli sterujących
kierunkiem ruchu pierwotniaka. Rzęska jako struktura napędowa zachowuje
się w dużym stopniu jak oscylator, którego mechanizm aktywacji znajduje
się w obrębie samej rzęski. Sterująca funkcja rzęsek, która polega na
zmianach ich położenia w stosunku do podłużnej osi ciała pierwotniaka,
jest przejawem zmian stanu pobudzenia pantofelka. Zjawisku towarzyszy
zmiana potencjału czynnościowego błony zewnętrznej.
W pracy
habilitacyjnej wysunąłem przypuszczenie, że te dwie funkcje rzęsek mają
odrębne jonowe mechanizmy aktywacji. Funkcje napędowe – mechanizm
magnezowy, funkcje sterowania – mechanizm wapniowy. Według mojej
koncepcji, jonowy mechanizm rewersji rzęskowej polega na wyparciu jonów
wapnia, zaadsorbowanych na zewnętrznej powierzchni błony komórkowej –
plazmalemmy. Uwolnienie jonów Ca2+ jest mechanizmem spustowym,
wyzwalającym desorpcję jonów wapnia z układu błon wewnątrzkomórkowych,
które wywołują rewersję rzęskową. Mechanizm rewersji byłby więc
analogiem skurczu mięśniowego. Była to koncepcja przeciwstawna do
„calcium current hypothesis” Rogera Eckerta i jego szkoły, która
zakładała, że w stanie pobudzenia jony wapniowe na zasadzie gradientu
stężeń przedostają się ze środowiska do komórki47.
Niezależnie od interpretacji, jaki jest przypuszczalny mechanizm
działania jonów wapnia w reakcjach ruchowych pantofelków, moja rozprawa
habilitacyjna zawierała wiele nowych i wartościowych informacji z
zakresu fizjologii ruchu rzęskowego. Kolokwium habilitacyjne odbyło się
4 października 1969. Recenzenci byli o mojej działalności naukowej i
dydaktycznej jak najlepszego zdania i mimo kilku podchwytliwych pytań
podczas kolokwium, wykraczających znacznie poza zakres rozprawy, nie
miałem najmniejszych kłopotów z odpowiedziami. W tej sytuacji
zdziwienie i komentarze wzbudził jeden głos przeciw, który powtórzył
się przy kolejnych głosowaniach. W Radzie zasiadał jakiś mój
nieprzejednany przeciwnik.
Uchwała Rady
Naukowej Instytutu nadająca mi stopień doktora habilitowanego została
szybko zatwierdzona przez Centralną Komisję Kwalifikacyjną. Kolejnym
ważnym dla mnie wydarzeniem była decyzja Sekretarza Naukowego PAN z 16
marca 1970, na mocy której zostałem powołany na stanowisko
samodzielnego pracownika naukowo-badawczego48.
POZNANIE
RUCHU OKRĘŻNEGO CYTOPLAZMY U PARAMECIUM AURELIA
Zainteresowanie
ruchem okrężnym cytoplazmy było wkroczeniem w nową tematykę badawczą.
Zjawisko to było słabo rozpoznane, głównie opisywane i analizowane
przez Japończyków. Na początku lat 60. kiedy zajmowałem się odwracalną
immobilizacją, zauważyłem, że technika ta pozwala przez długie okresy
śledzić nie tylko aparat rzęskowy, ale i zjawiska ruchu zachodzące
wewnątrz komórki pierwotniaczej, w szczególności ruch okrężny
cytoplazmy. Obserwacje te postanowiłem wykorzystać po zakończeniu badań
nad ruchem rzęskowym. Orzęski z rodzaju Paramecium
mogą pływać z szybkością do 6 długości ciała na sekundę. Obserwacja pod
mikroskopem i analiza zjawisk ruchowych w ich wnętrzu jest niemożliwa.
Podstawowym problemem metodycznym przy badaniu ruchu cytoplazmy było
więc obranie najkorzystniejszych metod immobilizacji.
Dr Jerzy Sikora,
który na kilka miesięcy przede mną wrócił z rocznego stażu w Edynburgu,
dysponował surowicami odpornościowymi otrzymanymi z królików,
specyficznie skierowanymi w stosunku do antygenów powierzchniowych
określonych szczepów Paramecium aurelia.
Rozcieńczona surowica wprowadzana do środowiska z pierwotniakami
powodowała reakcję immunologiczną, w wyniku której rzęski ulegały
sklejaniu. Jest to bardzo skuteczna metoda unieruchomienia pantofelków
w następstwie zjawisk zachodzących na powierzchni rzęsek. Wydawało się
to szczególnie istotne podczas obserwacji zjawisk zachodzących we
wnętrzu komórki. W tej sytuacji zaproponowałem Jerzemu Sikorze wejście
do organizowanej przeze mnie Pracowni i podjęcie wspólnych badań nad
ruchem okrężnym cytoplazmy. Nie miałem wątpliwości, że propozycja
spotka się z dobrym przyjęciem. Jurek podjął pracę w Zakładzie Biologii
Ogólnej w 1961. Od tego czasu byliśmy w przyjaznych kontaktach, a nasza
współpraca z lat 1965-66 zakończyła się wartościową publikacją.
Wykazaliśmy, że w rozcieńczonych roztworach surowicy – nim jej
działanie doprowadzi do immobilizacji pantofelków – u wszystkich
osobników wywołuje zmianę charakteru pływania. Kierunek spiralizacji z
lewoskrętnego przechodzi na prawoskrętny49.
Jerzy
Sikora
W okresie
1971-76 wspólnie z Jurkiem Sikorą ogłosiliśmy dziewięć publikacji,
poświęconych okrężnemu strumieniowi cytoplazmy wewnątrz Paramecium
aurelia, w tym pięć pełnych prac szeroko dokumentowanych
pomiarami ilościowymi, materiałem fotograficznym i filmowym50.
Rzucały one zupełnie nowe światło na ten charakter ruchu i zawierały
hipotezę molekularnych mechanizmów napędowych. Nasza innowacja
metodyczna polegała nie tylko na zastosowaniu do immobilizacji
pantofelków homologicznej surowicy odpornościowej, ale również na
wykorzystaniu do zapisu ruchu cytoplazmy kryształów integralnych,
wewnętrznych składników orzęsków.
Rejestracja
fotograficzna w mikroskopie polaryzacyjnym dróg zakreślanych przez
kryształy przy wydłużonej w czasie ekspozycji pozwoliła stwierdzić, że:
1. Szybkość ruchu okrężnego cytoplazmy zmienia się wyraźnie w
zależności od behawioru funkcjonalnego komórki. 2. strumień cytoplazmy
płynie tylko przez określone regiony ciała Paramecium,
gdy jednocześnie rozległe obszary cytoplazmy pozostają nieruchome. 3.
Wzdłuż drogi obiegu cyklicznego cytoplazma wykazuje różną szybkość. 4.
Nie ma zależności między szybkością, z jaką przesuwają się kryształy
unoszone przez prąd cytoplazmatyczny, a ich odległością od żelu
ektoplazmatycznego.
Tak więc
powszechnie przyjęty pogląd, że siły napędowe cyklozy powstają jedynie
na styku ektoplazmatycznego żelu i endoplazmatycznego solu nie znalazły
potwierdzenia w wynikach naszej pracy.
Duże znaczenie
dla poznania przypuszczalnych mechanizmów molekularnych miały badania
dotyczące zależności między temperaturą środowiska a szybkością ruchu
strumienia cytoplazmy. Ruch strumienia cytoplazmy obserwuje się w
zakresie od 3 do 37°C, jeżeli zmiany temperatury następują w granicach
0,3-1°C.
Zależna od
temperatury zmiana szybkości ruchu strumienia cytoplazmy Paramecium,
jak i aktywność ATP-azy aktomiozyny aktywowanej jonami Mg2+ z mięśni
królika, przedstawione w formie równania Arrheniusa, wykazały daleko
idącą zbiezność. Fakt ten uznaliśmy za pośredni dowód istnienia u Paramecium
aurelia systemu aktomiozynowego warunkującego ruch strumienia
cytoplazmy.
Zakończeniem
naszych wspólnych badań z dr. Jerzym Sikorą była analiza zmian dynamiki
ruchu cytoplazmy podczas procesów rozmnażania się Paramecium aurelia.
Analizowaliśmy zarówno rozród bezpłciowy – podział komórki na dwie
potomne, jak i rozmnażanie płciowe – koniugację. Stwierdziliśmy, że w
obu typach rozrodu ma miejsce zatrzymanie cyklicznego ruchu cytoplazmy.
Okrężny ruch – cykloza zanika w momencie poprzedzającym podział komórki
na dwie potomne. U potomnych komórek powraca do normy po około 20
minutach od rozdzielenia się. W czasie koniugacji zatrzymanie ruchu
cytoplazmy następuje jednocześnie u obu partnerów i jest skorelowane z
wymianą pronukleusów. Renormalizacja u ekskoniugantów jest dłuższa niż
u podziałowców i trwa 30-40 minut.
Decyzja o
wycofaniu się ze wspólnych badań była podyktowana myślą o wykorzystaniu
przez Jurka dalszych prac nad ruchem okrężnym cytoplazmy jako podstawy
do uzyskania przez niego stopnia doktora habilitowanego.
TWORZENIE
I ROZWÓJ PRACOWNI FIZJOLOGII RUCHÓW KOMÓRKOWYCH
Jesienią 1968 po
powrocie ze stażu w UCLA postanowiłem stworzyć zespół, który będzie pod
moim kierunkiem badał różne rodzaje ruchów występujących u
pierwotniaków. Początkowo zespół składał się z czterech osób: mgr Ewy
Mikołajczyk51 i Małgorzaty Gołębiowskiej52
(z dawnej pracowni kierowanej przez Andrzeja Grębeckiego), przyjętej
już przeze mnie do pracy Krystyny Tabeńskiej53
oraz dr. Jerzego Sikory. W roku 1969 zespół ten powiększył się o mgr
Barbarę Hrebendę54, a w roku 1970 o dwóch
fizyków – mgr. Stanisława Fabczaka55 i mgr.
Andrzeja Lissowskiego56.
Od 1 stycznia
1971 zaczął obowiązywać w instytucie Nenckiego nowy schemat
organizacyjny, w którym obok zakładów, podstawową jednostką stały się
pracownie. Były to jednocześnie jednostki merytorycznego i finansowego
rozliczania w ramach nowo wprowadzonego systemu finansowania
przedmiotowego działalności badawczej57.
Dokonując reformy Instytutu, zmieniono nazwę Zakładu Biologii Ogólnej
na Zakład Biologii Komórki, a dawnej pracowni Fizjologii Ruchu na
Fizjologii Ruchów Komórkowych, której zostałem kierownikiem.
W latach 1971-73
Pracownię powiększyłem o 3 osoby: mgr Barbarę Tołłoczko58,
mgr. Zbigniewa Baranowskiego59 i mgr Michała
Opasa60. Ten dynamiczny rozwój zespołu był
możliwy dzięki studiom doktoranckim. Osoby, które od dawna miały stałe
zatrudnienie, jak np. Ewa Mikołajczyk, również przeszły przez studia
doktoranckie. Ta forma kształcenia pozwalała też na bezproblemowe
rozstanie się z osobami, które nie wykazały zadowalających postępów.
Tak stało się z mgr. Andrzejem Lissowskim, który po trzech latach
bezwynikowego poszukiwania dyslokacji w układach komórkowych opuścił
Pracownię. Pozostali moi współpracownicy spełnili oczekiwania.
Wszyscy badali
zjawiska ruchu występujące u pierwotniaków, ich przejawy, podłoże
materialne, jonowe i elektryczne mechanizmy regulacji. Starałem się tak
dobierać tematykę, aby uzyskać możliwie szeroki wgląd w całokształt
problematyki i jednocześnie dać każdemu szansę na wykazanie się
indywidualnymi osiągnięciami. Najważniejsze wyniki uzyskane w Pracowni
w latach 1971-75 przedstawia streszczenie sprawozdania końcowego z
wykonania tematu Sterowanie, koordynacja oraz integracja
reakcji ruchowych u pierwotniaków, które przytaczam w całości.
„U Paramecium
aurelia cytoplazma płynie w stałym kierunku, a jej szybkość jest
odwrotnie proporcjonalna do przekroju strumienia. Ruch strumienia
cytoplazmy jest uwarunkowany aktywnością ATP-azy aktomiozynowej.
aktywowanej jonami Mg2+ (dowody pośrednie). Cykloza jest w dużym
stopniu niezależna od wpływu środowiska, ulega jednak zatrzymaniu w
określonych fazach podziału komórki, jak i koniugacji (L. Kuźnicki, J.
Sikora).
Wykazano ścisłe
powiązanie skurczu kanałów, przepływu cytoplazmy i kierunku migracji
plazmodium śluzowca Physarum polycephalum. Związek
ten uwidacznia się po wprowadzeniu do opisu zachowania się plazmodium
całki, której funkcję podcałkową stanowi proces skurczu, zaś granicę
całkowania są określone przez czas trwania przepływu cytoplazmy (Z.
Baranowski).
Zbadano
zależność między reakcjami ruchowymi a zjawiskami skurczu ameb (A.
proteus i Chaos chaos), a w szczególności: a) ustalono poziom Ca2+ w
środowisku niezbędnego do lokomocji ameb i wpływ pH na dynamikę ich
ruchu, b) określono na glicerynowych modelach komórek charakter i
miejsce skurczu pod wpływem ATP, Ca2+ i Mg2+, c) stwierdzono
występowanie pod plazmalemmą cienkich i grubych filamentów,
analogicznych do opisanych w komórkach mięśniowych ssaków (B. Hrebenda,
M. Opas, R. Rinaldi).
Wyjaśniono
szereg istotnych związków między właściwościami zewnętrznej warstwy
błony i składem jonowym środowiska a zjawiskami pobudzenia, kinetyką
skurczu ciała i endocytozą u orzęsków i euglen (B. Tołłoczko, E.
Mikołajczyk).
Spirostomum
wykazuje maksymalną pobudliwość na bodziec elektryczny przy
najmniejszej sile jonowej środowiska. Obniżenie związkami chelującymi
stężenia jonów Ca2+ wywołuje reakcje skurczowe u euglen. Na podstawie
faktów wykluczono możliwość udziału jonów wapnia ze środowiska przy
stymulacji systemów kurczliwych badanych komórek (S. Fabczak, L.
Kuźnicki, E. Mikołajczyk, B. Tołłoczko)”.
Poznanie
nieznanych procesów i zjawisk było możliwe dzięki wprowadzonym przez
nas nowym metodom badawczym:
1) rejestracji
ruchu kryształów w świetle spolaryzowanym do ilościowej oceny szybkości
strumienia cytoplazmy u Paramecium aurelia (L.
Kuźnicki, J. Sikora),
2)
glicerynowania ameb, tak aby zachowały kształt typowy dla żywych
komórek (R. Rinaldi, M. Opas, B. Hrebenda),
3)
interferometrii holograficznej do ilościowej analizy zjawisk
skurczowych u ameb i śluzowców (Z. Baranowski, M. Opas),
4) udoskonalenia
mikrofotometrii do ilościowej oceny kinetyki szybkich skurczów Spirostomum
(S. Fabczak).
Wśród osób
działających w ramach Pracowni był również dr Robert Rinaldi, który na
moje zaproszenie w miesiącach letnich (1973-75) z Michałem Opasą i
Barbarą Hrebendą badał relacje między ruchem ameb a procesami skurczu
zachodzącymi w ich komórkach. Modele glicerynowe ameb pozwoliły
stwierdzić, że skurcz obejmuje całą komórkę61.
Programowo nie
dopisywałem mojego nazwiska do żadnej publikacji, jeśli nie
uczestniczyłem bezpośrednio w doświadczeniach i jej pisaniu. W efekcie
moja bibliografia jest uboższa o ponad 100 publikacji, ale po dzień
dzisiejszy zachowałem przyjazne, a nawet serdeczne stosunki ze
wszystkimi moimi współpracownikami i wychowankami. Mam też przekonanie,
że dawałem dobry przykład, niestety, bardzo rzadko naśladowany.
Wyniki naukowe
upowszechnialiśmy nie tylko w publikacjach, ale również przez aktywny
udział w sympozjach i kongresach. Dla rozwoju współpracy
międzynarodowej szczególne znaczenie miało sympozjum Motile Systems of
Cell61 oraz IV International Congress of
Protozoology w Clermont-Ferrand62. Równolegle ze
współpracą międzynarodową starałem się rozwijać kontakty krajowe, w
szczególności z dr. Włodzimierzem Korohodą z Instytutu Biologii
Molekularnej Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Moja aktywność
naukowa i dydaktyczna spowodowała, że jesienią 1973 został postawiony
na Radzie Naukowej Instytutu Nenckiego wniosek o nadanie mi tytułu
profesora nadzwyczajnego. Był on powszechnie akceptowany, jedynie prof.
Lech Wojtczak uważał, że wniosek o profesurę jest przedwczesny. Jednak
był to głos odosobniony. Zarówno recenzenci, jak i Rada Naukowa
wyraziły pozytywną opinię i 17 lipca 1974 Rada Państwa nadała mi tytuł
profesora nadzwyczajnego.
W
DYREKCJI INSTYTUTU NENCKIEGO
Członkiem
kierownictwa Instytutu Nenckiego byłem ponad siedem lat. W latach
1968-73 pełniłem funkcję zastępcy dyrektora do spraw ogólnych, zaś w
latach 1974-75 byłem zastępcą do spraw naukowych. W działalność na
rzecz Instytutu angażowałem się z zapałem i energią. Lata 1968-75 były
okresem wyjątkowo szybkiego rozwoju mojej placówki macierzystej i
cieszyłem się, że mogę w tym aktywnie uczestniczyć.
Jak już
wspominałem, po odejściu na emeryturę prof. Jana Dembowskiego (1960)
przyszły dla Instytutu trudne lata. Przede wszystkim wstrzymano prace
inwestycyjne w obu budynkach wzniesionych przy ul. Pasteura 3,
wstrzymano położenie elewacji na nie dający się przewidzieć okres i
zrezygnowano z budowy sali wykładowej na przeszło 300 osób64.
W 1961 władze PAN zmusiły kierownictwo Instytutu do oddania ponad 1500
m2 powierzchni dotychczas zajmowanej na rzecz innych jednostek
Akademii. Z kolei kierownictwo Nenckiego z własnej woli przekazało
Zakładowi Ekologii PAN Stację Hydrobiologiczną w Mikołajkach.
Mimo tak daleko
idących ograniczeń Instytut Nenckiego wciąż pozostawał obiektem, który
z uwagi na partykularne interesy niektórych osób, czy pod wpływem
nieprzemyślanych koncepcji, nadal starano się rozparcelować. Głównym
rzecznikiem takiego działania był prof. Kazimierz Petrusewicz,
sekretarz Wydziału II Nauk Biologicznych w latach 1952-56 i ponownie w
okresie 1963-68. Dążył on do przeniesienia Zakładu Biochemii Instytutu
Nenckiego do Instytutu Biochemii i Biofizyki. Osoby, których miałoby to
dotyczyć nigdy nie myślały o takim rozwiązaniu organizacyjnym, ale
profesor Petrusewicz z uporem do takiej koncepcji powracał65.
Głównym jednak
zagrożeniem dla przyszłości Instytutu była stała emigracja zdolnych,
młodych ludzi. Październik 1956 umożliwił wyjazdy za granicę na
długoterminowe staże. W Instytucie już od roku 1957 często korzystano z
tych możliwości, niestety, liczba wyjazdów była wyższa niż liczba
powrotów. Wielu młodych, aktywnych badaczy pozostawało na stałe na
Zachodzie. Wcześniej, w latach 1957-58, kilka osób pochodzenia
żydowskiego zdecydowało się na oficjalną emigrację z Polski66.
W tej sytuacji, kiedy pod koniec lat sześćdziesiątych pojawiłem się w
kierownictwie Instytutu Nenckiego, zasadniczą sprawą dla przyszłości
stał się nabór młodzieży.
Profesor Jerzy
Konorski został dyrektorem Instytutu z początkiem 1968 na zasadzie
obowiązującej jeszcze sprzed wojny niepisanej umowy, że stanowisko to
obejmują kolejno kierownicy zakładów67. Choć
„prowadzenie” Nenckiego nie było nigdy jego marzeniem, okazał się
zwierzchnikiem sprawnym i za jego pięcioletnich rządów68
zaszły w Instytucie korzystne zmiany, przede wszystkim organizacyjne:
podzielił bowiem zakres kompetencji między swoich zastępców, co
przyniosło szybko znaczące rezultaty. Profesor Stella Niemierko zajęła
się kształceniem (doktoraty, habilitacje, profesury) i współpracą z
Radą Naukową. Docent Kazimierz Zieliński – działalnością zewnętrzną,
przede wszystkim kontaktami z władzami naukowymi, administracyjnymi i
partyjnymi. Do mnie należały sprawy zatrudnienia, inicjatywa i nadzór w
zakresie inwestycji, remontów i wewnętrznej organizacji Instytutu.
Często spotykaliśmy się we czwórkę. Profesor Konorski tylko w
szczególnie trudnych i wyjątkowych sprawach działał osobiście69.
Za najpilniejsze
spośród moich zadań uznałem ustanowienie studiów doktoranckich na
wszystkich kierunkach reprezentowanych w Instytucie. Inny charakter
miały działania związane z zakończeniem inwestycji budowlanych:
otynkowano budynki i uporządkowano bardzo zaniedbany teren przy ul.
Pasteura 3, na którym od kilkunastu lat stały szopy pozostawione przez
budowlanych. W dalszej kolejności znalazły się takie sprawy, jak
uporządkowanie struktury organizacyjnej Instytutu, co było konieczne w
związku z nowym systemem finansowania badań wprowadzonym z początkiem
1971.
Na przełomie lat
60. „kartą wizytową” Nenckiego był sam prof. Jerzy Konorski i budowany
przez niego od roku 1945 Zakład Neurofizjologii. Była to
najliczniejsza, zajmująca największą powierzchnię wewnętrzna jednostka
Instytutu. Miała też ona nieograniczone potrzeby dotyczące zwierząt
laboratoryjnych, przede wszystkim psów, ale i specyficznej aparatury
dostosowanej do badań elektrofizjologicznych – zapisu doświadczeń nad
wywoływaniem i wygaszaniem odruchów warunkowych czy skutkami deprywacji
na przykład wzrokowej. Kolejnym zadaniem przedstawionym mi jako
zastępcy do spraw ogólnych przez prof. Konorskiego było usprawnienie i
zwiększenie wydajności istniejących od lat w Instytucie Zakładu Hodowli
Zwierząt Laboratoryjnych oraz warsztatów mechanicznych.
Pierwszy,
niewątpliwy sukces to rozbudowa w 1969 w Instytucie Nenckiego studium
doktoranckiego, obejmującego cztery kierunki: neurofizjologię, biologię
komórki (protozoologię), biochemię70 oraz
bioenergetykę ekologiczną. W sprawne uruchomienie studium znaczący
wkład miał doc. Romuald Klekowski, kierownik Zakładu Bioenergetyki
Ekologicznej i Produkcji Biologicznej71 i
jednocześnie zastępca sekretarza Wydziału II Nauk Biologicznych PAN.
Byliśmy przyjaciółmi jeszcze z czasów łódzkich i zawsze dobrze nam się
współpracowało. Absolwenci stworzonego przez nas studium doktoranckiego
dziś kierują Instytutem Nenckiego.
Z Romkiem
Klekowskim wiąże się jeszcze jedno wydarzenie z jesieni 1968, którego
konsekwencją była po latach I Polska Ekspedycja Antarktyczna (1975-76),
a rok później – założenie na Wyspie Króla Jerzego stałej Stacji
Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego. Byliśmy w ogniu przygotowywania
jubileuszu 50-lecia Instytutu, a tu wpada do mnie Romek w towarzystwie
wysokiego blondyna i bez wstępu stwierdza: „Musisz natychmiast
zatrudnić tego młodego człowieka jeśli mamy poważnie myśleć o
prowadzeniu badań z zakresu biologii morza. Jest to mgr Stanisław
Rakusa-Suszczewski, który ma już pewne przygotowanie, ale teraz
powinniśmy go wysłać na staż w ramach corocznych, radzieckich wypraw
antarktycznych”. Wkrótce po tym spotkaniu Stanisław Rakusa-Suszczewski
już jako pracownik Instytutu Nenckiego odpłynął na Antarktydę.
Z pozoru drobną,
a w konsekwencjach istotną sprawą było odwrócenie frontu budynku
głównego od ul. Marii Skłodowskiej-Curie na obecny, od ul. Pasteura 3.
Według pierwotnych planów ulica, która dochodzi do siedziby Instytutu
Onkologii, miała być przedłużona aż do obecnej ul. Pogorzelskiego,
wzdłuż posesji Instytutu. W tej sprawie przyszedł do mnie urzędnik
miejski. Zapytałem, czy taka inwestycja drogowa jest konieczna. „Nie,
to są tylko plany”. „Możemy zatem ten odcinek ulicy wykreślić z planu?”
„Oczywiście, mnie się ten kawałek parku również bardzo podoba”. Od tej
rozmowy minęło trzydzieści lat i wszystko pozostało bez zmian, tylko
drzewa urosły. Odwrócenie frontu niezmiernie nam pomogło przy tworzeniu
Środowiskowej Pracowni Mikroskopii Elektronowej. Potrzeba nowoczesnych
mikroskopów elektronowych do prac prowadzonych w Instytucie i innych
placówkach w Warszawie była aż nadto oczywista. Początek lat
siedemdziesiątych, tak zwany „wczesny Gierek”, to okres, kiedy była
szansa na realizację niektórych inwestycji. Skoncentrowaliśmy się na
zakupie dwóch mikroskopów elektronowych, transmisyjnym i skaningowym.
Starania zakończyły się sukcesem. Zasadniczy udział w całym
przedsięwzięciu miała doc. Aleksandra Przełęcka, główny ekspert i
osoba, która wzięła na swoje barki całą logistykę organizacji, zakupu i
uruchomienia Pracowni Mikroskopii Elektronowej. Posługiwaliśmy się
dodatkowo twierdzeniem, że dysponujemy odpowiednim na pracownię
środowiskową miejscem. Był nim właśnie pierwotny hol wejściowy i jedna
portiernia, która straciła swoje przeznaczenie w następstwie
„odwrócenia” głównego wejścia.
Tynkowanie
budynków przebiegało według najgorszego scenariusza. Dostaliśmy na ten
cel tak mało pieniędzy, że po przetargu pozostało jedynie chałupnicze
przedsiębiorstwo. Pracowali wolno i do reszty zeszpecili i tak nie
najładniejszą architekturę. Według pierwotnych planów budynek główny
miał być wyłożony do pierwszego piętra piaskowcem, a wyżej szlachetnym
tynkiem. Za to teren wokół budynków udało się nam urządzić znacznie
lepiej. Sam szkicowałem drogi wjazdowe, główne i rezerwowe, rondo
centralne i boczne miejsca parkingowe. Romek Klekowski postanowił
wykorzystać inwestycję drogową i zbudować w środku ronda parę basenów
do celów badawczych. Wypełniono je później florą i fauną z różnych
naturalnych zbiorników. Tym razem wykonawstwo było bardzo dobre i bez
żadnych napraw przetrwało po dzień dzisiejszy. Jedyną krytyką na temat
zagospodarowania terenu było stwierdzenie, że bez uzasadnienia,
rozrzutnie zaplanowałem zbyt wiele miejsc parkingowych. Rzeczywiście, w
roku 1970 tylko pięć osób w Instytucie miało prywatne samochody.
Dzisiejsza sytuacja świadczy jednak, że ówczesne plany były zbyt
skromne.
Później udało
się zrealizować drobne inwestycje budowlane w wewnętrznym dziedzińcu
budynku zwierzętami. Dobudowaliśmy pomieszczenie dla powstałego Zakładu
Budowy i Konserwacji Aparatury oraz postawiliśmy magazyny wzdłuż
ogrodzenia z Instytutem Onkologii. Tak więc, w początkach lat
siedemdziesiątych ukształtował się obecny wygląd całej posesji przy ul.
Pasteura 3, łącznie z zagospodarowaniem terenu, m.in. posadzeniem
większości drzew rosnących do dziś i wylaniem asfaltu na drogach
wewnętrznych.
Ważniejsze od
wyglądu zewnętrznego były zmiany, jakie dokonały się w wewnętrznej
strukturze Instytutu. Do 1971 podstawowymi jednostkami były zakłady. W
niektórych zakładach zaczęły pojawiać się już pracownie, ale nie było
to zjawisko powszechne, bowiem pracownie tworzono najczęściej po
przejściu na emeryturę profesora ze „starej gwardii”. Taki proces miał
miejsce już w latach sześćdziesiątych w Zakładzie Biologii Ogólnej. Po
przejściu Jana Dembowskiego na emeryturę, jego następca, doc. Stanisław
Dryl nigdy nie zajmował się problematyką etologiczną owadów, konieczne
stało się więc w tej sytuacji utworzenie Pracowni Etologicznej.
Moje projekty
związane z dążeniem do uporządkowania i ujednolicenia struktur
Instytutu były następujące: wszystkie zakłady naukowe winny składać się
z pracowni, których kierownicy będą odpowiadać merytorycznie i
finansowo za ich działalność. Stanowisko to podzielał Kazik Zieliński,
natomiast pozostali członkowie dyrekcji, Jerzy Konorski i Stella
Niemierko, zachowywali początkowo dużą powściągliwość wobec tej
propozycji. Ostateczną decyzję przyspieszyła perspektywa wprowadzenia w
Polsce nowego systemu organizacji finansowania badań naukowych i l
stycznia 1971 cały Instytut Nenckiego przeszedł na jednolitą strukturę
dwupoziomową, zakładów i pracowni.
Z kolei
realizacja zadań, które postawił mi prof. Konorski – usprawnienia
warsztatu i zwiększenia liczby zwierząt doświadczalnych do badań
neurofizjologicznych – wymagała radykalnych posunięć. Oddział Hodowli
Zwierząt Laboratoryjnych przy ul. Pasteura 3 był całkowicie
zagospodarowany i żadne usprawnienia nie mogły przynieść tu zmian
ilościowych. Jednym ze źródeł zaopatrywania się w psy był Zakład
Hodowli Zwierząt Laboratoryjnych PAN72 Łomna-Las
(33 ha) pod Warszawą, oddalony o 25 km od Instytutu. Jeździłem tam, aby
usprawnić dostawy i kondycję otrzymywanych zwierząt. Podczas kolejnego
pobytu usłyszałem – „Panie docencie, Zakład chyli się ku upadkowi,
zwierząt będziemy dostarczali mniej niż więcej, chyba że staniemy się
częścią Instytutu Nenckiego”. Podzieliłem się tą sugestią z prof.
Konorskim. Po obejrzeniu Zakładu, w którym Konorski był pierwszy i
jedyny raz, jego reakcja była dużym zaskoczeniem – „Panie Leszku
przystępujemy do przejęcia Zakładu Hodowli Zwierząt Laboratoryjnych.
Proszę wszcząć starania w tej sprawie”. Formalności udało mi się
załatwić zaskakująco szybko, gdyż tak dla władz Wydziału II, jak i
pracowników Zakładu była to jedyna deska ratunku.
„Łomna”, jak
nazywaliśmy ten teren, nie tylko prowadziła hodowlę gryzoni,
kwarantannę i szpital dla psów. Znajdowały się tam pomieszczenia
laboratoryjne i warsztaty stolarskie. Wszystko to było przez 1,5 roku
pod moją bezpośrednią opieką. Kiedy z początkiem 1974 zostałem zastępcą
dyrektora do spraw naukowych, moje poprzednie stanowisko objęła doc.
Zofia Fischer-Malanowska, która przejęła opiekę nad Łomną i przeniosła
się tam z prowadzoną przez siebie pracownią. Było to korzystne, gdyż
zakładałem, że w Łomnie będziemy ograniczać hodowlę dla potrzeb
własnych Instytutu, równocześnie rozbudowując pracownie naukowe, przede
wszystkim dla Zakładu Bioenergetyki Ekologicznej i Zakładu
Neurofizjologii. Planowałem również wybudowanie osiedla domków
jednorodzinnych, co zmniejszyłoby uciążliwość dojazdów, a jednocześnie
silnie mobilizowało osoby tam pracujące.
Pierwsze lata
zapowiadały realizację tych zamierzeń, których celem było stworzenie
podwarszawskiej filii Instytutu Nenckiego. Rzeczywistość okazała się
jednak inna. Kontrola Najwyższej Izby Kontroli przeprowadzona najpierw
w Stacji Hydrobiologicznej w Mikołajkach (jednostki Instytutu Ekologii
PAN), a następnie w samym Instytucie Ekologii w Dziekanowie koło
Warszawy wykazała długą listę poważnych uchybień, rozrzutność i szereg
innych „grzechów”. W konsekwencji ze stanowiska ustąpił prof.
Petrusewicz, kilku pracowników odeszło, kilku otrzymało mniej lub
bardziej dokuczliwe kary. Przyszłość Instytutu Ekologii została
zagrożona. Profesor Jan Kaczmarek, ówczesny sekretarz naukowy PAN
powierzył obowiązki dyrektora Instytutu Ekologii prof. Romualdowi
Klekowskiemu dotychczasowemu kierownikowi Zakładu Bioenergetyki i
Produkcji Biologicznej w Instytucie Nenckiego. W tym czasie Romuald
Klekowski był też zastępcą sekretarza Wydziału II Nauk Biologicznych
PAN. Z powołaniem na dyrektora Instytutu Ekologii wiązała się zatem
konieczność rezygnacji z dotychczasowych stanowisk. W rozmowach z prof.
Zielińskim, który był od 1974 nowym dyrektorem Instytutu Nenckiego, i
ze mną, Romek stawiał sprawę jednoznacznie: „przejdę do Instytutu
Ekologii, ale z całym moim Zakładem, który z niemałym trudem budowałem
od 1952. Bez pomocy moich ludzi, a przede wszystkim Zofii
Fischer-Malanowskiej, nie podejmę się prowadzenia Instytutu Ekologii”.
Nie wszyscy współpracownicy Romka byli entuzjastami opuszczenia
Nenckiego, podjęto nawet coś w rodzaju rokoszu. Kierownictwo Instytutu
Nenckiego było w tej sprawie zdecydowane. Z dniem l stycznia 1975
wszyscy przechodzą do Instytutu Ekologii, łącznie z grupą antarktyczną,
a kto nie chce, musi znaleźć sobie inne miejsce pracy.
Dobrowolne
przekazanie Zakładowi Ekologii PAN w roku 1960 Stacji Hydrobiologicznej
w Mikołajkach było w istocie pierwszym krokiem wycofania się Nenckiego
z badań ekologicznych i hydrobiologicznych, które prowadzone w latach
1919-39 na stacjach Wigierskiej, Helskiej i Pińskiej były jego chlubą.
Odejście w całości Zakładu Romka Klekowskiego do Instytutu Ekologii
zamknęło ten proces, a jednocześnie podważyło koncepcję tworzenia filii
Instytutu Nenckiego w Łomnie.
Zostały
zwolnione pomieszczenia przy ul. Pasteura 3. W drugiej połowie lat
siedemdziesiątych zmalało też wśród pracowników Zakładu Neurofizjologii
zapotrzebowanie na psy, a myszy i szczury taniej można było kupić niż
hodować w Łomnie.Wreszcie odszedł z Łomny do Dziekanowa sprawny
organizator i wicedyrektor Instytutu Nenckiego Zofia
Fischer-Malanowska. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych Łomna
zaczęła Instytutowi przeszkadzać, było z nią więcej kłopotów niż
korzyści73.
Analogicznie do
sprawy Łomny gorzkie doświadczenie przyniosło mi zaangażowanie się w
stworzenie w Instytucie Nenckiego Zakładu Konstrukcji i Konserwacji
Aparatury Naukowej na bazie istniejących warsztatów, co było
działalnością na rzecz społeczności instytutowej. Ani ja osobiście, ani
moja Pracownia nie potrzebowaliśmy ssaków i innych zwierząt
hodowlanych. Z rzadka też korzystałem z usług Zakładu Konstrukcji i
Konserwacji Aparatury Naukowej.
Każdy, kto
pamięta trudności związane z zakupami dewizowymi w czasach PRL, a w
szczególności ze zdobywaniem części zamiennych do zagranicznej
aparatury czy adaptacją urządzeń do specyficznych warunków
doświadczalnych wie, jakim skarbem byli pracujący bezpośrednio w
placówce inżynierowie i technicy. W Instytucie Nenckiego zalążek
warsztatów powstał już w 1946 w Łodzi, ale struktura ta do 1969
rozwijała się proporcjonalnie wolniej niż zakłady naukowe, a jej
wyposażenie było archaiczne74. Postanowiłem
zatem zmienić ten stan rzeczy i zamiast warsztatów stworzyć Zakład
Konstrukcji i Konserwacji Aparatury Naukowej. Przyjąłem dwóch
inżynierów: mechanika i elektronika o dużych umiejętnościach i
doświadczeniu oraz około dziesięciu techników. Dokonaliśmy zakupu
nowych maszyn, a w dalszej kolejności powiększyliśmy powierzchnię
Zakładu w wyniku dobudowy i przeniesienia stolarni do Łomny. Zakład
zaczął działać jako małe, ale sprawne przedsiębiorstwo kapitalistyczne,
w którym pracowano bardzo wydajnie. Może nasunąć się pytanie, jakie to
czynniki sprzyjały tym inicjatywom? Było ich kilka, ale szczególne
znaczenie miała życzliwość i pomoc ówczesnego dyrektora generalnego PAN
Wojciecha Zielenkiewicza, który aktywnie wspierał takie inicjatywy. Nie
bez znaczenia były też środki pochodzące z dwóch programów P. L. 480 –
polsko-amerykańskiej współpracy naukowej, realizowanych ze spłaty
dostaw zboża do Polski. Jeden duży program prowadził prof. Jerzy
Konorski, drugi znacznie mniejszy jeśli chodzi o zakres i środki, prof.
Witold Drabikowski. Z pieniędzy tych można było zamawiać na zlecenie
aparaturę czy drobne urządzenia. W obu programach sumy i sposób
wydawania pieniędzy były poza moją wiedzą i kontrolą. W tej sytuacji
przekonałem Konorskiego, że odpowiedzialni za prawidłowe wykorzystanie
tych środków i zleceń dla Zakładu Konstrukcji i Konserwacji Aparatury
Naukowej będą trzej inżynierowie. W związku z tym, że będą ze środków
P. L. 480 otrzymywać stałą premię w wysokości 1/3 ich całkowitego
uposażenia, nikt z nich nie będzie podejmował żadnych prac zleconych z
„pieniędzy amerykańskich”. Zasady te w obecności prof. Konorskiego i
głównego księgowego prowadzącego rozliczenia programu zostały z
zainteresowanymi dokładnie omówione. Okazało się, że byłem bardzo
naiwny wierząc, że ustalenia te będą przestrzegane. Sądzę, że
rozprzężenie, jakie już w roku 1972 nastąpiło w wydatkowaniu środków z
„pieniędzy zbożowych”, wiązało się z pogarszającym się stanem zdrowia
Jerzego Konorskiego.
W lutym 1973
profesor odbył ze swymi zastępcami (Stellą Niemierko i ze mną) kilka
poważnych rozmów. Zostaliśmy powiadomieni, że udaje się na dłuższy
pobyt do Kliniki Ministerstwa Zdrowia przy ul. Emilii Plater i że
będziemy teraz musieli sami dawać sobie radę. Konorski jako lekarz
doskonale wiedział, że jego choroba nowotworowa nie daje żadnych szans
powrotu.
Nie znam
przebiegu rozmów, które Konorski prowadził w cztery oczy z pozostałymi
członkami kierownictwa Instytutu zimą 1973. Mnie przedstawił swoje
stanowisko dotyczące propozycji personalnych. „Panie Leszku, niech Pan
nie będzie zdziwiony, kiedy dyrektorem Instytutu zostanie Kazik
(Kazimierz Zieliński), a kierownikiem Zakładu Neurofizjologii Boguś
(Bogusław Żernicki). Nie muszę Panu tłumaczyć, że jest to dla Instytutu
i mojego Zakładu najlepsze rozwiązanie. Osoba Kazika będzie do
zaakceptowania przez władze Akademii i czynniki partyjne, zaś Boguś
będzie prowadził Zakład tak, jak ja go prowadziłem”.
Z Kliniki prof.
Konorski dzwonił do mnie tylko dwukrotnie, prosząc o załatwienie mało
istotnych spraw bieżących. Zmarł we wrześniu 1973 w wieku lat
siedemdziesięciu. Wszystkie sprawy personalne przebiegły zgodnie z jego
życzeniem, ale nad Instytutem i moją głową zaczęły się kłębić groźne
chmury. Przyniosła je dziewięciomiesięczna kontrola NIK-u.
W połowie
sierpnia, jeszcze za życia Konorskiego, zgłosili się do mnie dwaj
kontrolerzy75, aroganccy i pewni siebie.
Zażądali osobnego pokoju na pierwszym piętrze z bezpośrednim telefonem.
Takim pokojem, opróżnionym z rzeczy osobistych, od miesięcy pustym, był
gabinet Konorskiego. Ze sposobu prowadzenia kontroli zorientowałem się,
że interesują się wydatkami „funduszy amerykańskich” i działalnością
Zakładu Konstrukcji i Konserwacji Aparatury Naukowej. Wiedza, jaką
dysponowali przed podjęciem kontroli, mogła pochodzić tylko z donosów
osoby czy osób zatrudnionych w Instytucie i związanych z wykonywaniem
prac zleconych w ramach programów współpracy polsko-amerykańskiej.
Inspektorzy
dotarli do osób, które przyznały się do podpisywania fikcyjnych
rachunków za prace wykonywane w Instytucie Nenckiego, między innymi
przez samego kierownika Zakładu i kierownika Pracowni Elektronicznej,
czyli tych, którzy mieli stać na straży przed nadużyciami. Moje gorzkie
doświadczenie wiązało się z tym, że niektórzy zawiedli moje zaufanie.
Zabolała mnie też postawa moich kolegów, którzy zachęcali inżynierów do
podejmowania dodatkowych robót. Kiedy sprawa się wydała i okazało się,
że Zakład Konstrukcji i Konserwacji Aparatury Naukowej działał, ale na
zasadzie fikcyjnych rachunków, główni sprawcy tej sytuacji stanęli z
boku, podczas gdy ja z Kazikiem Zielińskim, przy moralnym wsparciu
prof. Niemierkowej, mocowaliśmy się samotnie z inspektorami NIK-u.
Wykrycie
„nieprawidłowości” w Zakładzie Konstrukcji i Konserwacji Aparatury
Naukowej i wniosek o zwolnienie z pracy obu inżynierów nie zadowolił
jednak żądnych większego sukcesu inspektorów. Profesor Konorski
odpowiedzialny za realizację programu w ramach P. L. 480 już nie żył.
Podobnie jak podczas wcześniejszej kontroli Instytutu Ekologii PAN
kontrolerzy poszukiwali winnych wśród grona profesorów. Ostrze ataków
zostało skierowane na mnie i na prof. Witolda Drabikowskiego. Przede
wszystkim starano się udowodnić, że prof. Jerzy Konorski był od lat
fikcyjnym dyrektorem Instytutu, gdyż przekazał mi wszystkie swoje
uprawnienia. Miało o tym świadczyć pismo skierowane do mnie z
pełnomocnictwem.
Bardziej przykry
aspekt miał zarzut pobrania przez Witolda Drabikowskiego z funduszy
amerykańskich zwrotu kosztów użytkowania samochodu w czasie, kiedy
przebywał za granicą. Odpowiedź na te zarzuty, skierowana już
bezpośrednio do dwóch prezesów: Włodzimierza Trzebiatowskiego (PAN) i
Mieczysława Moczara (NIK), była druzgocąca. Na podstawie dokumentów
wykazaliśmy, że moje pełnomocnictwo dotyczyło dziesięciu tygodni pobytu
Jerzego Konorskiego za granicą, natomiast Witek pobrał zwrot kosztów za
użytkowanie samochodu w okresie, kiedy pracował w Polsce, a jedynie
wypłata miała datę z czasu, kiedy przebywał za granicą. Takie pomyłki
nie tylko kompromitują kontrolerów, ale podważają zaufanie do samej
instytucji kontroli. Po tym piśmie nie było już żadnych wniosków
pokontrolnych i przez wiele lat wszelkie kontrole omijały Instytut
Nenckiego.
Po batalii z
NIK-iem zamierzałem zakończyć działalność w dyrekcji Instytutu.
Przystałem jednak na prośbę Kazika i pozostałem na tym stanowisku do
końca 1975.
ODKRYCIE
KALMODULINY U PIERWOTNIAKÓW I EWOLUCJA SYSTEMÓW RUCHU
Najlepszy okres
w rozwoju prowadzonej przeze mnie w Instytucie Nenckiego Pracowni
Fizjologii Ruchów Komórkowych przypadł na lata 1976-80. Razem ze mną
pracowało wówczas dwanaście osób. Pożegnałem się z Andrzejem Lissowskim
i przyjąłem dwie absolwentki Uniwersytetu Warszawskiego, Annę Wasik76
i Annę Nakonieczny77. W pięcioleciu 1976-80 w
obrębie problemu międzyresortowego II.1. Komórkowe podstawy
funkcjonowania i rozwoju organizmu realizowaliśmy temat Mechanizmy
ruchów w komórkach niemięśniowych.
Korzystną
samoocenę Pracowni opieram na kilku przesłankach. Kolejna trójka moich
uczniów uzyskała stopnie doktorskie. Barbara Tołłoczko obroniła rozprawę78pod
koniec października 1976, natomiast Zbigniew Baranowski79
i Michał Opas80 tego samego dnia – 5 maja 1977.
Były to bardzo dobre doktoraty.
Nawiązane
uprzednio przeze mnie kontakty z kilkoma znanymi badaczami umożliwiły
długo i krótkoterminowe staże moim uczniom. Ewa Mikołajczyk przez kitka
lat współpracowała z dr. Bodo Diehnem z Department of Chemistry w
Uniwersytecie w Toledo na polu fotobehawioru euglen, a Zbigniew
Baranowski z prof. Karlem Wohlfarthem-Bottermannem, dyrektorem Institut
für Cytologie und Micromorphologie Uniwersytetu w Bonn w zakresie
mechanizmów ruchu śluzowca Physarum polycephalum.
Jerzy Sikora prowadził badania z dr. Robertem D. Allenem w Dartmouth
College, (Hanover, USA) i dr. Arturem Jurandem w Edynburgu nad ruchem
cytoplazmy u Paramecium.
Wspólne prace
dotyczące zjawisk powierzchniowych u Amoeba proteus
ogłosili z Lidią Kalininą81, Jerzy Sikora i
Michał Opas. Stanisław Fabczak wyjechał na roczny staż do Uniwersytetu
w Pittsburgu, zaś Michał Opas na trzyletni do Uniwersytetu w Toronto.
Lata 1976-80
były też dla mnie okresem częstych, krótkoterminowych wyjazdów do USA,
Niemiec, ZSRR i Japonii. W tym czasie uczestniczyłem w trzech kolejnych
konferencjach Gordonowskich w Santa Barbara, w V Międzynarodowym
Kongresie Protozoologicznym w Nowym Jorku i, na zaproszenie gospodarzy,
w VI Międzynarodowym Kongresie Biofizyki w Kyoto oraz na Konferencji
Oparinowskiej w Moskwie.
Równolegle do
działań na forum międzynarodowym prowadziłem intensywne badania w
Instytucie Nenckiego. Za szczególne osiągnięcie z tego okresu uważam
odkrycie kalmoduliny82 u pierwotniaków.
Dokonałem go wspólnie z synem Jackiem, który od jesieni 1976 pracował w
Zakładzie Biochemii Mięśni, prowadzonym przez prof. Witolda
Drabikowskiego, gdzie zajmował się problematyką białek wiążących wapń,
występujących w komórkach mięśniowych i w mózgu u ssaków. Jacek znalazł
się w Instytucie w następstwie incydentu, który dotyczył nas obu i w
swych dalszych konsekwencjach okazał się dla nas obu korzystny83.
Już na początku
lat siedemdziesiątych było wiadomo, że podobnie jak podczas skurczu
mięśni, ruch cytoplazmy w obrębie komórek pierwotniaczych jest
uwarunkowany na poziomie molekularnym współdziałaniem dwóch, tworzących
struktury filamentowe, białek: aktyny i miozyny. Ważną rolę regulatora
tego współdziałania pełnią wolne jony wapnia zmieniając stężenie w
granicach 10-6-10-8 M. Pozostawało natomiast sprawą otwartą, które
białka, adsorbując i desorbując jony wapnia, są głównymi modulatorami
tych procesów u pierwotniaków.
Już w połowie
1977 dysponowaliśmy dowodami, że u śluzowca Physarum
polycephalum i Euglena gracilis nie
występuje charakterystyczne dla mięśni szkieletowych białko – troponina
C, które współuczestniczy w regulacji skurczu. Otrzymaliśmy natomiast
mocne dowody, że w cytoplazmie wiciowców i śluzowców znajduje się
aktywator (modulator) białkowy cyklicznych nukleotydów84
nazwany później kalmoduliną, który prawdopodobnie pełni funkcje
analogiczne do troponiny C. Wyniki te przedstawiliśmy na szóstym
Posiedzeniu Europejskiego Klubu Mięśniowego w Saclay pod Paryżem (29 i
30.IX.1977)85. Nasza prezentacja była bardzo
żywo dyskutowana. Obok uznania odzywały się głosy powątpiewania, te
ostatnie przestraszyły Witka Drabikowskiego. „Ty i Jacek możecie
pozwolić sobie na duże ryzyko, ale ja jestem ekspertem z zakresu
biochemii mięśni i muszę zachować daleko idącą ostrożność”. Witek
przetrzymał prawie rok pełny tekst przygotowany do publikacji, a
jednocześnie nie chciał, abyśmy go wydrukowali bez jego nazwiska.
Ostatecznie, pod wpływem moich perswazji zgodził się na publikację, ale
w czasopiśmie z zakresu biologii komórki, a nie biochemicznym. Choć
praca ukazała się dopiero w roku 197986, jest
pierwszą w literaturze światowej przynoszącą informację o występowaniu
kalmoduliny u pierwotniaków.
Do pozytywnej
decyzji Witka przyczynił się też odbiór wygłoszonego przeze mnie
referatu na bardzo silnie obsadzonym przez zagranicznych badaczy
Symposium on Cell Motility87 w Warszawie.
Referat asygnowany był wspólnie z Jackiem i dotyczył rozważań nad
ewolucją mechanizmów regulujących współdziałanie aktyny i miozyny88.
W związku z wykryciem kalmoduliny postulowaliśmy, że w pierwotnych
systemach ruchowych, jakim jest przepływ cytoplazmy występujący u ameb
i śluzowców, istnieje szereg miejsc na poziomie molekularnym, które
mogą być wykorzystywane do regulacji współdziałania aktyny i miozyny.
Utworzenie się tkanek mięśniowych u zwierząt oznaczało przestrzenne
uporządkowanie układów aktomiozynowych oraz pojawienie się mechanizmu
regulacji związanego z filamentem aktynowym89.
Ten rodzaj regulacji charakteryzuje mięśnie szkieletowe. Natomiast
regulacje związane z miozyną są pierwotniejsze. Całość tych rozważań
została opublikowana w „Acta Protozoologica” i następnie przełożona na
język rosyjski90
Istotną rolę
kalmoduliny w reakcjach ruchowych śluzowca potwierdziliśmy
eksperymentalnie w doświadczeniach z tak zwanymi kroplami
endoplazmatycznymi91. Stosując zewnętrznie
trójfluoroperazynę (TFP) – specyficzny inaktywator kalmoduliny –
całkowicie wyłączyliśmy aktywność skurczową takiego drobnego fragmentu
plazmodium Physarum polycephalum. Po przepłukaniu
krople miały zdolność do skurczu i przekształcania się w
mikroplazmodia, podobnie jak te, które nie były traktowane TFP. Wyniki
te przedstawiłem na II Kongresie Biologii Komórki w Berlinie92.
Tak więc lata
1976-80 przyniosły mnie osobiście i mojemu zespołowi wiele sukcesów. 17
grudnia 1976 Zgromadzenie Ogólne wybrało mnie członkiem korespondentem
PAN. Decydująca jednak selekcja dokonała się wcześniej na plenarnym
posiedzeniu Wydziału II. Z zakresu biologii komórki było trzech
kandydatów na jedno miejsce. Członkowie Wydziału w tajnym głosowaniu
wskazali na mnie. Było to zachętą do wzmożonej aktywności badawczej i
włączenia się w życie Akademii z pozycji członka korporacji.
VI
MIĘDZYNARODOWY KONGRES PROTOZOOLOGICZNY W WARSZAWIE
Moje pierwsze
doświadczenia w kontaktach z międzynarodowymi organizacjami naukowymi
wiązały się z przyjęciem w 1973 Komitetu Cytobiologii do European Cell
Biology Organization (ECBO), która wkrótce została przekształcona w
European Federation for Cell Biology.
Znaczącą i
trwającą do dziś działalność na forum międzynarodowym rozpocząłem w
1975, stając się członkiem International Commission of Protozoology93.
Organizacja powstała 5 sierpnia 1965 na sesji zamkniętej II
Międzynarodowego Kongresu Protozoologicznego w Londynie. Ustalono
wówczas strukturę i zasady działania International Commission of
Protozoology (ICP)94.
Pierwszym
przedstawicielem polskich protozoologów w ICP był Zdzisław Raabe
(1965-1971), po jego śmierci – Stanisław Dryl w latach 1972-74, a
następnie w łatach 1979-1992.
Jako
reprezentant polskich protozoologów w ICP wystąpiłem pierwszy raz w
Nowym Jorku w 1975. Na zakończenie dwudniowych obrad pojawiła się
sprawa miejsca VI Międzynarodowego Kongresu Protozoologicznego
przewidywanego na 1981. Wówczas po raz pierwszy padło pytanie, czy
polscy protozoolodzy nie podjęliby się jego organizacji? Byłem
zaskoczony i przytłoczony perspektywą trudności, jakie w polskich
warunkach trzeba będzie pokonać. Przez cały 1976 zastanawialiśmy się ze
Staszkiem Drylem nad ostateczną decyzją. O kandydaturze Warszawy jako
miejsca VI Kongresu w roku 1981 zdecydowało obopólne przekonanie, że
jest to jedyny w naszym życiu termin, kiedy możemy się podjąć tego
zadania.
V Międzynarodowy
Kongres Protozoologiczny odbył się w Nowym Jorku w dniach
26.VI-2.VII.1977. Tamże zgłosiłem propozycję organizacji kolejnego
kongresu w Warszawie. Wniosek został przyjęty przez ICP i spotkał się z
powszechną aprobatą. Zaproponowałem również, aby przewodniczącym
kongresu warszawskiego i tym samym przewodniczącym ICP na okres 1979-83
został Stanisław Dryl95.
Kolejne
posiedzenie International Commission of Protozoology odbyło się 27 i 28
sierpnia 1978 w Warszawie i w Jabłonnie. Ustalono wówczas zrąb programu
naukowego. Od tego momentu całokształt spraw przejął Komitet
Organizacyjny96.
Sztab Komitetu
Organizacyjnego składał się z czterech osób: Stanisława Dryla, Leszka
Kuźnickiego, Stanisława Kazubskiego, Elżbiety Wyroby. Mieliśmy
wyjątkowo trudne zadanie. Kiedy w 1977 zgłaszałem Warszawę jako miejsce
Kongresu, Polska wydawała się być krajem stabilnym i takim była rok
później, kiedy obradowała u nas ICP. Rok 1981 był w Polsce już rokiem
ostrej walki politycznej między władzą komunistyczną a społeczeństwem.
Pogarszała się sytuacja gospodarcza i narastały niedobory żywności i
niektórych towarów. To były nieprzewidziane trudności, które udało się
nam jakoś przezwyciężyć. Cały czas drążyła nas jednak obawa, czy nie
stanie się coś, co całkowicie przekreśli paroletnie starania. Szczęście
nam sprzyjało. Warszawa w dniach 5-11 lipca 1981 była spokojnym,
słonecznym miastem, bez ludzi w mundurach, a cudzoziemcy mieszkający w
hotelach i z doskonałym bufetem na miejscu obrad mogli nawet nie
dostrzec niedoborów. Jedynym problemem stała się absencja osób
wcześniej zgłoszonych. Na podstawie wstępnych zgłoszeń spodziewaliśmy
się, że Kongres będzie liczył około 550 osób. Nie przyjechało blisko
100 uczestników z Zachodu i ponad 50 z tak zwanych krajów
socjalistycznych, przede wszystkim z ZSRR. Pierwsi ze względu na
napiętą sytuację w Polsce, drudzy z narzuconych przez ich krajowe
władze komunistyczne ograniczeń. Na szczęście zaproszeni wykładowcy i
kierownicy sympozjów oraz przewodniczący sesji naukowych stawili się w
Warszawie. Wszystkie posiedzenia naukowe i organizacyjne Kongresu
toczyły się na terenie Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina przy
ul. Okólnik 2. Część oficjalna97 trwała godzinę;
po przerwie wygłoszono trzy wykłady: Wiliam Trager z Uniwersytetu
Rockefellera przedstawił osiągnięcia w hodowli in vitro pierwotniaków
pasożytniczych oraz znaczenie tych badań dla zwalczania chorób
wywołanych przez pierwotniaki. Jurij Poljansky z Instytutu Cytologii AN
ZSRR omówił międzygatunkową zmienność i na tym tle pojęcie gatunku u
pierwotniaków. Ja natomiast zapoznałem uczestników z historią i
współczesnym dorobkiem protozoologii w Polsce98.
Żywe przyjęcie
mojego trzydziestominutowego wykładu plenarnego skłoniło mnie do
przedstawienia go do druku w bardziej rozwiniętej formie99.
Kongres w
Warszawie uwypuklił główne nurty badawcze w protozoologii światowej
ostatnich dwóch dekad XX100 wieku oraz stworzył
możliwość dokonania uzgodnień w kwestiach zasad systematyki
pierwotniaków i relacji między klasyfikacją biologiczną a
przypuszczalnymi związkami filogenetycznymi101.
Nie było wątpliwości, że spotkanie w Warszawie spełniło swój cel
podstawowy – dokonano podsumowania dorobku światowej protozoologii i
określono perspektywy jej rozwoju na najbliższe lata. Na tle pięciu
poprzednich – w ocenie wszystkich uczestników – wyróżniał się wyjątkowo
sprawną organizacją i przyjazną atmosferą.
Bez cienia
megalomanii mogę dziś, z perspektywy lat, stwierdzić, że moja i Staszka
Dryla ryzykowna decyzja o organizacji Kongresu zakończyła się sukcesem
nie tylko naukowym, ale też organizacyjnym i finansowym102.
I pomyśleć, że dzieliło nas tylko pięć miesięcy od ogłoszenia stanu
wojennego, który unicestwiał takie imprezy. Polityka kładła się cieniem
na międzynarodowe życie naukowe nie tylko w Polsce. W 2001 dotknęła
Izrael103.
VI
Międzynarodowy Kongres protozoologiczny w Warszawie odbył się prawie
dwadzieścia lat po pierwszym Kongresie104. Ten
jubileusz skłonił mnie do napisania artykułu historycznego105.
Przedstawiłem w nim dzieje współpracy międzynarodowej protozoologów,
która rozpoczęła się po II wojnie światowej i obejmowała powstanie
towarzystw, nowych czasopism oraz organizację kongresów. W II tomie
„Proceedings” (1984) z VI Kongresu ukazała się angielska wersja tego
artykułu106, który wzbudził duże zainteresowanie
za granicą.
OD
PROTOZOOLOGII KU BIOLOGII KOMÓRKI
Rok 1981
stanowił wyraźnie cezurę w mojej pracy badawczej i moich
współpracowników. Pierwotniaki nadal pozostawały naszymi obiektami
doświadczalnymi, ale problemy, które staraliśmy się rozwiązać,
wykraczały poza badania typowo protozoologiczne.
Dla przykładu,
Ewa Mikołajczyk już od końca lat sześćdziesiątych badała skurcze ciała
u euglen pod wpływem światła. W latach osiemdziesiątych nabrały one
charakteru poszukiwań o szerszym aspekcie cytobiologicznym i
fotobiologicznym. Przekształcaliśmy się w biologów komórkowych,
pracujących na pierwotniakach. W badaniach tych chodziło o poznanie
reakcji fotofobowych barwnych i bezbarwnych wiciowców z gromady Euglenida,
w szczególności zaś o wyjaśnienie mechanizmu reakcji „step-up” i
„step-down” oraz czy i jaki jest związek między nimi107.
Od 1980 w
badaniach tych brałem bezpośredni udział, współpracując jednocześnie z
Ewą i Patricią L. Walne z Uniwersytetu Tennessee w Knoxville108.
Pat, poczynając od 1981, wielokrotnie odwiedzała Polskę, a my
wyjeżdżaliśmy do Knoxville. Jesienią 1988 przez trzy miesiące
pracowałem tamże jako „visiting professor”.
W latach 1981-90
z zakresu fotobiologii ukazały się cztery nasze obszerne publikacje o
charakterze syntetycznym109 oraz kilka
komunikatów z prac doświadczalnych na zjazdach krajowych i kongresach
międzynarodowych. Wysunęliśmy kilka hipotez. Zainteresowanie wzbudziła
nasza hipoteza o występowaniu u wiciowców euglenoidalnych dwóch
systemów fotorecepcji: - jednego rozproszonego i drugiego
wyodrębnionego morfologicznie. U Euglena gracilis
istnieją prawdopodobnie oba systemy – jeden bez wyodrębnionego
morfologicznie fotoreceptora, a drugi złożony z ciałka przywiciowego i
stigmy. Pozwala to reagować pierwotniakowi tak na wzrost, jak i na
spadek natężenia światła.
Reakcje
bezbarwnej Astasia longa na gwałtowny wzrost
natężenia światła oparte są jedynie na niewyodrębnionym strukturalnie,
rozproszonym fotoreceptorze. Jego fotorecepcyjne chromatofory są
zlokalizowane w błonie otaczającej wić i rezerwuar pierwotniaka i
zmieniają swoją strukturę konformacyjną w zależności od natężenia
światła.
Z
Lechem Wojtczakiem, rok 1982
Moje
zainteresowania zjawiskami fotobiologicznymi dotyczyły również ameb.
Analizując – przy użyciu mikrowiązki monochromatycznej reakcje
fotofobowe Amoeba proteus – stwierdziliśmy (K.
Łazowski i L. Kuźnicki), że akceptor fotonów jest rozproszony.
Wyznaczyliśmy widmo światła aktywującego reakcje fotofobowe i
fototaktyczne. Widma te pokrywają się, co sugeruje udział tego samego
receptora dla obu reakcji. Na podstawie kształtu widma czynnościowego
wysunęliśmy przypuszczenie, że akceptorem fotonów u Amoeba
proteus są pochodne flawinowe. Stwierdziliśmy też, że
cytochromowa i alternatywna droga oddechowa nie są bezpośrednio
związane z reakcjami fotofobowymi i fototaktycznymi110.
W dalszych,
wspólnych z Krzysztofem Łazowskim badaniach wykazaliśmy, że fotofobowa
reakcja Amoeba proteus ma charakter dwustopniowy.
Pierwszą reakcją jest solacja cytoplazmy i przyspieszenie jej ruchu.
Drugi stopień to zatrzymanie przepływu cytoplazmy i immobilizacja całej
ameby111. W następnej publikacji wykazaliśmy
zależność szybkości pojawiania się ujemnej fototaksji na wiązkę światła
niebieskiego od kąta padania. Jest to prawdopodobnie efekt detekcji
wytworzonego w komórce gradientu intensywności światła112.
Ta tendencja
przedstawiania badań w szerszym kontekście cytobiologicznym zaznaczyła
się również w rozprawie habilitacyjnej dr. Jerzego Sikory oraz pracy
doktorskiej Anny Wasik, dotyczących badań ruchu okrężnego cytoplazmy i
fagocytozy u pierwotniaków z rodzaju Paramecium113.
Znakomicie
zapowiadający się moi uczniowie,dr Michał Opas i dr Barbara Tołłoczko
przeszli od badań na pierwotniakach do prac doświadczalnych na
komórkach zwierzęcych. Wiązało się to z ich wyjazdem i, niestety, z
pozostaniem na stałe w Kanadzie.
W drugiej
połowie lat osiemdziesiątych dwóch moich uczniów uzyskało stopień
doktora habilitowanego. W 1987 Rada Naukowa Instytutu Nenckiego nadała
ten stopień dr. Zbigniewowi Baranowskiemu na podstawie prac
eksperymentalnych dotyczących oscylacyjnej kurczliwości plazmodiów
śluzowca Physarum polycephalum. W rok później
stopień doktora habilitowanego uzyskała dr Ewa Mikołajczyk na podstawie
badań zjawisk fotorecepcji u euglenin. Zarówno Zbyszek, jak i Ewa,
zostali następnie powołani na stanowisko docenta. W 1988 obronił
rozprawę doktorską Krzysztof Łazowski114.
W latach 1981-85
miałem nadal wgląd i pewien wpływ na całokształt prowadzonych w Polsce
badań cytobiologicznych, mimo że przestałem być przewodniczącym
Komitetu Cytobiologii. Otrzymałem bowiem pięcioletnią nominację
(1981-85) na kierownika problemu międzyresortowego MR.II.1 – Funkcjonalna
i strukturalna organizacja komórki ze szczególnym uwzględnieniem
procesów regulacyjnych115. Był to
okres trudny ze względu na poważne ograniczenia finansowe i możliwości
zakupu aparatury oraz, przede wszystkim, na restrykcje dotyczące
współpracy z zagranicą w okresie ponad dwudziestu miesięcy trwania
stanu wojennego116.
Kiedy porównuję
lata 1981-85 z okresem 1971-80 stwierdzam, że dopiero w ciężkich latach
osiemdziesiątych nawiązała się najowocniejsza współpraca między
biologami komórkowymi w Polsce. Przyczynił się do tego problem
międzyresortowy i organizacja ogólnopolskich konferencji biologii
komórki. Pierwsza taka konferencja odbyła się w Krakowie w 1983, drugą
zorganizowałem po 2 latach w Warszawie117.
Rok 1985 kończył
5-lecie 1981-1985 i tym samym był początkiem dyskusji na temat zadań na
okres 1986-90. Mój punkt widzenia na temat badań nad biologią komórki w
Polsce przedstawiłem na pierwszym w 1985 plenarnym posiedzeniu Komitetu
Cytobiologii. Rozszerzoną wersję tego wystąpienia zamieściłem w
„Kosmosie”118. Wskazałem w nim główne kierunki
rozwoju cytobiologii w minionym dziesięcioleciu119.
Na tym tle i mając też na uwadze dorobek prowadzonego przeze mnie
problemu MR II.1, wytyczyłem program badań na lata 1986-90 pt. Komórka
eukariotyczna w normie i patologii. Miał on koncentrować się
na następujących zagadnieniach:
1) błony
biologiczne, bioenergetyka i regulacja metabolizmu,
2) molekularne
podłoże skurczu mięśni i ruchu komórek,
3)
współdziałanie układów błonowo-cytoszkieletalnych w pobudliwości,
transdukcji, w ruchu i w rozwoju organizmów jednokomórkowych,
4) zachowanie
się komórek podczas gametogenezy, morfogenezy i proliferacji u
organizmów wielokomórkowych,
5) patologia,
transformacje i starzenie się komórek,
6) wybrane
metody bioinżynierii i nowe techniki badawcze w cytobiologii.
Przygotowany
przeze mnie w szczegółach projekt badawczy został władzom PAN przez
Instytut Nenckiego oficjalnie zgłoszony już w 1984. Przy ostatecznym
ustalaniu problemów w 1985 dyrektor Instytutu Nenckiego, prof.
Kazimierz Zieliński, zmienił zdanie i postanowił, że osobiście będzie
koordynował jeden duży problem międzyresortowy, obejmujący wszystkie
kierunki badawcze uprawiane w Instytucie – od percepcji wzrokowej
człowieka i zwierząt, przez etologię mrówek, po bioenergetykę
mitochondriów. W ten sposób wprowadzone w 1971 finansowanie
przedmiotowe badań stało się, ze względów logistycznych, faktycznie
finansowaniem podmiotowym. Dla prac z zakresu neurofizjologii w
Instytucie Nenckiego sytuacja była korzystna, natomiast z pewnością
zahamowała dalszy rozwój współpracy między biologami komórkowymi. Moje
prośby o ratowanie problemu Komórka eukariotyczna w normie i patologii
okazały się nieskuteczne.
Od września 1980
przez prawie trzy lata nie wyjeżdżałem za granicę. Najpierw z obawy
przed wypadkami, które mogłyby utrudnić mi powrót, a od 13 grudnia 1981
była to forma protestu i niechęci do podpisania „instrukcji
wyjazdowej”. Po odwołaniu stanu wojennego powróciłem do aktywności na
polu międzynarodowym. Na początku października 1983 uczestniczyłem w
Stintino na Sardynii w sympozjum dotyczącym mechanizmu skurczu w
systemach mięśniowych i niemięśniowych. W 1984 byłem 6 tygodni w USA. W
tym okresie byli tam również najbliżsi członkowie mojej rodziny – żona,
syn, synowa i dwaj wnukowie, wszyscy powrócili w 1984 do Polski.
Na II
Europejskim Kongresie Biologii Komórki w Budapeszcie (6.VII.1986)
przedstawiłem wyniki badań nad fotowrażliwością barwnych i bezbarwnych
wiciowców120 oraz wziąłem udział w
towarzyszących kongresowi posiedzeniach Federation of European Cell
Biology Societies. W dwa lata później uczestniczyłem w „gigancie” (3600
osób) – w IV Międzynarodowym Kongresie Biologii Komórki w Montrealu
(14-19.VIII.1988)121.
Leszek
Kuźnicki, rok 1989
Najbliższe
jednak nadal były mi spotkania ze starymi i nowymi kolegami w czasie
kongresów protozoologicznych i działalność w International Commission
of Protozoology. Podczas VII Kongresu w Nairobi (22-29.VI.1985) miałem
wykład sympozjalny na temat Calmodulin regulated processes in
protistan motility122. W 1987 zostałem
też zaproszony do wygłoszenia wykładu plenarnego na temat Motility
and behaviour na VI Europejskiej Konferencji Orzęsków w Danii123.
OD
EKSPERYMENTU KU TEORII
W 1990 po
objęciu stanowiska wiceprezesa i sekretarza naukowego PAN przekazałem
pełnienie obowiązków kierownika Pracowni Fizjologii Ruchów Komórkowych
w Instytucie Nenckiego mojemu wieloletniemu współpracownikowi, doc.
Jerzemu Sikorze124. Już po paru miesiącach
miałem bowiem pełną świadomość, że łączenie tych funkcji będzie
niekorzystne dla obu obszarów działalności. W gabinecie na dwudziestym
szóstym piętrze PKiN przebywałem pięć dni w tygodniu od 8.30 rano do
18-tej, oczywiście, jeśli nie wyjeżdżałem za granicę lub nie
przyjmowałem gości ze świata, co przedłużało nieraz czas mojej pracy do
późnych godzin wieczornych. Na zajmowanie się problematyką biologiczną
pozostawał mi urlop i, z rzadka, wolne soboty oraz niedziele.
Możliwości wspólnych prac doświadczalnych czy teoretycznych z moimi
uczniami i współpracownikami zmalały praktycznie do zera. Niestety,
mojemu odejściu z kierownictwa Pracowni towarzyszyło szybkie
zmniejszenie się jej liczebności – z jedenastu do pięciu osób125.
Z czwórki pozostałych pracowników nauki dwoje zmieniło tematykę
badawczą, tylko Stanisław Fabczak pozostał niezmiennie przy
problematyce potencjałów błonowych i wewnątrzkomórkowej aktywności
jonów u orzęsków.

Pożegnalne spotkanie członków rządu Jana Krzysztofa Bieleckiego. Warszawa, restauracja przy ul. Klonowej. Styczeń 1992.
W tych warunkach
moja działalność naukowa w latach dziewięćdziesiątych stała się
wyłącznie teoretyczna, a edukacyjna – stała się niezależną od badań
prowadzonych w Instytucie Nenckiego. Zmienił się też w tym okresie
charakter moich publikacji. Protozoologia, ewolucjonizm, historia,
metodologia i filozofia nauki stanowiły uprzednio wyodrębnione kierunki
moich zainteresowań. W latach dziewięćdziesiątych zaczęły się one
stapiać w jeden nurt.
Leszek Kuźnicki podczas wystąpienia w studio Telewizji Katowickiej, grudzień 1995.
Powitanie
Króla Harolda V przed Pałacem Staszica, rok 1996
W latach
1993-2000 zainteresowałem się coraz gorętszym w literaturze światowej
problemem ewolucji pierwotniaków i ich związków z organizmami
tkankowymi. W publikacjach tych podtrzymałem moją uprzednią hipotezę o
bardzo wczesnym pojawieniu się na Ziemi organizmów eukariotycznych.
Do lat
sześćdziesiątych XX w. systematykę biologiczną budowano na podstawie
podobieństw i różnic struktury organizmów, a następnie mikroskopowej
analizy ich ultrastruktury. W latach sześćdziesiątych wykazano, że do
odtworzenia dystansu filogenetycznego współcześnie występujących
gatunków, tak prokariotów, jak i eukariotów, precyzyjniejsze od
morfologii jest porównanie ich molekuł informacyjnych – DNA i RNA oraz
białek.
Od tego czasu
filogenetyka molekularna bardzo się rozwinęła. Wyjaśniono wiele w
zakresie pokrewieństw gatunków i poddano radykalnej rewizji sięgający
od Linneusza (XVIII w.) dorobek systematyki z tak klasycznym podziałem
świata żywego na zwierzęta (Animalia) i rośliny (Plantae),
jak i późniejszy z XIX w. wyróżniający cztery królestwa: Animalia,
Plantae, Protista
(Protoctista) i Monera (Prokaryota).
Nowa
filogenetyka eukariotów, oparta na porównawczej analizie sekwencji
genów, niewątpliwie daje szersze możliwości zbudowania klasyfikacji
wynikającej z rzeczywistego pokrewieństwa. Należy mieć nadzieję, że na
tej drodze uda się w przyszłości odtworzyć też przebieg ewolucji
komórki eukariotycznej, poznać współzależności między jądrem a
organellami cytoplazmatycznymi, jak również wyjaśnić naturę i
mechanizmy pasożytnictwa.
Postępowi w
poznawaniu bliskich pokrewieństw między gatunkami towarzyszy
jednocześnie wzrost niepewności i kontrowersji co do przebiegu
ewolucji, okresów i charakteru wielkich wydarzeń ewolucyjnych. Na
przykład, drzewa filogenetyczne odtwarzane na podstawie analizy
porównawczej struktury rybosomalnego RNA nie dają się w żaden sposób
pogodzić z drzewami filogenetycznymi budowanymi w oparciu o podobne
analizy „podstawowych” białek eukariotów, jakimi są aktyna i ß-tubulina.
Jerzy Giedroyć, Leszek Kuźnicki, Barbara Kuźnicka - rozmowa na temat współpracy ze wschodnimi sąsiadami Polski. Pierwsze dni maja, 1998.
Współcześnie
głoszone są dwie wykluczające się hipotezy dotyczące ewolucji
eukariota. Philippe i Adoutte126 są rzecznikami
„big-bangu”, nagłego pojawienia się całej różnorodności obserwowanych
współcześnie typów eukariotów, natomiast Cavalier-Smith127
proces przekształcania się pierwotniaków w organizmy tkankowe
przedstawia jako zjawisko powolne i stopniowe.
Przy
współczesnym stanie nauki nie możemy rozstrzygnąć, w jaki sposób i
kiedy zachodziła radiacja adaptatywna eukariotów na poziomie
komórkowym.
„Big-bang” eukariotów to hipoteza, której nie można ani udowodnić ani
obalić. W tej sytuacji rozważania dotyczące ewolucji stopniowej i
przypuszczalnych związków filogenetycznych między pierwotniakami a
tkankowymi eukariotami wydają się nadal godnymi uwagi pod warunkiem, że
odrzuci się twierdzenie Cavalier-Smitha o krótkiej, zaledwie
700-milionowej historii powstania pierwszych eukariotów na Ziemi.
Fakty i przypuszczenia układają się w znacznie bardziej konkretną
całość, jeśli się przyjmuje długą, być może trwającą już 3 mld lat
ewolucję eukariotów. W latach dziewięćdziesiątych dałem temu ponownie
wyraz w pracy z Patricią L. Walne128 (1993), a
także w dwóch artykułach w języku polskim (1996 i 2000)129
oraz w podręczniku Podstawy Cytofizjologii130.

Sesja otwarcia międzynarodowej konferencji "The Discovery of Polonium and Radium - its Scientific and Philosophical Consequences, Benefits and Threats to Mankind". Warszawa 17 wrzesnia 1998, Zamek Królewski w Warszawie. W pierwszym rzędzie od lewej: Jean Lemerle, Leszek Kuźnicki, Aleksander Kwaśniewski, Danuta Hübner, Frederico Mayor, Józef Rotblat, Héle`ne Langevin-Joliot.
Rozwój
współczesnej filogenetyki i taksonomii biologicznej ogromnie
skomplikował nie tylko obraz przebiegu ewolucji, ale również
zakwestionował utrwalone w nazwach podziały dyscyplin biologicznych. Na
czym te problemy polegają przedstawiłem w artykule Protozoologia i
protozoolodzy z perspektywy rozwoju megasystematyki131.
Już dziś nie ma
wątpliwości, że gatunki zaliczane do królestwa Protozoa nie są
zwierzętami (Animalia) ani roślinami (Plantae).
Dystans, który dzieli gatunki pierwotniaków od gatunków zwierząt i
roślin jest duży i wyraźny. Tak więc tradycyjna nazwa „protozoa” jest w
istocie myląca. Pierwotniaki nie tylko nie są prymitywnymi zwierzętami,
ale obejmują fotosyntetyzujące gatunki należące do Euglenozoa,
do niedawna uważane przez botaników za rośliny czy śluzowce (Mycetozoa),
klasyfikowane mylnie jako grzyby. Co więcej, zakres samej protozoologii
staje się coraz bardziej enigmatyczny, gdyż świat pierwotniaków Protozoa
nie jest monofiletyczny. Rzeczywisty dystans między jednokomórkowymi
eukariotami jest w wielu przypadkach większy niż między roślinami,
zwierzętami i grzybami.
W
gabinecie w Instytucie Nenckiego
Zainteresowanie
ewolucjonizmem i historią nauki wykraczało poza własne przemyślenia,
publikacje czy działalność w komitetach i radach naukowych. Starałem
się również aktywnie uczestniczyć w kształceniu. Byłem promotorem pracy
doktorskiej Wandy Grębeckiej132 oraz Marcina
Ryszkiewicza133. Obie obrony odbyły się w 1989 w
Instytucie Historii Nauki PAN. Rozprawę doktorską dr Marcin Ryszkiewicz
udoskonalił pod kątem potrzeb szerszego grona czytelników i wydał w
postaci książki pt. Matka ziemia w przyjaznym kosmosie, za którą
otrzymał nagrodę im. Hugo Steinhausa (1993).
Przypisy
*Przedruk
fragmentów z: Leszek Kuźnicki, Autorbiografia. W
kręgu nauki, Warszawa 2002.
1Prof.
J. Dembowski wyróżnił naszą trójkę - Andrzeja, Włodka i mnie
zaproszeniem na galerię na pierwszy (29.06) i czwarty (2.07.1951) dzień
obrad I Kongresu Nauki Polskiej.
2 A.
Grębecki, W. Kinastowski, L. Kuźnicki, Uwagi o ekologii larwy
Molanna angustata Curtis w związku z jej rozmieszczeniem w jeziorach,
„Polskie Archiwum Hydrobiologii”, 1954, t. 2 (XV), s. 191-235.
3 T. D.
Łysenko, Nowoje w naukie o biologiczeskom widie,
„Prawda” 39, 1950, s. 307.
4W.
Michajłow, K. Petrusewicz, Materiały Konferencji Młodej Kadry
Biologów w Kortowie, 18.VIII-28.VIII.1953, red. K.
Petrusewicz, Warszawa 1954.
5 A.
Grębecki, L. Kuźnicki, Zagadnienie stosunku organizmu do
środowiska na tle fizjologii »Paramecium caudatum«. II. Zjawiska
zachodzące w kulturach, „Kosmos” A, 4, 1956, s. 474-485.
6 L.
Kuźnicki, Przerwijmy zmowę milczenia. Darwinizm a łysenkizm,
„Po Prostu”, 1955, s. 42-43.
7Biologia
i Polityka. Materiały narady biologów zorganizowanej przez „Po Prostu”,
Biblioteka „Po Prostu”, Warszawa 1957, s. 3.
8Pierwotniaki
z rodzaju Paramecium Jan Dembowski spopularyzował
swoją znakomitą książką pt. Historia naturalna jednego
pierwotniaka jako wstęp do biologii ogólnej, Warszawa 1924.
Publikacja ta miała cztery późniejsze wydania: 1934, 1948, 1952, 1962.
9Zostały
przedstawione w formie spopularyzowanej w wydanej już książce Okiem
biologa, ze spuścizny Jana Dembowskiego, oprac. L. Kuźnicki, Warszawa
1968, s. 64-84.
10Wymieniona
piątka stanowiła tylko część grupy protozoologicznej. Inne gatunki
pierwotniaków pod kątem pobudliwości i regeneracji badali: Wiktoria
Stanisława Dembowska, Marek Doroszewski, Włodzimierz Kinastowski i
Irena Totwen-Nowakowska. Pozostali pracownicy Zakładu Biologii Ogólnej:
Jerzy Chmurzyński, Jadwiga Dąbrowska, Janina i Jan Dobrzańscy, Barbara
Fedecka, Rasza Szlep, Eugeniusz Szulc i Kazimierz Zieliński zajmowali
się problematyką etologii pająków, owadów i szczurów.
11Pracę
doktorską na podobny temat napisał – pod patronatem Dembowskiego –
Paweł Borenstein w Zakładzie Biologii Ogólnej Uniwersytetu Stefana
Batorego w Wilnie. (P. Borenstein, Wpływ skupienia na czynności życiowe
»Paramecium caudatum«, „Prace Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Wilnie” 10,
1939, s. 1-29). Wyniki uzyskane nie były jednoznaczne, prawdopodobnie z
tych względów Dembowski oczekiwał ode mnie rozstrzygnięcia problemu,
jakie przyczyny mogą w pewnych strukturach ułatwić przeżycie
pierwotniakom w skupieniu.
12Temat
zadany przez Dembowskiego Andrzejowi Grębeckiemu był w pewnym zakresie
również kontynuacją tematyki zapoczątkowanej rozprawą doktorską
Włodzimierza Górskiego (W. Górski, O zjawiskach adaptacyjnych
»Paramecium caudatum«, „Prace Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Wilnie” 12,
1938, s. 1-29). Badania te Górski prowadził również w Zakładzie
Biologii Ogólnej USB pod kierunkiem Dembowskiego.
13A.
Grębecki, L. Kuźnicki, Stosunek »Paramecium caudatum« do
chemizmu środowiska i ochronny wpływ skupienia wobec substancji
nieorganicznych, „Folia Biologica” 3, 1955, s. 127-157;
A. Grębecki, L. Kuźnicki, Badania nad reakcjami obronnymi
wymoczków pojedynczych i skupionych w roztworach niektórych substancji
organicznych, „Folia Biologica” 3, 1955, s. 159-182;
A. Grębecki, L. Kuźnicki, Studia nad odpornością »Paramecium
caudatum« wobec niektórych ekologicznie ważnych zmian
chemizmu środowiska, „Folia Biologica” 4, 1956, s. 93-118.
14A.
Grębecki, L. Kuźnicki, Autoprotection in »Paramecium
caudatum« by influencing the chemical properties of its medium,
„Acta Biologiae Experimentalis” 17, 1956, s. 71-107.
15Pomyłką
było zamieszczenie „Autoprotection in »Paramecium...«”
w „Acta Biologiae Experimentalis”. Pismo to wydawane przez Instytut
Nenckiego już w latach trzydziestych miało charakter międzynarodowy. Po
wojnie zaczęło się specjalizować w tematyce neurofizjologicznej i
przestało być interesujące dla protozoologów.
16Andrzej
Grębecki, uzupełniając nasze wspólne badania wynikami dotyczącymi
adaptacji Paramecium, uzyskał w 1957 stopień
doktora.
17A.
Grębecki and L. Kuźnicki, Immobilization of »Paramecium
caudatum« in the Chloralhydrate Solutions, „Bulletin de
l’Academie Polonaise Sciences”, S. Sci. Biol. 9, 1961, s. 459-462
18L.
Kuźnicki, Recovery in »Paramecium caudatum« immobilized by
chloralhydrate tratment, „Acta Protozoologica” 1, 1963, s.
177-185.
19L.
Kuźnicki, Reversible immobilization of »Paramecium caudatum«
evoked by nickel ions, „Acta Protozoologica” 1, 1963, s.
301-312.
20L.
Kuźnicki, Role of Ca2+ ions in the excitability of protozoan
cell. Calcium factor in the cilary reversal induced by inorganic
cations in »Paramecium caudatum«, „Acta Protozoologica”4,
1966, s. 241-256.
21L.
Kuźnicki, J. Sikora, Inversion of spiralling of »Paramecium
caudatum« after homologous antiserum treatment, „Acta
Protozoologica” 4, 1966, s. 263-268.
22A.
Grębecki, L. Kuźnicki, E. Mikołajczyk, Some observation on
the inversion of spiralling in »Paramecium caudatum«, „Acta
Protozoologica” 4, 1967, s. A. Grębecki, L. Kuźnicki, E. Mikołajczyk, Right
spiralling induced in »Paramecium« by Ni ions and the hydrodynamics of
the spiral movement, „Acta Protozoologica” 4, 1967, s.
389-408.
23W
roku 1964 Andrzej Grębecki uzyskał stopień doktora habilitowanego. Jako
docent zorganizował w Zakładzie Biologii Ogólnej Instytutu Nenckiego
Pracownię Fizjologii Ruchów. W jej skład wchodzili: Leszek Kuźnicki,
Lucyna Czarska (Grębecka) i Ewa Mikołajczyk. Późną jesienią 1967
Andrzej Grębecki wyjechał do pracy w UNESCO w Paryżu. Do Polski
powrócił w 1973 i zaczął budować od podstaw pracownię Morfodynamiki
Prostych Systemów Ruchowych. Podejmując ponownie pracę w Instytucie
Nenckiego, skierował swoje zainteresowania badawcze na ruch amebowy.
24Dziunia
– dr Jadwiga Sobocińska, młodsza o 4 lata siostra mojej żony, fizjolog.
25Witek
– Witold Sobociński, wybitny operator filmowy, obecnie profesor Wyższej
szkoły Filmowej i Teatralnej w Łodzi.
26Dr
Jadwiga Dąbrowska-Popławska (1929-1979) neurobiolog, moja koleżanka z
Instytutu Nenckiego. W okresie 1966-67 odbywała staż podoktorski w
Nowym Jorku.
27Dr
Julian Gruda biochemik, kolega z Instytutu Nenckiego. Przez szereg
miesięcy, do 25 czerwca 1967 przebywał na stażu podoktorskim w UCLA. Na
podstawie swoich doświadczeń miał mi znaleźć kwaterę tanią, korzystnie
zlokalizowaną do mojego miejsca pracy.
28Lynn
Barnett prowadząca sekretariat i administrację w Pracowni Jahna była
Angielką, od lat mieszkającą w Kalifornii. Podczas II wojny światowej
służyła w RAF-ie jako naziemny nawigator. Z tego okresu pochodziły jej
kontakty towarzyskie z polskimi pilotami, które utrzymywała również w
Los Angeles.
29James
Fonseca był kontraktowym pracownikiem technicznym. Jego specjalnością
były zdjęcia filmowe i fotografia mikroskopowa. Dzięki tym
umiejętnością był współautorem niektórych publikacji z Department of
Zoology, a nawet z innych jednostek UCLA.
30Frances
F. Jahn miała ukończone studia biologiczne. W młodości pracowała jako
instruktor w Wydziale Higieny i Medycyny Prewencyjnej w State
University of Iowa. Z mężem napisała książkę How to know the
Protozoa Iowa, 1949. Ted Jahn z żoną z Iowa przenieśli się do
Los Angeles w 1949.
31Sunset
Canyon Recreation Center składał się z dwóch części. Część dolną
zajmował basen 50 x 25 m i dwie szatnie z natryskami oraz budynek, w
którym odbywały się imprezy o charakterze kulturalnym. Ten obszar był
dozwolony dla osób powyżej 16 roku życia. Część górna, znacznie
większa, też z basenem, była przeznaczona dla rodzin z dziećmi na
biwakowanie i różne gry sportowe.
32Sesje
filmowe na UCLA złożone z dwóch, a nawet trzech filmów kosztowały 1
dolara. Ceny biletów w kinach miejskich były zależne od filmu i kina.
Najczęściej bilet kosztował 2,5 dolara, ale za obejrzenie Ulyssesa
trzeba było zapłacić aż 5,5 dolara.
33Mechaniczna
hipoteza geotaksji Paramecium została zaproponowana
przez Maxa Verworna (1889) i rozwinięta przez Jana Dembowskiego w
latach 1928-31.
34L.
Kuźnicki, Behavior of »Paramecium« in gravity fields. I.
Sinking of immobilized specimens, „Acta Protozoologica” 4,
1968, s. 109-117.
35Problem
pozostaje nadal otwarty, w jakim zakresie wzrost lepkości środowiska
może modyfikować formę ruchu rzęsek somatycznych u Paramecium,
gdyż po 33 latach nikomu nie udało się uzyskać lepszych od naszych
obrazów filmowych.
36L.
Kuźnicki, T. L. Jahn, J. R. Fonseca, Ciliary activity of
»Paramecium multimicronucleatum«. Parts I. Evolution
of techniques. II. Body cilia. Oral groove and
cytopharynx. IV. Metachrony. Progress in
Protozoology, [w:] Abstracts of papers read at the
IIIrd International Congress on Protozoology, Leningrad 1969,
s. 384.
37L.
Kuźnicki, T. L. Jahn, J. R. Fonseca, Helical nature of the
ciliary beat of »Paramecium«, „Journal of Protozoology” 17,
1970, s. 16-24.
38W tym
okresie poznałem odwiedzającego UCLA profesora Karla Grella, znanego
niemieckiego protozoologa z Uniwersytetu w Tybindze, oraz dr. Miklosa
Müllera emigranta węgierskiego pracującego na Uniwersytecie
Rockefellera w Nowym Jorku.
39American
Association for Advancement of Science.
40L.
Kuźnicki, Studies on geotaxis of four species of »Paramecium«.
(Introduction by Theodore L. Jahn),
„American Zoologists” 7, 4, 1967, s. 310.
41Yutaka
Naitoh – japoński cytofizjolog, specjalista z zakresu badań nad
związkami między reakcjami rzęskowymi pierwotniaków a potencjałami
czynnościowymi. Wielokrotnie spotykaliśmy się w latach 70. i 80. w
Polsce, Japonii, Włoszech i w Niemczech.
42Donald
Miller, w tym czasie asystent profesora w Uniwersytecie of Southern
Illinois w Carbondale. Uczestniczył w 1971, na moje zaproszenie, w
konferencji w Krakowie dotyczącej zjawisk ruchu na poziomie komórkowym.
Robert Rinaldi prowadził w mojej pracowni w Warszawie badania nad
ruchem amebowym.
43Z
okazji jubileuszu została wydana książka: Pięćdziesiąt lat działalności
Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego 1918-1968, red. H.
Adler, Warszawa 1968.
44L.
Kuźnicki, Jubileusz pięćdziesięciolecia działalności
Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN,
„Kwartalnik Historii Nauki i Techniki”, 2, 1969, s. 431-434.
45L.
Kuźnicki, Mechanizmy reakcji ruchowych »Paramecium«,
„Kosmos” A, 1969, s. 473-505.
46Kuźnicki,
Mechanisms of the motor responses of
»Paramecium«, „Acta Protozoologica” 7, 1970, s.
47Muszę
obiektywnie przyznać, że powszechnie przyjęła się „calcium current
hypothesis”, ale moje wątpliwości co do jej poprawności w odniesieniu
do Paramecium nie zostały rozwiane.
48W tym
okresie nie było stanowiska docenta w instytucjach Polskiej Akademii
Nauki i jednostkach badawczo-rozwojowych.
49L.
Kuźnicki and J. Sikora, Inversion of spiralling of
»Paramecium aurelia« after homologous antiserum treatment,
„Acta Protozoologica” 4, 1966, s. 263-268.
50L.
Kuźnicki,, J. Sikora, Cytoplasmic streaming within
»Paramecium aurelia«. I. Movements of crystals
after immobilization by antiserum, „Acta Protozoologica” 9,
1971, w. 439-445.
L. Kuźnicki,, J. Sikora, S. Fabczak, Cytoplasmic streaming
within »Paramecium aurelia«. II. Cinematographic
analysis of the course and reversible cessation of cyclosis,
„Acta Protozoologica” 9, 1972, s. 237-242.
L. Kuźnicki,, J. Sikora, The hypothesis of inverse relation
between ciliary activity and cyclosis in »Paramecium«, „Acta
Protozoologica” 11, 1972, s. 243-250.
L. Kuźnicki,, J. Sikora, Cytoplasmic streaming within
»Paramecium aurelia«. III. The effect of
temperature on flow velocity, „Acta Protozoologica” 12, 1973,
s. 143-150.
J. Sikora, L. Kuźnicki, Cytoplasmic streaming within
»Paramecium aurelia«. IV. Cyclosis during binary
fission and conjugation, „Acta Protozoologica” 15, 1976, s.
173-178.
51Ewa
Mikołajczyk, biolog, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. W
Instytucie Nenckiego rozpoczęła pracę w 1966: doktorat pod moim
kierunkiem uzyskała w 1972, habilitację – w 1988. Badała skurcze ciała,
fotorecepcję barwnych i bezbarwnych wiciowców euglenoidalnych. W latach
90. zajmowała się morfologią i ekologią orzęsków morskich należących do
Tintinnina. Była kierownikiem
Zakładu Biologii Komórki (1990-92). W 1996 przeszła na wcześniejszą
emeryturę.
52Małgorzata
Gołębiowska po ukończeniu pomaturalnej Szkoły Laborantów Medycznych
rozpoczęła pracę w 1962 w Instytucie Nenckiego. Od 1968 po dzień
dzisiejszy pozostaje moją współpracowniczką.
53Krystyna
Tabeńska, technik chemik, zajmowała się głównie przygotowaniem
preparatów do mikroskopii elektronowej. W 1990 przeszła do innej
pracowni w Instytucie Nenckiego.
54Barbara
Hrebenda odbyła w Instytucie Nenckiego studia doktoranckie (1969-73) i
obroniła pracę doktorską (promotor L. Kuźnicki). Zajmowała się
ultrastrukturalnym podłożem ruchu amebowego i zależnością jego
przejawów od stężenia jonów wapnia. W 1991 przeszła na wcześniejszą
emeryturę.
55Stanisław
Fabczak studiował na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Wrocławskiego, a
specjalizował się w zakresie biofizyki na Uniwersytecie Leningradzkim.
Po powrocie z ZSRR przyjęty w 1970 do Instytutu Nenckiego, w 1976
uzyskał stopień doktora (promotor L. Kuźnicki), w 1995 habilitował się.
Początkowo badał kinetykę procesów skurczowo-rozkurczowych u orzęsków,
a następnie zajął się reakcjami fotofobowymi. Jego ostatnie badania
dotyczą potencjału receptorowego oraz mechanizmów powstawania i
rozchodzenia się potencjału czynnościowego. Od 1993 pełnił obowiązki
kierownika Zakładu Biologii Komórki.
56Andrzej
Lissowski, fizyk, absolwent Uniwersytetu Moskiewskiego im. Łomonosowa,
przez 3 lata (1971-73) był stypendystą studium doktoranckiego.
57W
latach 1971-75 moja Pracownia uczestniczyła w problemie resortowym
PAN-22 Morfofizjologia i biochemia komórki i struktur
subkomórkowych. Wykonywaliśmy temat PAN-22.II.2 Sterowanie,
koordynacja oraz integracja reakcji ruchowych pierwotniaków. Zarówno
tytuł tematu, za którego realizację byłem odpowiedzialny, jak i nazwa
całego problemu zostały przeze mnie zaproponowane.
58Barbara
Tołłoczko, biolog, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, bezpośrednio
po studiach (1971) zatrudniona w Instytucie Nenckiego, w 1976 uzyskała
stopień doktora (promotor L. Kuźnicki). Zajmowała się badaniem procesów
pobierania i wydalania u orzęsków. W 1981 wyjechała z Polski, osiadła w
Montrealu i pracuje na Uniwersytecie McGilla.
59Zbigniew
Baranowski, absolwent Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego ze
specjalizacją biofizyka, uzyskał pod moim kierownictwem tytuł magistra
(1973) i doktora (1977). W 1987 habilitował się. Od chwili przyjęcia do
Instytutu Nenckiego i podczas staży w Puszczino i Bonn zajmował się
wyjaśnianiem oscylacji skurczowo-rozkurczowej plazmodium śluzowca Physarum
polycephalum. Zmarł w 1992 w następstwie ciężkiej choroby
reumatycznej.
60Michał
Opas jest absolwentem Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. Pod
moim kierunkiem napisał pracę magisterską (1973) i rozprawę doktorską
(1977). Badał aktywność skurczową ameb. W latach 1978-80 zajmował się
analizą współzależności między ruchem ameb a formą ich kontaktu z
podłożem. W 1981 wyjechał na staż na Wydziale Medycznym Uniwersytetu w
Toronto. Od 1997 pracuje tam na stanowisku profesora.
61Na
temat skurczu modeli glicerynowych Amoeba proteus i
Chaos chaos ukazało się szereg
publikacji w kilku czasopismach. Jedną z nich zamieścił „Nature” (R.
Rinaldi, M. Opas, Graph of contracting glycerinated Amoeba
proteus, „Nature” 260, no. 5551, s. 525-526).
62Sympozjum
z udziałem czołowych specjalistów z zakresu zjawisk ruchu, skurczu i
białek kurczliwych odbyło się 3-7 lipca 1971 w Krakowie.
63Podczas
Kongresu w Clermont-Ferrand miałem trzy wystąpienia: 1. Excitation-contraction
coupling in ciliary reversal. 2. Contraction and
elasticity involved in body movements of Euglena gracilis (badania
wspólne z E. Mikołajczyk) oraz 3. Progress in
understanding of the cytoplasmic streaming in »Paramecium aurelia«
(badania wspólne z J. Sikorą).
64Zgodnie
z projektem sala wykładowa miała powstać pośrodku budynku głównego,
miedzy skrzydłami. Wejście główne do Instytutu było od ul. Marii
Skłodowskiej-Curie, natomiast przez obecny hol miało się przechodzić do
sali wykładowej.
65Podejrzewano
prof. Petrusewicza o to, że swe urazy i niechęć do prof. Dembowskiego
przeniósł po jego śmierci na Instytut Nenckiego. Osobiście nigdy nie
słyszałem z ust Dembowskiego żadnych ocen dotyczących Petrusewicza. Z
kolei sam Petrusewicz wyrażał jedynie zastrzeżenia co do sposobu
referowania przez Dembowskiego w jego książkach czy referatach
problemów naukowych bez jednoznacznych odpowiedzi – „jak jest
naprawdę”. Starsi ode mnie i bardziej wtajemniczeni twierdzili, że
wzajemna niechęć sięgała czasów wileńskich. Dembowski miał wręcz
entuzjastyczną opinię o działalności naukowej Elizy Petrusewicz,
pierwszej żony Kazimierza, a był krytyczny wobec jego działalności.
Animozje te pogłębiły się w trakcie tworzenia PAN.
66W
latach 1957-58 Z Zakładu Biologii Ogólnej Instytutu wyjechały do
Izraela docent Rasza Szlep i mgr Mala Lasman.
67Po
przejściu na emeryturę Jana Dembowskiego dyrektorem Instytutu na okres
siedmiu lat został prof. Włodzimierz Niemierko, kierownik Zakładu
Biochemii. Prof. Niemierko w 1967 skończył 70 lat, Zakład Biochemii
objął po nim doc. Lech Wojtczak, a dyrektorem został prof. Jerzy
Konorski, kierownik Zakładu Neurofizjologii.
68W
pierwszych miesiącach 1973 zły stan zdrowia prof. Konorskiego
uniemożliwił mu pracę w Instytucie i sprawowanie funkcji dyrektora.
69Do
takich spraw należało rozwiązanie konfliktu, który powstał w zakładzie
Biochemii między kierownikiem Zakładu prof. Lechem Wojtczakiem a doc.
Witoldem Drabikowskim. Jerzy Konorski podjął decyzję o podziale Zakładu
na dwa odrębne – Zakład Biochemii Komórki i Zakład Biochemii Mięśni i
sam rozstrzygnął kwestie osobowe, lokalowe i aparaturowe.
70Początkowo
studia doktoranckie z zakresu biochemii były prowadzone wspólnie z
Instytutem Biochemii i Biofizyki PAN.
71Początkowo
Zakład nosił nazwę: Zakład Hydrobiologii Eksperymentalnej.
72Do
1967 Zakład Hodowli Zwierząt Laboratoryjnych Łomna-Las był w Wydziale
VI Nauk Medycznych. Później był samodzielną jednostką podporządkowaną
Wydziałowi II Nauk Biologicznych. W 1972 został włączony do Instytutu
Nenckiego.
73W
1982 prof. Kazimierz Zieliński z trudem zdołał oddzielić Łomnę od
Instytutu Nenckiego. Dziesięć lat później jako wiceprezes i sekretarz
naukowy Łomnę przydzieliłem Instytutowi Parazytologii PAN.
74Tokarki
pochodziły z darów UNRRA z 1947.
75Omawiając
Sprawy Zakładu Konstrukcji i Konserwacji Aparatury Naukowej oraz
kontroli powadzonej przez NIK, świadomie nie podaję nazwisk, gdyż
szereg spraw pozostało dla mnie nie wyjaśnionych.
76Anna
Wasik w 1976 ukończyła Wydział Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. W
latach 1976-88 prowadziła badania nad ruchem cytoplazmy u Paramecium
bursaria. Na ich podstawie w 1983 uzyskała stopień doktora. W
latach 1988-99 przy współpracy z E. Mikołajczyk i Zakładem Biologii
Antarktyki badała morskie orzęski – tintinnidy. W 1999 uzyskała stopień
doktora habilitowanego.
77Mgr
Anna Nakonieczny po dwuletnim okresie przestała pracować.
78Tytuł
rozprawy Mechanizmy endocytozy u »Paramecium caudatum«.
79Tytuł
rozprawy Integracja zjawisk skurczowych w plazmodium »Physarum
polycephalum«.
80Tytuł
rozprawy Analiza zjawisk skurczowych u »Amoeba proteus«.
81Lidia
Kalinina z Instytutu Cytologii Akademii Nauk ZSRR w Leningradzie w
latach 1974-80 parokrotnie przyjeżdżała do pracy w mojej Pracowni.
82Kalmodulina
– białko wiążące jony wapnia o czterech domenach (miejscach wiązania).
Jest to jeden z najbardziej rozpowszechnionych
modulatorówwewątrzkomórkowego stężenia Ca2+ u eukariotów i w ten sposób
zaangażowana w szereg podstawowych procesów życiowych.
83Jacek z
własnej inicjatywy po zdaniu matury (1971) poszedł na studia
biologiczne na Uniwersytecie Warszawskim. Pracę magisterską wykonał w
Instytucie Biochemii i jako jedyny absolwent tego kierunku otrzymał
propozycję pozostania na uczelni. Fakt ten dowodzący, że samodzielnie
potrafi torować sobie drogę w życiu napawał dumą rodziców. Po złożeniu
dokumentów wyjechał na dwa miesiące za granicę. Po powrocie profesor
Kaniuga zawiadomił go, że pojawiły się trudności, „organizacja
młodzieżowa nie wyraża zgody na Twoje przyjęcie, ale my to odkręcimy,
gdyż głównym zarzutem jest to, że Twój ojciec jest profesorem”. Jacek
natychmiast zawiadomił władze uczelni, że nie jest już zainteresowany
pracą na UW. Przyjął od dawna proponowaną pracę przez Witolda
Drabikowskiego w jego zakładzie w Nenckim. Dotychczas odmawiał, gdyż
uważał, że byłoby to nielojalne w stosunku do dotychczasowych opiekunów
i promotora pracy magisterskiej, prof. Jadwigi Bryły.
84Aktywator
(modulator) białkowy fosfodwuesterazy 3’-5’-cyklicznych nukleotydów –
pierwsza nazwa kalmoduliny.
85J.
Kuźnicki, L. Kuźnicki, W. Drabikowski, Ca2+
– regulation of motility and troponin C – like proteins in »Protozoa«
and »Myxomycete«, „Comptes rendus de la 6 e Reunion du Club
Europeen du Muscle” 42, 1977, s. 67-68.
86J.
Kuźnicki, L. Kuźnicki, W. Drabikowski, Ca2+
– binding modulator protein in »Protozoa« and »Myxomycete«,
„Cell Biology International Reports”, 3, 1, 1979, s. 17-23.
87Sympozjum
odbyło się w Warszawie na Wydziale Chemii UW w dniach 26, 27 i 28 lipca
1978. Po zakończeniu obrad zaprosiłem dwudziestu siedmiu uczestników na
„garden party” do Zdziarki, dokąd zostali przewiezieni i odwiezieni
autokarem.
88Speculations
of mechanisms regulating actin and myosin interaction.
89Regulacja
troponina – tropomiozyna ulokowana na filamencie aktynowym.
90L.
Kuźnicki, J. Kuźnicki, Speculation on evolution of mechanisms
regulating actin and myosin interaction, „Acta
Protozoologica” 18, 1979, s. 91-107.
Rosyjski przekład w „Żurnał Ewolucjonnoj Biochimii i Fizjołogii”5,
1979, s. 467-476.
91Z
nakłutego cienką igła kanału Physarum wydostaje się
cytoplazma, która tworzy małe, 2-5 mm średnicy nieruchome krople.
Krople przeniesione na agar lub wilgotną bibułę po kilku minutach
zaczynają się kurczyć i następnie przekształcają się w migrujące
mikroplazmodia.
92L.
Kuźnicki, Z. Baranowski, A. Nakonieczny, Effect of externally
applied trifluoperazine on contraction activity of Physarum
polycephalum endoplasmic drops, „European Journal of Cell
Biology” 22, 1980, s. 327.
93Członkiem
International Commission of Protozoology jestem nieprzerwanie przez
minione dwadzieścia siedem lat. Tak długi staż ma tylko prof. Dan T.
Spira z Izraela.
94Postanowiono,
że ICP składać się będzie z delegatów narodowych i ponadnarodowych
organizacji protozoologicznych, z przewodniczącego i sekretarza
ubiegłego kongresu, przewodniczącego i sekretarza przyszłego kongresu.
Przewodniczący i sekretarz przyszłego kongresu ma być jednocześnie
przewodniczącym i sekretarzem ICP na okres czterech lat. Ustalono, że
następny kongres protozoologów odbędzie się w Leningradzie w 1969.
Poczynając od kongresu londyńskiego, ICP stała się najbardziej znaczącą
organizacją międzynarodową protozoologów. Komisja wyznaczała miejsce,
program i skład zapraszanych gości kongresu oraz zgłaszała swoich
przedstawicieli do sekcji protozoologicznej IUSB.
95Przewodniczący
Sekcji Protozoologicznego Polskiego Towarzystwa Zoologicznego i
kierownik Zakładu Biologii Komórki Instytutu Biologii Doświadczalnej
im. M. Nenckiego PAN.
96Struktura
Komitetu Organizacyjnego: przewodniczący Stanisław Dryl,
wiceprzewodniczący i przewodniczący sekcji naukowych Leszek Kuźnicki,
wiceprzewodniczący Anna Czapik, Andrzej Grębecki, Maria Jerka-Dziadosz
i Witold Kasprzak. Sekretarz generalny Stanisław Kazubski, sekretarz
wykonawczy Elżbieta Wyroba, asystent sekretarza generalnego Henryk
Rebandel, skarbnik Bogna Skoczylas i z-ca skarbnika Irena Wita.
Polskimi instytucjami odpowiedzialnymi za organizację kongresu był
przede wszystkim Instytut Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN,
w mniejszym zakresie Komitet Cytobiologii PAN i Sekcja Protozoologiczna
Polskiego Towarzystwa Zoologicznego.
97Oficjalnego
otwarcia Kongresu dokonał Stanisław Dryl, po nim adresy powitalne
wygłosili kolejno: Aleksander Gieysztor, prezes Polskiej Akademii Nauk,
R. Barclay McGee, prezes Society of Protozoologists, Adam Urbanek,
sekretarz Wydziału II Nauk Biologicznych PAN, F. Sella, dyrektor
wykonawczy UNEP, John J. Lee, sekretarz International Commission of
Protozoology.
98Mój
wykład Protozoology in Poland – past and present
został zaproponowany przez członków ICP, którzy uważali, że będzie on
interesujący dla uczestników Kongresu. Od XIX w. protozoologia
rozwijała się wyłącznie w wielkich i zamożnych krajach: w Niemczech,
Francji, Wielkiej Brytanii, USA, Japonii i Rosji. Pojawienie się w tym
gronie Polski stanowiło zaskakujący wyjątek.
99L.
Kuźnicki, Protozoology in Poland – past and present. Progress
in Protozoology, [w:] Proceedings of VI
International Congress of Protozoology, Special Congress
Volume of „Acta Protozoologica”, Part I, 1982, s. 75-111.
100Pierwotniaki
jako eukariotyczne organizmy jednokomórkowe o stosunkowo złożonej
budowie okazały się doskonałymi modelami do badania szeregu funkcji
biologicznych, jak ruch, pobudliwość, morfogeneza i regeneracja. Z
racji swej liczebności w morskich i słodkowodnych zbiornikach odgrywają
istotną rolę w gospodarce przyrody. Zmiany w składzie gatunkowym
pierwotniaków są jednym z najbardziej obiektywnych testów stopnia
zanieczyszczenia wód. Stąd liczne na Kongresie komunikaty i wystąpienia
dotyczące ekologii wolno żyjących i pasożytniczych pierwotniaków. Na VI
Kongresie przedstawiono też liczne referaty i komunikaty, dotyczące
pierwotniaków będących przyczyną ciężkich schorzeń u człowieka, jak:
malaria, toksoplazmoza, amebioza, śpiączka oraz będące przyczyną chorób
pasożytniczych zwierząt, w szczególności bydła, koni i ptactwa
domowego.
101W dniu
9 lipca wygłoszono trzy kolejne wykłady plenarne, a w sobotę, 11 lipca,
odbyła się plenarna dyskusja okrągłego stołu na temat Stosunki
filogenetyczne wśród pierwotniaków. Po 15-minutowej przerwie
przystąpiono do sesji zamknięcia Kongresu, która, miedzy innymi,
obejmowała wystąpienie Igora Manna (konsultant FAO/UNEP/WHO) z Nairobi
na temat Protozoologia jako podstawa parazytologii
środowiskowej i zaproszenie dr M. Mutingi na VII
International Congress of Protozoology do Nairobi w 1985.
102Dodatnie
saldo Kongresu wyniosło 350 tys. zł, nie licząc wpływów „Orbisu”.
103XI
Kongres Protozoologiczny, który miał odbyć się w Jerozolimie w 2001
został przeniesiony do Salzburga.
104Kongres
pod nazwą The First International Conference of Protozoology odbył się
w Pradze 23-29 sierpnia 1961.
105L.
Kuźnicki, Rozwój współpracy międzynarodowej protozoologów w
20-leciu 1961-1981, „Kosmos” 3, 1983, s. 371-381.
106L.
Kuźnicki, B. Honigberg, International collaboration among
protozoologists during the years 1961 to 1981. Progress in
Protozoology. Proceedings of VI International Congress of Protozoology.
Special Volume of „Acta Protozoologica”, Part II, 1984, s. 297-307.
Bronisław Honigberg do mojej polskiej wersji wniósł drobne
uzupełnienia. Ja natomiast rozszerzyłem artykuł 20 zdjęciami ze
wszystkich sześciu kongresów.
107Euglena
gracilis – zielony, obdarzony chloroplastami wiciowiec, który
reaguje zmianą ruchu na gwałtowne zwiększenie, jak i obniżenie
natężenia światła. Są to reakcje fobowe przebiegające w podobny sposób.
Wić, z położenia wzdłuż ciała typowego dla pływającej eugleny,
przechodzi do położenia prostopadłego do podłużnej osi komórki. W
efekcie komórka pobudzona rotuje. Step-up to termin określający taką
reakcje na wzrost natężenia światła, step-down – na spadek natężenia.
Wiciowce bezbarwne, np. Astasia longa, choć nie
mają wyodrębnionego aparatu fotorecepcyjnego wykazują również reakcję
step-up. U Euglena gracilis reakcje fototaktyczne
są wynikiem serii reakcji o charakterze step-up i step-down.
108Patricia
L. Walne była profesorem na Uniwersytecie Tennessee w Knoxville. Oprócz
współpracy łączyły nas przyjacielskie kontakty.
109E.
Mikołajczyk, L. Kuźnicki, Body contraction and ultrastructura
of »Euglena«, „Acta Protozoologica” 20, 1981, s. 1-24.
E. Mikołajczyk, L. Kuźnicki, Modulacja światłem aktywności
ruchowej barwnych i bezbarwnych wiciowców, „Zeszyty Naukowe
Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prace z Biologii Molekularnej” 17, 1988,
s. 169-185.
L. Kuźnicki, P. L. Walne, The relationship between step-up
and step-down photophobic responses in »Euglena gracilis«,
„Acta Protozoologica” 28, 1989, s. 215-229.
L. Kuźnicki, E. Mikołajczyk, P. L. Walne, Photobehavior of
euglenoid flagellates: theoretical and evolutionary perspective,
„Critical Reviews in Plant Science” 9, 1990, s. 343-369.
110K.
Łazowski, L. Kuźnicki, The microbeam system and its
application to the study of the motile behaviour of »Amoeba proteus«,
„Postępy Biologii Komórki” 11, 1984, s. 539-542.
K. Łazowski, L. Kuźnicki, Photophobic and phototactic
responses of »Amoeba proteus« in KCN and SHAM solutions,
„Cell Biology International Reports” 9, 1985, s. 373-385.
111K.
Łazowski, L. Kuźnicki, Influence of light of different colors
on motile behavior and cytoplasmic streaming in »Amoeba proteus«,
„Acta Protozoologica” 30, 1991, s. 73-77.
112K.
Łazowski, L. Kuźnicki, Effect of the angle in incidence of a
stimulating light beam on phototactic orientation of »Amoeba proteus«,
„Acta Protozoologica” 30, 1991, s. 79-85.
113Kolokwium
Jerzego Sikory odbyło się 6 listopada 1981 r. Tytuł
114Tytuł
rozprawy: Reakcje fotofobowe i fototaksje »Amoeba proteus«.
Po doktoracie Krzysztof Łazowski wyjechał na dłuższy okres do USA. Po
powrocie do kraju w drugiej połowie lat 90. podjął pracę w Pracowni
Neurobiologii Molekularnej Instytutu Nenckiego.
115Problem
MR.II.1. Funkcjonalna i strukturalna organizacja komórki ze
szczególnym uwzględnieniem procesów regulacyjnych dotyczył
kilku istotnych poznawczo tematów. Były to: 1. Komórkowe procesy
bioenergetyki i regulacji metabolizmu. 2. Właściwości i funkcje błon
biologicznych i modelowych. 3. Funkcje enzymów w metabolizmie
komórkowym. 4. Białka kurczliwe i regulacyjne mięśni i innych systemów
ruchowych. 5. Fizjologiczne i biofizyczne aspekty pobudzenia i ruchów
komórkowych. 6. Różnicowanie komórek oraz komórkowe podłoże rozwoju
organizmów jedno- i wielokomórkowych. W wykonywaniu zadań całego
problemu MR.II.1 brało udział 290 pracowników, w tym 46 profesorów i
docentów, co stanowiło 40-50% wszystkich w Polsce zainteresowanych
badaniem komórek eukariotycznych.
116Stan
wojenny obowiązywał w Polsce od 13.XII.1981 do 22.VII.1983 czyli 33%
czasu przeznaczonego na realizację problemu.
117II
Ogólnopolska Konferencja Biologii Komórki odbyła się w Warszawie w
Pałacu Staszica w dniach 18-20 września 1985 pod auspicjami Instytutu
Nenckiego i Komitetu Cytobiologii. Byłem przewodniczącym Konferencji, a
sekretariat prowadziły dwie osoby z mojej Pracowni – Małgorzata
Gołębiowska i Krystyna Tabeńska. Przybyło do Warszawy 250 uczestników,
a jej program obejmował 13 wykładów i 165 prezentacji. Wszystkie 4 sale
Pałacu Staszica były od początku do końca Konferencji przepełnione.
Czas przeznaczony w programie na dyskusje okrągłego stołu – 6 godzin w
każdej sesji – okazał się zbyt krótki. Podczas sesji końcowej obrad
Maria Olszewska zaprosiła uczestników na III Ogólnopolską Konferencję
Biologii Komórki do Łodzi.
118L.
Kuźnicki, Rozwój badań nad biologią komórki w Polsce w
perspektywie XXI wieku, „Kosmos” 3, 1985, s. 441-454.
119Na
podstawie tematyki kongresów biologii komórki w latach 1976-84 można
było wyróżnić osiem dominujących kierunków badawczych: 1. Jądro,
genomy, chromosomy, chromatyna, geny i mechanizmy ich ekspresji. 2.
Błona komórkowa i jej funkcje, w szczególności endocytoza, receptory,
pobudliwość, sensoryczna transdukcja. 3. Przejawy i mechanizmy ruchów,
szkielet komórkowy, białka kurczliwe i regulujące. 4. Organelle
komórkowe i ich funkcje; rybosomy, endoplazmatyczne retikulum i aparat
Golgiego, mitochondria, chloroplasty, lizosomy, peroksysomy. 5.
Proliferacja, wzrost i zróżnicowanie się komórek łącznie z cyklami
komórkowymi, gametogenezą, morfogenezą i współdziałaniem komórek,
starzenie się komórek. 6. Endosymbioza, pasożytnictwo. 7. Komórki
nowotworowe. 8. Nowe metody i biotechnologie.
120L.
Kuźnicki, E. Mikołajczyk, Photosensivity of »Euglena
gracilis« and related species (plakat).
121L.
Kuźnicki, Mechanism of photophobic responses of »Euglena
gracilis« (plakat).
122L.
Kuźnicki, Calmodulin regulated processes in protistan motility,
„Acta Protozoologica” 25, 1986, s. 295-304.
1236th
European Conference on Ciliate Biology. Hojbjerg, 10-17. VIII.1987.
124Pierwsze
wspólne badania na Paramecium aurelia
przeprowadziłem z Jerzym Sikorą w 1966. Od 1970 Jurek wszedł w skład
tworzonego przeze mnie zespołu przekształconego w 1971 w Pracownię
Fizjologii Ruchów Komórkowych, w której od 1990 do 2002 pełnił funkcję
zastępcy kierownika.
125Z
początkiem 1990 moja Pracownia liczyła wraz ze mną dziewięciu
pracowników naukowych i dwóch techników. Po roku pracowało w niej już
tylko pięć osób (dr Stanisław Fabczak, doc. Ewa Mikołajczyk, doc. Jerzy
Sikora, dr Anna Wasik i Małgorzata Gołębiowska). Wśród czwórki
pracowników naukowych tematyka badawcza radykalnie się zmieniła. Ewa
Mikołajczyk i Anna Wasik zajęły się ekologią i ultrastrukturą orzęsków
antarktycznych. Jerzy Sikora przejął funkcję redaktora naczelnego
czasopisma „Acta Protozoologica” i z wielką pasją zaangażował się w
nadanie mu wysokiej rangi międzynarodowej. Z różnych powodów przestali
pracować: doc. Zbigniew Baranowski, dr Małgorzata Cieślawska, dr
Barbara Hrebenda, mgr Marzena Krucińska, mgr Andrzej Mazur. Krystyna
Tabeńska przeszła do innej pracowni, a dr Krzysztof Łazowski wyjechał
na wieloletni staż do USA. Kadra Pracowni uległa kolejnemu uszczupleniu
w 1998, kiedy na wcześniejszą emeryturę odeszłą doc. Ewa Mikołajczyk.
126Philippe
i Adoutte szczegółowo porównywali zmiany genów kodujących białka,
aktynę i ß–tubulinę z genami rRNA u tych samych
taksonów. Na tej podstawie autorzy doszli do wniosku, że większość,
jeśli nie wszystkie, występujące współcześnie monofiletyczne taksony
eukariotów, powstały w wyniku jednoczesnej, rozległej radiacji
adaptatywnej, którą nazwali „big-bang”. Oznacza to, że obserwowane
przez nas zróżnicowanie eukariotów w istocie polegało na wyodrębnieniu
się we względnie krótkim czasie dziesięciu monofiletycznych grup, które
nie pokrywają się z klasycznymi podziałami na zwierzęta, rośliny,
grzyby i pierwotniaki (protozoa). Philippe i Adoutte bynajmniej nie
twierdzą, że postulowany przez nich „wielki wybuch” oznaczał początek
ewolucji eukariotów. Przeciwnie, uważają, że poprzedził go długi okres
ewolucji na poziomie komórkowym. Ogromna większość, a może nawet
wszystkie prymitywne eukariota bądź wymarły, bądź uległy gruntownym
przekształceniom podczas „wielkiego wybuchu”. Wybuchowa radiacja
adaptatywna zaszła w nie dającym się ściśle zidentyfikować okresie – od
1000 do 700 mln lat temu. Wówczas to dokonało się unowocześnienie
eukariotów w następstwie endosymbiotycznego nabycia do wnętrza komórki
mitochondriów i chloroplastów, które są przekształconymi prokariotami
(bakteriami i sinicami). H. Philippe, A. Adoutte, The
molecular phylogny of Eucaryota solid facts and uncertainties,
[w:] Evolutionary Relationship Among Protozoa, ed.
G. H. Coombs et al. Dordrecht, Boston, London 1998, s. 25-26.
127Według
Cavalier-Smith eukariogeneza była późnym procesem w historii Ziemi.
Pierwsze pierwotniaki pojawiły się na Ziemi dopiero przed 700 mln lat.
Te jednokomórkowe organizmy eukariotyczne najpierw zróżnicowały się, a
następnie dały początek zwierzętom, roślinom, grzybom. Szczególna rola
przypadałaby dwuwiciowym wiciowcom, należącym do taksonu neozoa.
Po zróżnicowaniu, które zaszło na poziomie komórkowym, dalsze procesy
powstawania organizmów wielokomórkowych (tkankowych), przebiegały już w
sposób całkowicie wzajemnie niezależny. T. Cavalier-Smith,
Neomonada and the origin of animals and fungi, [w:] Evolutionary
Relationship..., s. 375-408.
128L.
Kuźnicki, P. L. Walne, Protistan evolution and phylogeny:
Current Controversies, „Acta Protozoologica” 32, 1993, s.
135-140.
129L.
Kuźnicki, Problemy eukariogenezy w świetle badań nad ewolucją
i filogenezą pierwotniaków, „Studia Philosophiae Christianae
ATK” 32, 1996, s. 55-72; L. Kuźnicki, Ewolucja pierwotniaków
– więcej pytań niż odpowiedzi, „Kosmos” 49, 2000, s. 507-512.
130L.
Kuźnicki, 4. Prokaryota i Eukaryota – ewolucja systemów
komórkowych, [w:] Podstawy cytofizjologii, red. J. Kawiak et
al., Warszawa 1992. Wydanie V (poprawione) Warszawa 1998, s. 50-57.
131L.
Kuźnicki, Protozoologia i protozoolodzy z perspektywy rozwoju
megasystematyki, „Kosmos” 49, 2000, s. 513-521.
132Rozprawa
– Badania szaty roślinnej prowadzone w ośrodkach Wileńskim i
Krzemienieckim (1781-1840). Docent Wanda Grębecka pracuje w
Instytucie Historii Nauki PAN.
133Dr
Marcin Ryszkiewicz pracuje w Muzeum Ziemi PAN w Warszawie. Tytuł
rozprawy – Historyczne źródła hipotezy Gai i zasady antropicznej
(1989).
My very personal relationship
with the Nencki Institute
by Gerta Vrbova
From 1950 until
1958, I was a member of staff of the Institute of Physiology of the
Czechoslovak Academy of Sciences and worked in Dr. Ernest Gutmanns’
group. Being part of the Eastern block countries, we tended to have
closer contacts with scientific institutions of the Eastern block, than
with scientists from the West. I worked on muscle and control of
movement and this topic was closely related to some very ingenious
experimental work carried out during this time in the Nencki Institute
by Konorski’s group (Afelt Z., Jankowska E., Górska T., and Kozak W).
Some members of our group (Gutmann E. and Zelena J.) also worked on
nerve regeneration, and developed collaborative work with Dr. Lubińska
at the Nenski Institute. It was for these reasons that our scientific
contact and many long lasting friendships developed with the scientists
of the Nencki Institute. During those years, members of our Institutes
attended several joint meetings and visited one another’s laboratories.
In September 1958, the Polish Academy of Sciences organized a meeting
in Osieczna, and invited several members to participate from Gutmann’s
group, including myself (the program of the meeting is attached). The
timing of the meeting in Osieczna coincided with my urgent personal
need to escape together with my two daughters, aged four and six, from
communist Czechoslovakia, and I devised a plan how to accomplish this.
I was lucky, and my escape succeeded, but before I go into detail, I
must emphasize that without the help from my colleagues at the Nencki
Institue, I would not have been able to accomplish my plan.
The
plan
At the
beginning of September 1958, when I got my passport for my trip to
Poland, and the return train tickets from Prague to Warsaw, I
discovered that apart of the usual details about my date of birth,
colour of eyes etc, the wording of my exit visa on the third page of my
passport caught my eye. It stated that I could go to Poland, and return
back to Czechoslovakia through any country in Europe. This meant that I
could have a stop-over wherever I wanted and not return at all. But the
passport was still in my name only, and was not valid for my two
daughters. Thus, in spite of this promising wording on the Exit Visa,
the problem as to how to get my children out of Czechoslovakia was
still unsolved. Still, some very exciting ideas about possible ways of
leaving Prague and moving to England with my children were constantly
occupying my mind, and in fact were preventing me from thinking my
scientific thoughts about work. I kept very quiet about it all and
didn’t talk to anyone about my schemes.
Myself and my
technician Hanka Karouskova operating on a rabbit in the operating room
of the Institute of Physiology of the CSASc in Dejvice in 1957.
Before
departing to Poland to attend the meeting, I took my two daughters
Helena and Zuza to their childminder, Tetinka (auntie) and said that I
would return in a week, or perhaps sooner. It was hard leaving the
children and I kept hugging them, and talking to them. Helenka had just
learned a new song about a swallow who realized that it is the end of
the summer and it will have to migrate south, but was sad to fly into
the unknown. I asked her to sing it for us, and I thought it was really
appropriate for the occasion. Finally, I managed to tear myself away
from them and left to pack my suitcase. Though, I didn’t know why I had
a premonition that this would be the last time I would leave my
daughters in this little flat with tetinka in charge.
With my
suitcase packed, I took the tram to the main Railway station and joined
the other members of our delegation, Ernest Gutmann, Pavel Hnik and
Radan Beranek. All of us boarded the train to Warsaw. My colleagues
were full of enthusiasm and anticipation about the meeting, where many
new ideas were to be discussed, but I couldn’t concentrate on anything
else apart from hatching a scheme that would enable me to use this
opportunity to escape from Czechoslovakia with my children. Yet I knew
that I had to pretend to have no other thoughts then about the meeting
and the science.
We arrived at
Warsaw late at night and we were met by our Polish colleagues most of
whom we knew from previous meetings. We were taken to the Nencki
Institute and shown to guest rooms where we were to spend the night.
The plan was that next morning we would visit the Institute and discuss
work that was carried out there. Later, when other colleagues from
Russia and Hungary would arrive, we would board a coach and travel to a
place called Osieczna, which is about 200 km south west of Warsaw,
where the Polish Academy of Science had a special place for
conferences. Thus, I had a day in Warsaw. I also had a plan for our
escape ready: Provided I could get an air ticket for myself and Helena
and Zuza to fly to Prague via Copenhagen, I would smuggle the children
to Poland, put their names on my passport and board a plane to
Copenhagen. I wasn’t quite sure how I would accomplish this, but it
seemed a beginning of a plan. I chose Copenhagen rather than London,
for I thought it would be less suspicious. So the following morning
after my arrival, I sent a telegram to my fiancé Sidney, in London and
asked him to send an airline ticket for Helena Zuza and myself to
travel from Warsaw to Prague, via Copenhagen. I gave Sidney a
post-restante address in a Warsaw post office, from where I would pick
up his reply. I made it clear that I needed the answer by next morning,
before departing for Osieczna.
Radan Beranek
recording single fibre EMG from a forearm muscle of Hanka Karouskova in
the electrophysiology laboratory of the Institute of Physiology in
Dejvice in 1957 or 1958.
Next morning, I
hurried to the post office. There was a reply from Sidney, letting me
know that he arranged for an airline ticket for me, Helena and Zuza to
travel from Warsaw to Prague via Copenhagen, to be collected from the
SAS office in Warsaw. I was beside myself with joy, but also
apprehension, for the task of achieving our escape seemed just too
great and too dangerous. Still the first step had been taken.
Recruiting Andrzej Zbrożyna
Later that
morning, all the participants of the meeting boarded a coach and we
travelled to Osieczna. Throughout the journey I was planning my escape,
and while doing so, I realized that I would need some help in Poland to
carry it out. This meant that I had to confide in someone; and that was
dangerous not only for me, but also for the person I would tell of my
plan. I knew several of my Polish colleagues from the Nencki Institute,
and I had to make up my mind who I should talk to and trust. I decided
to discuss my plan with Andrzej, for I had met him at a previous
meeting that was held in the Tatra Mountains and we had a long walk
together during which we discussed our personal problems. Andrzej also
knew Sidney and was aware of our romantic involvement. Indeed, last May
he made arrangements for us to meet at the Slovak-Polish border in
Zakopane, where Sidney and I spent a wonderful holiday in the house of
an old peasant woman who took care of us. I was convinced that I could
trust him, but I didn’st anticipate the extent of the help he would
offer me.
The house of
the Academy in Osieczna was delightful (see photograph bellow). It was
in a deep forest next to a large lake. When we arrived it was late
afternoon, but the air was still warm and balmy and one of our Polish
colleagues, Elszka suggested that we should go for a swim in the lake
before dinner. A few of us took our swimming costumes and hurried to
the lake. We waded in through the muddy bank and the water was soft as
silk and warm. I swam with Elszka, and for me the swim was important,
it cleared my head and I could concentrate better on what to do next.
On my way out of the water, I brushed my leg against a tree branch and
cut the skin on my left calf. The wound was not deep, but it bled a
lot. Someone offered me a plaster and I used it to cover the cut. I was
worried that my injury will interfere with my plans. But then I thought
that my injury may come in handy and provide me with an excuse if I had
to be absent from the meeting.
A photograph of
the house of the Polish Academy of Sciences where the meeting in 1958
was held.
The meeting
started next morning. The lecture theatre was pleasant; there were
about 30 of us sitting there. I was sitting next to a young Russian
scientist (Kostjuk). I pretended to listen attentively to the talks,
but I was unable to concentrate. Fortunately, my Russian neighbour
produced a box of chocolates, opened it and offered me some. Eating
chocolates calmed me a bit, and to my Russian colleague’s great
surprise, I soon ate all the chocolates in the box. He must have
thought me really greedy! I managed to sit through the morning session,
but by lunch I felt I had to talk to Andrzej and ask for his advice.
Lunch was served in a great hall, with several large tables and chairs.
I made sure that I sat next to Andrzej. While having lunch, I asked
him: ‘Would you come for a short walk with me after lunch?’s He looked
puzzled and a little curious, and in his usual pleasant manner replied:
‘But of course, with pleasure’. So just before lunch ended we sneaked
out of the dining room and headed to the woods. I didn’t know how to
start, but Andrej made it easy for me and asked: ‘What is troubling
you?’ I explained: ‘Andrzej, as you well know, Sidney and I have been
in love for two years now, and we would like to live together. I tried
to get out of Czechoslovakia to join him with the children first by
booking a holiday for us in Yugoslavia, then I tried the Baltic resorts
in East Germany, but I could not get permission to leave Czechoslovakia
with the children. The authorities knew about my relationship with
Sidney, I could not get permission to marry him or to leave the country
to be together with him. I was being watched by the secret police, and
my letters were censored. I am frightened. Having a close friend from
England is dangerous. My position will become even worse, for I know
that the children’s father, Rudi is also planning to leave, and with
him abroad in the West it will be impossible for me to get away with
the children, and I cannot live without them. From my war-time
experience I have learned that nothing is impossible, and that crossing
borders illegally is not hard at all. So I made a plan, and I would
like to know what you think about it. I could go back to Prague
illegally without having my passport stamped and without the
authorities knowing that I am back. Then I would pick up my children in
Prague and bring them back here to Poland, across the Karkonosze
Mountains. I could take them to the top of Snieżka by cable car and
then walk them down the mountain to Karpacz Górny, near Jelenia Góra.
That is downhill, all the way, and we could manage it. Sidney is
sending me air tickets to travel from Warsaw via Copenhagen to Prague.
We would take a plane to Copenhagen from Warsaw, but of course we would
stay in Copenhagen and not return to Prague. What do you think about
this plan?’ From behind his thick glasses Andrzej stared at me with
amazement. It was at this stage that I realized how unrealistic and
hazardous my plan was. Andrzej asked: ‘Gerta, and how will you get the
children’s names entered in your passport?’ ‘Perhaps I will just enter
their names into my passport myself’, I replied. ‘I lived on forged
documents for years during the war, I am sure this can not be too
difficult. Also Poland has a much more liberal administration since
Gomulka took over power, so perhaps the people that check passports at
the border will not look too closely.’ Andrzej took my hand and turned
me around to face him: ’You are really serious about this? But if you
leave the meeting here people would report it and it will not take long
for the authorities to find a Czechoslovak national travelling alone
around Poland. I think this plan is impossible.’
I replied: ’Yesterday, coming out of the lake I scraped my leg, not
deliberately, but the injury may be useful and I can use it as an
excuse to leave the meeting and say that I need to have my infected
wound seen to in a clinic possibly in Warsaw. I think this will delay
any report that I left the meeting for some other reason. I can write
to and keep in touch with the meeting organisers, even send them a
report from a clinic I attend.’ Andrzej sighed, and said: ‘I can see
that you are determined, and will not change your mind. But wait till
tomorrow and I may come up with some ideas of how to help you. I don’t
think you can pull it off without help.’ After that we returned to the
meeting.
This is Sidney
Hilton (in the middle) in the Nencki Institute in 1957. On his left
Stefan Sołtysik, on his right Włodzimierz Kozak.
During dinner I
was sitting at a table with my Czech colleagues. I felt that I had to
tell Ernest Gutmann of my intentions, and find out what he thought. Not
only because I knew that he would miss me, and I too would find it
difficult to be separated from him, but I also wanted to find out
whether he was prepared to take the risks to his career and freedom
that were connected with my escape. I knew that if my plans succeed the
authorities would blame him for not being vigilant and allowing me to
disappear to the West, and if I was to be caught he would suffer with
me whatever charges, and punishments I would have to face. Thus I had
to see him on my own and tell him of my intention to escape.
After dinner, I
asked Ernest whether he would like to come for a walk with me and
discuss the talk I was to give the next day. I think Ernest knew me
well enough to feel that something was troubling me and probably
guessed that I had some problems unrelated to my talk. I couldn’t talk
to him or anyone else inside the building, for I was certain that the
rooms were bugged. We went out into the warm evening and walked in the
forest. It was Ernest who started the conversation: ‘Gerta, what is
worrying you? You seem so tense, what is the matter?’ He looked so
puzzled, his blue eyes behind his thick rimmed glasses showing fear and
concern. ‘Ernest,’ I replied, ‘I have decided to escape from Poland to
England and I have a plan how to bring the children with me.’ Then I
told him what I intended to do. He didn’t immediately question my plan,
but was worried about my decision to go and live with Sidney. ‘Are you
sure you want to live with Sidney and bring the children to live with
him too?’ I was surprised at the question and replied: ‘Ernest, you
know I am madly in love with Sidney, and we have been going out
together for two years, so why are you worried?’ ‘I am not sure that
Sidney is the good person you believe he is, and I don’t think he will
be a good father to your children. You are too blinded by your
emotions, but I have been observing him, and I don’t trust him. You are
taking incredible risks escaping from Czechoslovakia, and even if you
succeed with your plan, there is no way back for you if things don’t
work out between you Sidney and the children. It may appear to you that
I am pointing these things out to keep you in Czechoslovakia and in the
group, near to me; because we need you and you contribute a lot to the
work. Also for me, you are such a dear close friend and I will miss our
friendship. But this is not why I am warning you. I am really concerned
for you and the children. You had a tough time, and Rudi was not an
easy partner, or father. I am not sure that Sidney will be a good
husband to you and a caring father to Helenka and Zuzka, and it is too
much to take such horrendous risks for yourself and the children to be
with him.’ I was so astonished by this conversation that I just blurted
out: ‘Why didn’t you tell me this earlier?’ Ernest was silent and then
said: ‘I didn’t think that you will be able to leave in a hurry, and
hoped that given time you will find out for yourself that Sidney does
not deserve you. But now that you have made up your mind, Gerta I will
support you and do whatever I can to help you to succeed with this
crazy plan of yours. Just let me know what I can do.’ ‘Ernest, there is
one thing I would like you to promise me.’ I said this with great
trepidation, ‘In case I do not succeed, and get caught while trying to
escape and would then be put to prison, or even worse, executed, will
you please help to look after my daughters and make sure that they do
not suffer too much.’ I could hardly bear to think about this
possibility, yet I wanted to make sure that my friends and people I
trust would be in charge of my children. Their father would probably
not be in Czechoslovakia, so I had to involve friends. When I returned
to Prague I would also ask the same thing of my friend Hanka.
Ernest Gutmann
and Sidney Hilton in the Jizera mountains in fifties.
Ernest and I
didn’t want to stay out too long, so we returned back to the building
and mixed with other colleagues. A telegram was waiting for me. It
said: You have all my love, Sidney. Had I needed any encouragement for
my crazy plan this was it.
Fetching
my children from Prague
Back in my
room, I packed my bag and gave it to Andrzej to ask someone to take it
to Warsaw. Next morning very early, Andrzej and I left the house in
Osieczna. I left a note that I had to see a doctor, because my leg was
infected and very painful, and that I would return as soon as it had
been seen to. Andrzej checked the train time table and we went to the
railway station and took the earliest possible train to Jelenia Góra in
the Karkonosze Mountains. From there we planned to climb to the top of
a mountain called Snieżka, where it was easy to cross to the Czech
side. I would take a cable car down to a place called Pec, and from
there a coach to Prague. Andrzej was to come with me to the top and
then I will be on my own crossing the border and going home to Prague.
Andrzej would return to the Polish side and stay in a camp site in
Karpacz Górny.
We arrived to
Jelenia Góra before lunch, took a coach to Karpacz Górny and had enough
time to reach the top of Snieżka by light, but we had to hurry. We
bought some ham rolls and a bottle of water at a small café in Karpacz
Górny, and took this with us to eat during our walk up the mountain. To
reach the top in daylight we had to walk quite fast. It was a lovely
sunny day, and the climb took hours. By the time we reached the top I
was very tired. We had a look around the mountain top, entered the
lookout tower where both Czech and Polish tourists could enjoy the
view. After a brief inspection, we found a place where Andrzej could
wait for us without being too conspicuous. I was careful to memorize
the spot, for I didn’t want to have to search for Andrzej on my return
with the children. Andrzej and I arranged to meet either the next day,
but more likely the day after, for I needed to prepare for the journey.
It was a lovely afternoon, there were many tourists walking on the top
of the mountain around the lookout tower, and there was no problem
crossing to the Czech side of the mountain and getting on the chair
lift down to Pec.
I arrived at
Pec and got the next coach to Prague. It was getting dark when I
arrived at Prague, and I knew I would be too late to pick up the
children from tetinka and bring them home. Also the next day, I wanted
to be free to meet my friend Hanka and say goodbye.
From the coach
station in Prague, I went straight back to my flat in Dejvice, and
wanted to make some preparations for my final departure from Prague. I
let myself into the empty flat. Without the children it felt very
lonely. It felt strange being back, and knowing that this is the last
time I would see my home that I had put together with so much effort. I
went into my bedroom and sat down behind my desk and switched on the
lamp I bought just a few weeks ago. I wished I could take it with me,
it was really beautiful. And then there was the Indian silk carpet that
my uncle Arnold gave me as a wedding present and the peacocks in it
were coloured by different shades of the most brilliant turquoise. Well
I had to say goodbye to these few objects I liked, and resign myself
never to see them again. But then during the war, I was so used to
leaving things behind never to see them again so that this did not
concern me too much. I was though deeply worried about the terrible
risks I was taking that involved the safety of my children.
I was exhausted
by the trip, the crossing of the border and the nervous tension I felt
all the time; yet I was convinced that I was doing the right thing for
the children and myself.
Looking back on
it I am amazed at my recklessness and audacity. If there is anything I
am ashamed of in my life it is this decision to expose my children to
such terrible danger. Somehow at the time it looked different.
I went to bed
and fell into a deep sleep. I woke early next morning. The weather
suddenly changed and it was a dull and cloudy day, not good to go
walking in the mountains. I took out my documents and put my medical
degree certificate, and other official papers related to my divorce,
that I thought I might need, into a folder. I looked through my photo
album, removed a photo of my parents and some pictures of the children
and put them into an envelope. I went to the post office and phoned my
friend Hanka at the Institute, asking her to meet me for lunch. I had
some time left, and spent it walking the streets of Prague, saying
goodbye to my city.
Hanka and I met
in a little cafe near my flat. She came on time and I was glad to see
her. To me on that day she looked even prettier then usual. She wore
her simple shabby raincoat with grace and elegance as she walked
towards me. Her calm brown eyes looked at me with some surprise: ‘How
come you are back? The meeting has not finished yet and all the others
are still in Poland.’ I realized she guessed that I came to pick up the
children. I explained my plan to her, and I was grateful to her for not
telling me that it was impossible and far too dangerous to succeed.
Then I told her that I would like her to have my new camera, to take
photos with it of our friends and her family, and send them to me to
wherever I will be. Finally, I came to the main point of our meeting. I
took out a piece of typed paper that I prepared in the morning, which
stated that if anything would happen to me, I entrusted the care of my
children to her and handed it to her. ‘Would you do this for me,
Hanka?’ I asked. ‘Ernest will help financially, but I would like the
children to be with you if I was arrested, or worse.’ She promised to
do her best, in case anything went wrong, but to my surprise she said
with great confidence: ‘I know your plan will succeed, and we will not
have to resort to this.’ Then she added: ‘If you succeed, I do want to
meet you, and we can always find some corner of the world where we can
secretly meet. Don’t forget, our friendship is for life, we can’t stop
now.’ Her optimism and trust in our relationship gave me much courage.
‘Do you think that you will have a lot of trouble from the authorities
when I disappear to the west?’ To this she shrugged her shoulders and
said: ‘I will manage.’ We sat together for a while remembering many of
the experiences we shared, holidays, visits to the theatre and other
good things we enjoyed. Finally, we got up, embraced and left the cafe.
It was now
early afternoon, and I wanted to be with my children very badly. I
walked the short distance to tetinka’s flat and rung the bell. She
opened the door and with a happy smile let me in. Both my girls were
playing in the sitting room, and when they saw me dashed to hug me. I
never stopped marvelling at Helena’s beauty. Her dark blue eyes
examined the world with a shy and rather vulnerable expression, and her
whole being was so gentle and quiet, while Zuza was mischievous and
confident. No one expected me to be back so soon, and it was wonderful
to have such a warm welcome. Tetinka asked why I came home earlier, and
I said that the meeting was not that interesting, and I missed the
children too much, so I had decided to return home. Helena was to start
school next week, and was very excited about it, and Zuza was to
continue to spend her time with tetinka. I told tetinka that I wanted
to spend a few days in the mountains with the children, a last vacation
before Helena was to start school. ‘I hope the weather will improve’,
commented tetinka. With that she turned and packed the few things the
children took with them when they went to stay with tetinka. I helped
the children to put on their raincoats and outdoor shoes, the children
gave a tetinka a big hug and kiss, and said they will see her in 3
days. I had to hide my embarrassment and keep a straight face for I
knew that we might never see tetinka again. I felt terribly guilty, for
tetinka loved my children and it would cause her much pain to lose
them. But there was nothing I could do to explain how things were and
what I was planning. Even afterwards, I wasn’t sure whether I would
ever be able to explain to her why I inflicted this pain on her. This
was indeed the last time we saw her, but we haven’t forgotten her for
she played such an important role in our lives.
And so we left
Tetinka’s flat and went home for the last time. I explained to my
daughters that tomorrow we must get up early, because we were going to
go for a long walk in the mountains. I took the backpack out of the
cupboard, and packed some essential things for the children; a change
of clothes, shoes, 2 light coats. I put the documents and photographs I
had selected earlier into the backpack, and there was no room for
anything else. Then I made up the beds, the children changed into their
pyjamas, Helena took her elephant with the torn ear, and was getting
ready to go to bed, and Zuza had a little piece of nylon material torn
from one of my old knickers that she had to handle before going to
sleep. I read a bedtime story and the children were ready to go to
sleep.
In my room, I
rummaged through my papers, re-read some of the many love letters
Sidney wrote to me over the past 2 years. I thought of our future life
when we finally would be together, as I then thought forever. My
children will have a better family, and I believed a caring loving
stepfather. I would make up to them for all the losses they suffered by
leaving tetinka and their friends behind, and hopefully their own
father will find us. Also their future should be brighter in the west,
where there would be so many more opportunities for them. In short, I
tried to convince myself that I was doing the right thing, taking them
away in a most risky enterprise that could have disastrous
consequences. I went to their bedroom, the night light dimly
illuminated Helena with her thumb in her mouth and the elephant in her
arms, and Zuza clutching the piece of nylon material in her hand and
breathing calmly.
I sat down on
one of the two low chairs held my head in my hands and cried. What will
become of us, what does the future hold for us? I wished I could tell.
Finally, there
was no point tormenting myself with these questions, I went into my
room, tidied up all the papers for the secret police to find, set my
alarm clock, so we would catch the earliest possible coach to Pec, and
I went to bed.
Early next
morning, I woke my daughters and we dressed, had a quick breakfast and
set off for the coach station. When we were on our way, Helena suddenly
stopped and said: ‘We have to go back, I left my elephant behind’. I
explained to her that we had no time to turn back and promised to get
her an elephant later. We reached the coach station in good time and
got seats on the coach. The children now started to enjoy the trip, and
asked where would we be walking, and whether we would be meeting some
friends.
Crossing
the border to Poland
We arrived to
Pec, just before lunch. There was a small restaurant near the coach
station where we had some lunch. I was so nervous, couldn’t eat
anything, but Helena who always liked her food, had a good meal, some
meat, red cabbage and really nice dumplings. Zuza, as usual, just
picked at the food put in front of her, and said she wasn’t hungry. I
think she was apprehensive, and felt that something unusual was
happening, but she didn’t say anything.
As we walked
towards the bottom of the cable car it started to rain. This was bad
news; for the chair lift that would take us from the top of the cable
car to the top of the mountain was often stopped in bad weather. I
hoped that we reach it before the weather got really bad. When we got
to the cable car, we were told that the chair lift was still operating,
but might be closed down soon. There were few tourists taking the cable
car, and I with two small children looked quite conspicuous. But we got
a lot of praise from our few fellow tourists for being really tough.
Fortunately, we had quite good rainproof clothes and shoes.
When we reached
the top of the cable car the chair lift was still operating, but Zuza
didn’t want to sit down on the seat. There were two seats next to each
other and when Helena saw that Zuza refused to sit down next to her she
helpfully offered: ‘I will go on my own, and you Zuza can sit on the
other chair next to mum’. So Helena sat in front of me and Zuza next to
me on the chair lift, so I could put my arm around Zuza’s shoulders to
try and stop her from being frightened. There was a strong wind blowing
the rain into our faces, and in spite of my efforts to calm her down,
Zuza was crying and shouting that she was frightened. Finally, we
arrived to the top and were helped down from the chairs by a very
friendly attendant. The top of the mountain looked quite different from
what it looked like two days ago, when it was bathed in wonderful
sunshine. It was very misty and foggy, and the visibility was poor.
Still, I hoped I will be able to find Andrzej at the place we arranged
to meet. We entered the lookout tower and exited on the Polish side.
Nobody, noticed, no one was looking in the pouring rain. ‘We can’t see
any view’, complained Zuza, ‘It is so misty and wet’. She was right,
but to my great relief I spotted Andrzej waiting for us at the agreed
place. I quickly introduced him to the children, and we set off
straight away downhill. The path was muddy and slippery, and we held
the children by the hand. The rain made the walking unpleasant and the
slippery path uncomfortable. Helena, quite sensibly, kept asking:
‘Mummy, why aren’t we going home? This is not a nice trip.’ I thought
that at this stage I couldn’t answer that question, and felt ashamed.
Zuza seemed to enjoy the walking even on slippery ground, after the
frightening experience with the chair lift. I could understand her;
there was a romantic beauty in the misty mountain, with the still vivid
colours of the summer leaves and trees. How symbolic, the heavy rain
heralded the end of the summer and the end of our life in
Czechoslovakia. Only we didn’t know what to expect next.
Andrzej was
determined to get us down the mountain as fast as possible, and he
walked at a brisk pace. Helena was getting very tired, and complained
that she could not walk any more, while Zuza carried on. Finally,
Andrzej took pity of Helena and carried her. After a while I took over
and we shared carrying her. Soon the enjoyment of being in the
mountains faded away and we just carried on walking as fast as we
could. We had to reach the coach in Karpacz Górny that would take us to
the railway station in Jelenia Góra, before it got dark and in time to
catch the evening train to Warsaw. So we marched on, in the pouring
rain. Zuza was very brave, and walked unaided for the whole of the 6
hours it took us to reach the coach station in Karpacz Górny. I didn’t
realize the trip would be so strenuous, and without Andrzej’s help I
could have never accomplished it. Next to the coach station in Karpacz
Górny, there was a small café, and we went in to get out of the rain.
Before anything else, I took the wet clothes and shoes off my children
and changed them into dry ones, which I had taken with me in the back
pack. Once the children were dry and warm, they became interested in
what was available in the café and noticed some very enticing cakes.
Very politely, but in Czech they asked whether they could have some.
Andrzej and I were frightened that someone may have heard them talking
Czech, and we were delighted that the coach arrived and we had to board
it. I promised the children cakes in Jelenia Góra.
Finally, we
reached Jelenia Góra. We went to the station and Andrzej went to
enquire about the train’s departure time and bought our tickets. We had
about one hour to spare and went to the restaurant in a hotel that was
opposite the station. We ordered hot soup and cakes. The refreshments
helped, and by the time we were to board the train we were feeling
better. It was now getting dark and time to board the train.
Andrzej did all
the talking, and asking questions about the journey, and the three of
us just followed. We had to be quiet, for it would have been dangerous
if someone had noticed that we were Czech. It was difficult to persuade
the children not to ask questions, but they were too tired to be too
interested. Andrzej found us a compartment that was empty, and we could
settle down there. On either side of the compartment there were wooden
benches long enough for Helena and Zuza to lie down, and leave enough
room for Andrzej and me to sit down by the window. My anorak was dry by
now and I covered Helena with it, and Zuza was covered by Helena’s and
her own anorak. The compartment was cosy and warm, and we were relieved
when the train started to move and left the station. We switched off
the lights and tried to sleep.
The most
dangerous part of our crossing was over, and we thought that the
further we were from the border the safer we would be. All of us were
exhausted, the children soon fell asleep, but I was too nervous to
sleep. I think this was also true of Andrzej, for he too was awake for
a long time. Just as I was dozing off, the door of our compartment
opened, and in the light that filtered into the compartment from the
well lit corridor, we could see a man entering our compartment. Andrzej
was wide awake, and I realized that he was frightened. Like me, he
thought that somebody had spotted us, and had followed us and that we
would be arrested. But the man just stood in the door, took in the
scene with the sleeping children and us squeezed at the end of the
seat, apologized, walked out and closed the door behind him. After this
shock both Andrzej and I went to sleep.
I woke up just
before the train pulled into Warsaw’s central station, and started to
worry about the next steps of my plan. Both, Helena and Zuza were still
asleep, but Andrzej was awake. Talking in a very low voice I asked
Andrzej: ‘ Where will we go when we arrive to Warsaw?’ ‘We can not go
into a hotel that would be too dangerous’, Andrzej had it all worked
out: ‘My sister in law is a sculptress, she has a large atelier, where
she works, and you and the children can stay there. I asked her
permission, and she agreed. I will bring some sleeping bags for the 3
of you and you can stay there until you leave.’
Suddenly the
list of errands I would have to make in Warsaw to arrange the next
steps of our escape seemed enormous, and with the children with me I
was worried that I would not be able to manage. But there was no going
back, and I had to work things out as best as I could. I knew that I
would need much help from Andrzej and my Polish colleagues.
Two
days in Warsaw
We arrived to
Warsaw on a grey, misty morning, and the city seemed very alien to me.
The children were excited and pleased to finally get off the train, and
walk the streets of a new place that they didn’t know. Andrzej got us
tickets and we took a tram that took us to a block of houses, where
Barbara, Andrzej’s sister in law, had her atelier. We were very
disappointed when we found that Barbara wasn’t there. Fortunately,
Andzrej had a reserve plan. His brother Jacek had a flat nearby and he
agreed that we could come and stay there during the day. He also
promised to look after the children while Andrzej and I will go on our
errands to arrange our departure.
Our first job
was to pick up the air tickets from the SAS head office and book the
flight to Copenhagen. The next task will be to forge my passport and
enter the children’s names in it. For that we needed the right coloured
ink and an ink eraser. Then I will have to go to the Danish consulate
and get a transit visa to travel from Warsaw to Prague through
Copenhagen. I was anxious to complete all these arrangements on the
same day, for the longer we were hanging around in Warsaw the more
dangerous it will be for us.
As soon as
Jacek, Andrzejs’ brother took the children to the playground Andrzej,
and I went to the SAS head office in the centre of Warsaw. The tickets
were waiting for us, and I booked a flight for Copenhagen for next day,
which departed late morning. We got ink, pens and eraser and went to
Andrzejs’ office at the Nencki Institute, where we set about forging my
passport. All the details in my passport were entered in Czech, as well
as Russian. We had to painstakingly copy each individual letter from
the existing text in Czech and Russian to enter the names of Helena and
Zuzana in the appropriate script in my passport. Then we had to use the
eraser to remove a line and replace it by: ‘and two children’, at the
right place of the Exit Visa. It was a rather bad forgery, but neither
Andrzej nor I were experts. When my passport was altered, I set off to
the Danish Consulate with my passport and the air tickets, and Andrzej
went to Jaczeks’ flat to help with the children. Later, I learned that
Jacek reported that they were squabbling and he had difficulties in
communicating with them, but at the time I didn’t know about this and
concentrated on the next step of the mission, i.e. getting the Danish
visa.
This next phase
of our escape was the most dangerous, because now that my passport was
forged there was no way I could talk my way out of the situation. I
arrived to the Danish consulate just before closing time and I was the
only applicant for a visa. A friendly young man took my passport, and
thought that it was unusual to travel from Warsaw through Copenhagen to
Prague. I explained that I always wanted to see Copenhagen,
particularly the mermaid, and that 24 hours is better then nothing. He
smiled pleasantly, and asked me to wait while he has to phone the
Czechoslovak Embassy to make sure that my passport was valid for
travelling through Denmark. At that moment I nearly fainted, and it
took all my willpower to appear calm. I listened to the telephone
conversation, but wasn’t sure what the answer was, until the young Dane
put the phone down, smiled at me and said that everything was OK. He
then stamped the visa into my passport allowing me to stay in Denmark
for 24 hours. I was shaking all over when I walked out of the Danish
Consulate, but I had my passport with the children’s names on it and a
Danish visa.
I made my way
back to the flat where we were staying and couldn’t wait to see the
children. They were with Jacek waiting for me, and missing me. Andrzej
was out getting our sleeping bags and some supper. I told Jacek and the
children that we were leaving the next day and would be flying to
Copenhagen. The children have never travelled on a plane and hearing
about flying to Copenhagen was wonderful news.
Andrzej
returned and brought us some sandwiches, sleeping bags and some news.
‘The meeting in Osieczna finished today,’ he said. ‘Everyone accepted
that your leg needed to be treated and no one reported you missing.’
This was a great relief. Then he continued: ‘Gerta, some members of the
Konorski’s team would like to come and see you off at the airport. They
think that it will be less dangerous for you if you are seen off as an
official guest of the Academy by your colleagues. I think they are
right.’ I wasn’t so sure: ‘What if someone will report me to the secret
service?’ I asked. Now that several people knew about my plan I was
worried. Andrzej looked offended: ‘No Polish colleague would do such a
thing.’ He replied. I felt embarrassed, and wished I could say the same
about my Czech colleagues, about whose honesty and loyalty I was not so
sure. Then we ate our supper, and I repacked our things and put all our
possessions in the one suitcase I brought with me from Prague. I didn’t
want to take the backpack with me to the airport, which I thought might
look suspicious. I had had a long day and was exhausted. I tucked the
children into their respective sleeping bags, Andrzej went home and I
crawled into my sleeping bag and fell asleep.
Boarding
the plane to Copenhagen
I woke up to
become aware that to day is the decisive day when the success of all my
efforts will be tested. I exposed my family to so much danger and today
I will know whether my plan worked. If so, I should be in Denmark by
this afternoon and start a different life. But we still had to get
through this morning.
This is me,
Helena and Zuza in Buchthal's lab., Copenhagen, shortly after our
arrival.
Helena was the
first to open her large blue eyes and looked around the strange room. I
went to her, gave her a hug and was so pleased to feel the warmth of
her body against my skin. I so much wished that I was guiding her to a
better life, but only future years could tell that. Zuza was still
asleep, so I used the time just to lie close to Helena and enjoy the
intimate closeness between us, her soft arms around my neck. Finally,
Zuza too opened her eyes, and I went to give her a cuddle. ‘Time for
breakfast’, Helena said and climbed out of her sleeping bag. We washed
and dressed and had something to eat. Then I completed the packing,
folded the sleeping bags, and sat down with the children to play some
games. We were ready to leave when Andrzej arrived to take us to the
airport. The children were excited about travelling on an aeroplane,
but my legs felt like jelly at the prospect of using the forged
passport to get across passport control. My only hope was that Poland’s
new administrators installed by Gomulka, may not try hard to be
efficient about some Czechoslovak mother leaving Poland with her
children.
We arrived at
the airport about one hour before the plane was to depart. To my great
surprise some of my colleagues from the Nencki Institute were already
there waiting for us with flowers and small presents for the children.
I was moved to tears at the risk they took, but it calmed me down and
helped me to face the official who checked my passport. He was
friendly, smiled at the children and said: ‘It is nice to see someone
who travels with children, we hardly ever see any children travelling
with their parents’. This was a really surprising comment, but pleased
me no end. He hardly looked at my passport, but was looking at my
colleagues, who kept hugging me and the children and bidding us a very
emotional farewell. Thus, we passed the passport control without any
difficulty and found ourselves in the departure lounge. After a short
while our flight was called and the three of us went towards the SAS
plane, which was already boarding. We reached the bottom of the steps
and to my surprise a very morose person in uniform was checking
passports of all the passengers. I handed him my passport, and he
started to examine it. Without any encouragement the children ran up
the stairs into the plane and excitedly shouted: ‘Mummy, this is so
smart and wonderful, come and have a look’. The man tried to call the
children back, and they descended a few steps towards me. I couldn’t
allow this to happen, and quickly, pulled the passport from the man’s
hand and said: ‘I have to look after the children’, and dashed up the
stairs into the aircraft, which was Scandinavian territory and where we
were safe.
We finally
settled in England, and I worked first in Birmingham and then in London
at UCL.
My
next contact with the Nencki Institute
Almost 30 years
after the Osieczna meeting and my last contact with the Nencki
Institute, on the 13th of April 1987, a young woman alighted at the
doorsteps of my laboratory at University College London, and told me
that she would be interested in working with me and my colleagues for
our scientific interests were similar to hers. I liked her immediately
and told her that she was welcome to work with us. During this first
visit Urszula Slawinska, stayed with us for 3 months and our long
lasting friendship and collaboration started. Since then we enjoyed a
very fruitful collaboration and more than that Urszula became my
scientific daughter, and member of our family. Through my contact with
Ula, I visited the Nencki Institute several times, and met many of the
young people who continue the tradition of high quality research and
pursue original ideas.
With Ula
Sławińska during First International Meeting of the Polish Neuroscience
Society in 1993, Warsaw.
My relationship
with the Nencki Institute illustrates that being part of a scientific
community is more then academic pursuit of knowledge. It is often
forgotten that in addition of trying to solve natures’ problems we
scientists are human beings with deep feelings and passions, which are
an integral part of our creativity.
April
2008
Appendix:
Scientific
program at Osieczna 1958
I.
Physiological mechanisms of defensive and alimentary conditioned
reflexes
E. A. Asratyan. Some questions relating to elaboration of
conditioned-reflexes and formation of their properties.
W. Wyrwicka. The problem of mechanism of the alimentary
conditioned reflex type II.
M.E. Varga. Some peculiarities of the motor conditioned
reflexes.
Z. Afelt. Inhibition of delay in conditioned reflexes type II.
S. Sołtysik. On the intercentral connections in the reflex
arc of the alimentary conditioned reflexes.
E. Jankowska, S. Sołtysik. Motor conditioned reflexes
elaborated from unconditioned motor reflexes due to food reinforcement.
I. Lat. On the importance of different analyzers for the
elaboration of conditioned motor reflexes.
B. I. Pakovich. Concerning conditions for the formation of
defensive-motor conditioned reflexes.
E. Fonberg. On defensive conditioned reflexes type II.
W. W. Wyrwicka. The problem of "switching" in conditioned
reflexes type II.
Y. M. Pressman. Interaction of inhibitor and positive
conditioned motor reflexes in microintervals of time.
B. Zernicki. Elaboration and mutual relations between
alimentary and water instrumental conditioned reflexes type II in dogs.
G. Sakhiulina. Modifications in the EEG of dogs as a result
of shifting the point of application of the unconditioned stimulation
in electro-defensive conditioned reflexes.
I. A. Bulygin. Concerning the mechanisms of effect on motor
apparatus from interceptors.
M. I. Struchkov. Food as a conditioned stimulus for motor and
vasomotor conditioned reflexes.
II. Importance of afferentation for motor
activity in animals
E. Gutmann, P. Hnik, G. Vrbova. The nervous regulation of
muscle metabolism from the point of view of afferent signalization.
R. Beranek, E. Gutmann. The effect of nociceptive stimulation
on regenerative processes in the peripheral nerve.
P. Hnik. Motor function changes following deafferentiation.
E. Jankowska. The effect of deafferentiation of the limb on
motor conditioned reflexes type II in cats and rats.
E. Jankowska, T. Górska. Elaboration of a scratch conditioned
reflex of a deafferentiated limb in cats and rats.
E. Gutmann, G. Vrbova. On the importance of different
analyzers for the elaboration of conditioned motor reflexes.
E. Gutmann, G. Vrbova. A study of conditioned motor "fall"
reflexes.
III. Effect of brain destructions on motor
conditioned reflexes
I. Stępień, L. Stępień, J. Konorski. The effects of the
ablation of various parts of the sensory-motor cortex on conditioned
reflexes type II in dogs.
E. Jankowska. The effect of unilateral ablations of
sensory-motor cortex upon alimentary conditioned reflexes type II.
E. A. Romanowskaya. The effects of destruction and removal of
caudatus nucleus on the conditioned reflex activity in rabbits and dogs.
S. Sołtysik. Effects of lesions on the head of caudate
nucleus on conditioned reflexes in dogs.
B. Stefantsov. Effects of the sympathetic nervous system in
recovery of damaged functions.
IV. Coordination and plasticity of spinal
cord motor reflexes
P. Kostyuk. On the cellular mechanisms of spinal coordination
of motor reflexes.
N. Shamarina. On the process of reshaping the innervation
relations in the lower parts of the central nervous system.
R. Beranek, P. Hnik. On the plasticity of spinal cord synapses.
Zbiór wykładów na Międzynarodowym Sympozjum w Polsce w 1958 roku.
Wydany przez Wydawnictwo Akademii Nauk ZSRR w 1960 roku (in
Russian).
Bogusław
Żernicki (1931 - 2002)*
Jolanta Zagrodzka
i Andrzej Wróbel
Bogusław Żernicki
Profesor
Bogusław Żernicki urodził się w Dąbrowie Górniczej 10 kwietnia 1931, a
dzieciństwo spędził w Warszawie. Już jako uczeń szkoły średniej,
zafascynowany lekturami na temat mechanizmów czynności psychicznych,
zdecydował poświęcić się pracy naukowej. W 1954 r. ukończył Wydział
Lekarski Akademii Medycznej w Łodzi, gdzie po wojnie osiedliła się Jego
rodzina. Podczas studiów rozpoczął prace doświadczalne pod kierunkiem
profesora Jerzego Konorskiego, który reaktywował właśnie w Łodzi,
powojenną działalność Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M.
Nenckiego. Formalnie, jako asystent został zatrudniony w 1953 r. Od tej
chwili, nieprzerwanie, całe Jego życie zawodowe związane było z
Instytutem, z którym przeniósł się po kilku latach do Warszawy. Tutaj w
1959 r. obronił dysertację doktorską na temat znużalności odruchów
warunkowych i bezwarunkowych oraz zdobywał kolejne stopnie naukowe -
doktora habilitowanego (1966), profesora nadzwyczajnego (1972) i
profesora zwyczajnego (1980). W roku 1991 został członkiem
korespondentem Polskiej Akademii Nauk. Był głęboko oddany nauce, ale
doceniał urodę wielu dziedzin i aspektów życia. Był, jak sam mówił o
sobie, „z wykształcenia lekarzem, z zawodu fizjologiem mózgu, a z
zamiłowania psychologiem i filozofem".
Profesor
Żernicki przez 27 lat kierował Zakładem Neurofizjologii i jednocześnie
prowadził stworzoną przez siebie Pracownię Percepcji Wzrokowej. Do jego
największych i najczęściej cytowanych osiągnięć należy odkrycie, że
mózg wyższych zwierząt izolowany od bodźców czuciowych (tzw. preparat
pretrygeminalny) zachowuje swoje zasadnicze funkcje behawioralne. W
ciągu ostatnich lat zajmował się opisaniem percepcyjnych i
asocjacyjnych aspektów mechanizmu uczenia się u zwierząt deprywowanych
wzrokowo we wczesnym okresie życia. Był autorem ponad 100 prac
doświadczalnych dotyczących ośrodkowych mechanizmów warunkowania,
właściwości mózgu izolowanego, fizjologii układu wzrokowego i
neurofizjologii rozwojowej. Publikował w renomowanych czasopismach
specjalistycznych, m.in. w Science, Behavioral Brain Review, Behavioral
Neuroscience, Brain Research. Był także autorem 4 książek
popularnonaukowych z serii Najnowsze Osiągnięcia Nauki, licznych
rozdziałów w monografiach i podręcznikach, doniesień oraz artykułów
poświęconych polityce naukowej.
Był promotorem
11 prac doktorskich. Większość jego uczniów kontynuuje pracę badawczą,
dziś już na samodzielnych stanowiskach, w Instytucie Nenckiego i poza
nim. Prowadził wykłady na wydziałach biologii i psychologii
Uniwersytetów Łódzkiego i Warszawskiego oraz, w latach 70. i 80.,
wykłady w ramach Wszechnicy PAN.
Profesor
wielokrotnie pracował w znakomitych ośrodkach naukowych za granicą,
m.in. w Instytucie Fizjologii Uniwersytetu w Pizie, w Zakładzie
Fizjologii Porównawczej Uniwersytetu Paryskiego, w Instytucie
Fizjologii Uniwersytetu Chilijskiego w Santiago, w Instytucie Badań
Mózgu Uniwersytetu w Rochester i na Uniwersytecie w Nicei. Kierował
badaniami w ramach projektów finansowanych przez NIMH. W Jego
laboratorium w Warszawie często gościli uczeni zagraniczni,
kilkakrotnie organizował międzynarodowe konferencje naukowe. W
ostatnich latach nawiązał, wciąż trwającą, współpracę z Zakładem
Neuropsychologii Uniwersytetu Katolickiego w Leuven - w ramach
wspólnego projektu prowadził doświadczenia na temat skutków wczesnej
deprywacji wzrokowej kory drugorzędowej u dzieci i kotów.
Ważnym
rozdziałem w życiu Profesora była praca redakcyjna w Acta
Neurobiologiae Experimentalis - od 1973 do 1989 roku pełnił funkcję
Redaktora Naczelnego. Zawsze zabiegał o wysoki poziom pisma, promował
je skutecznie na forum międzynarodowym i wprowadził na listę
filadelfijską.
Profesor był
członkiem Międzynarodowego Komitetu Naukowego w European Training
Programme in Brain and Behayiour Research przy European Science
Foundation (1981-84), a także członkiem wielu krajowych i
międzynarodowych towarzystw i organizacji naukowych m.in. Towarzystwa
Naukowego Warszawskiego, Polskiego Towarzystwa Badań Układu Nerwowego,
Pavlovian Society of North America, International Brain Research
Organization.
W latach 1993-95
pełnił funkcję Przewodniczącego Rady Naukowej Instytutu Nenckiego, był
jej członkiem od roku 1967 i wiceprzewodniczącym w latach 1978-83. Był
sekretarzem naukowym Komitetu Nauk Fizjologicznych PAN (1960-63) i
przewodniczącym Komisji Neurofizjologicznej (1978-90). W latach 1984-87
był członkiem Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej.
Uhonorowany
został wysokimi odznaczeniami państwowymi oraz nagrodą państwową
zespołową II stopnia. Ponadto otrzymał nagrodę Polskiej i
Czechosłowackiej Akademii Nauk oraz nagrody Sekretarza Naukowego PAN.
Profesor był dla
nas ostoją i jednocześnie wzorem osobowym. Kilka pokoleń
neurofizjologów wychowanych w Instytucie Nenckiego ceniło Go
nieodmiennie za pasję poznawczą, wszechstronne zainteresowania, talent
naukowy i organizacyjny, dzięki którym Zakład utrzymywał wysoką rangę w
kraju i na świecie. Nasze wspomnienia nie ograniczają się jednak tylko
do Jego osiągnięć. Będziemy Go pamiętać również za życiową mądrość,
szlachetność i dobroć. Jego osobowość narzucała w Zakładzie atmosferę
życzliwości i zrozumienia, dzięki której chciało się w nim być i
pracować. Interesował się wszystkimi członkami Zakładu i nie zapominał
doceniać ich sukcesów.
Profesor
Bogusław Żernicki zmarł w Brwinowie dnia 23 kwietnia 2002. Trudno
uwierzyć, że nie będziemy już wspierani jego uważną radą. Jego nauki i
sposób widzenia świata pozostaną jednak głęboko w nas.
Przedruk
z: „Kosmos” 51, 2002 s. i-ii
Professor
Bogusław Żernicki (1931 – 2002)*
Jolanta
Zagrodzka i Andrzej Wróbel
Bogusław Żernicki
Professor
Bogusław Żernicki was born in Dąbrowa Górnicza on April 10, 1931. He
spent his childhood in
Warsaw. While still in high school, after being fascinated by
scientific publications on mental activity, he
decided to devote his professional efforts to research work. In 1954 he
graduated from the Medical Academy
of Łódź, where his family settled after World War II. As a medical
student he started experimental work under
the supervision of prof. Jerzy Konorski, who had just reestablished the
Nencki Institute in Łódź;, its new
location. Żernicki was formally employed there as an assistant in 1953.
From this time on his professional life
evolved in the Institute. He moved to Warsaw with Nencki when it
received its new building in the capital. Here
he defended his doctoral dissertation on the habituation of conditioned
reflexes (1959), received his D.Sc.
(habilitation) degree in 1966 and professorship (1972 and 1980). In
1991 he became a corresponding member
of the Polish Academy of Sciences. He was deeply devoted to science but
he admired also the spirit and glamour
of many other aspects of life. He described himself as a "physician by
education, physiologist by profession, but
admirer of psychology and philosophy."
Professor
Żernicki directed the Department of Neurophysiology for the last 27
years and at the same time
headed the Laboratory of Visual Perception, which he had organized
himself. His most known and cited discovery
concerned the pretrigeminal preparation. He proved that the brain,
isolated from sensory stimuli, preserves its basic
behavioral functions, i.e., it continues to learn. Later on he studied
the perceptive and associative mechanisms of
learning after deprivation of pattern vision at early developmental
stages. He was an author of more than 100
papers on central mechanisms of conditioning, isolated brain,
physiology of the visual system and developmental
neurophysiology, published in prestigious neuroscience journals
including Science, Behavioral Brain Research,
Behavioral Neuroscience and Brain Research. He also wrote four books in
the Recent Discoveries of Science
series, many chapters in monographs, and textbooks and articles on
policy in science.
He conferred 11
doctoral degrees. Most of his pupils continue research work in tenured
positions in and
outside the Institute. He lectured at the biological and psychological
faculties of the universities in Warsaw and
Łódź and in the open lecture series organized by Polish Academy of
Sciences.
Professor
Żernicki frequently worked together with colleagues from abroad. He
spent many months on
sabbatical leaves in the Institute of Physiology of the University of
Pisa, the Department of Comparative
Physiology of the University of Paris, the Physiological Institute of
the Chilean University in Santiago, the Brain
Research Institute of the University of Rochester, and the University
of Nice. He supervised grants in the
Nencki Institute financed by NIMH, hosted many scientists from other
countries in his laboratory, and organized
several international conferences and meetings. In recent years he was
engaged in a joint project with the
Department of Neuropsychology at the Catholic University of Leuven
concerning the effects of early visual
deprivation in children and cats.
Editing of Acta
Neurobiologiae Experimentalis was an important part of his professional
activity. For a long
time (1966-1972) he co-edited the Journal with prof. J. Konorski, and
after becoming the Editor-in-Chief
(1973-1989) he continuously cared for the high standard of accepted
articles and successfully promoted ANE on
the international market. This effort resulted in listing ANE on the
ISI citation list where the journal is one of the
most cited among publications from the former Eastern European
countries.
Professor
Żernicki was a member of ESF International Scientific Committee for
European Training Program
in Brain and Behavior Research (1981-1984), and an active member of
many national and international scientific societies and organizations,
including the Warsaw Scientific Society, Polish Neuroscience
Society,Pavlovian Society of North America, and International Brain
Research Organization.
He has been a
member of the Scientific Council of the Nencki Institute since 1967,
and was elected to the positions of its co-chairman (1978-1983) and
chairman (1993-1995). He was also a Scientific Secretary of the
Committee for Physiological Research of the Polish Academy of Sciences
and the president of its Committee for Neurophysiology (1978-1990).
From 1984 to 1987 he was a member of the Central Committee for Approval
of
Scientific Degrees.
He was honored
with high state medals and prizes. He also received prizes from the
Polish and Czechoslovak
Academies of Science and scientific prizes from the Secre
tary of the Polish Academy of Sciences.
Professor
Bogusław Żernicki, known to many of us as Boguoe, was a mainstay and
personal emblem of virtue
for us. Several generations of neurophysiologists from the Nencki
Institute were inspired by his scientific passion, broad concern,
talent for research and organization, which allowed him to keep the
high rank of the Department of Neurophysiology on a national and
international scale. We will, however, remember him not only because of
his achievements. We shall keep in mind his wisdom in everyday life,
his goodness and warmth. His personality created in our community the
sense of belonging and friendship. His passion for science was
contagious. He cared for all members of the team and always appreciated
their successes.
Professor
Żernicki died in Brwinów on April 23, 2002. It is hard to believe he is
gone... We will miss his support and advice. His thoughts and general
attitude toward life will stay with us forever.
* Acta
Neurobiol. Exp. 2002, 62: i-ii
do
góry strony
|
|
Uaktualniono:
2008-11-13 12:09
|
|